Artykuły, teksty, opracowania

Artykuł: "Transseksualność to nie choroba"


Osoby transseksualne nie noszą na piersiach symbolu tęczy, nie uprawiają wolnej miłości i nie paradują skąpo odziane po ulicach. Nie zakażają hivem, ani tym bardziej – naprawdę spotkałam się z taką opinią – transseksualizmem, to ostatnie zresztą nie jest już dziś definiowane jako jednostka chorobowa, a raczej określane mianem zaburzenia. I choć nadal transseksualizm możemy znaleźć w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD) opracowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), to wszystko przemawia za tym, że do 2015 roku zostanie on z tej listy wykreślony.

W 2011 roku mandat do polskiego Sejmu dostaje osoba transseksualna – Anna Grodzka, to pierwszy taki przypadek w Europie. Niby liberalnie, tyle że w życiu przeciętnego "transa" niewiele się zmienia. Być może mniej osób pomyli transseksualistę z transwestytą, jednak wiedza o tym, o co naprawdę chodzi (a nie chodzi o sukienkę, bądź jej brak) jest znikoma. Możliwe, że właśnie z tego  powodu ludzie decydujący się na ponowne ustalenie płci często tracą dom, pracę i niejednokrotnie są stygmatyzowani społecznie. Do tego dochodzi  kuriozum prawne, bo w naszym kraju – jednym z niewielu, o ile nie jedynym – proces zmiany dokumentów podlega abstrakcyjnej ustawie z końca lat 80., według której trzeba pozwać własnych rodziców, żonę, a nawet dzieci. Jeżeli dodamy koszty leczenia to zza różowej zasłonki, jaką serwują nam telewizje śniadaniowe mówiące o transseksualistach, wychodzi szara rzeczywistość.

Była sobie dziewczynka
Dawno, dawno temu w białym domku, nieopodal dużego miasta, żyła sobie niebieskooka dziewczynka. Jak wszystkie jej rówieśniczki miała lalki, kolorowe sukienki i mamę, która ją kochała, do czasu… gdy dziewczynka odważyła się powiedzieć głośno, że czuje się chłopcem.

Tamtej kobiety już nie ma, za to jest Andrzej, siedzi przede mną, śmieje się, pije piwo i opowiada swoją 42-letnią historię.

- Zawsze, odkąd pamiętam, czułem się chłopcem, mimo że w szkole trzymałem się bardziej z dziewczynami, bo one pomagały mi w nauce, dawały ściągać, podpowiadały, robiły zadania. Zresztą, w okresie, kiedy chodziłem do podstawówki, grupa męska była grupą zamkniętą. Już w pierwszych klasach zaczęły się problemy, ponieważ chciałem bawić się autami, żołnierzykami, a moja matka robiła wszystko, żeby udowodnić mi, że ja wcale nie jestem chłopcem. Miałem 6 lat, kiedy po raz pierwszy wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym dla dzieci na Litewskiej w Warszawie. - Dlaczego? – pytam, choć znam odpowiedź. - Jasno i wyraźnie powiedziałem matce, że ja jestem chłopakiem i kiedyś będę facetem. Trafiłem do  tego szpitala na rok, tam faszerowano mnie hormonami żeńskimi, które miałem w normie. Udało mi się dotrzeć do dokumentów z tamtego okresu kilka lat temu, więc wiem, czym dokładnie. Oczywiście wpłynęło to na dojrzewanie, w wieku 11 lat miałem pełny okres, dość duży biust i dalej chciałem być chłopcem. W związku z tym na 13 urodziny mama ponownie wysłała mnie do szpitala, tym razem do Krychnowic pod Radomiem (obecnie dzielnica Radomia). To był oddział psychiatryczny dla młodzieży i osób uzależnionych. Ja, nigdy nie mając do czynienia  wcześniej z osobami palącymi papierosy, z narkomanami, spędziłem z nimi rok. Faszerowano mnie tam środkami psychotropowymi i to dość solidnie, fenaktylem 250. Nie było już miejsca w tyłek, więc ładowali w uda. Te leki uciszały, choć nie byłem agresywny. Po nich roztyłem się zupełnie i cud boski, że nie zwariowałem. Tam się nauczyłem palić, tam poznałem narkomanów, schizofreników i totalnych świrów. Matka odwiedzała mnie, a ja za każdym razem na kolanach błagałem ją, żeby mnie stamtąd zabrała, bo zawalę rok szkolny. Oczywiście nie zabierała. Ze szpitala wyszedłem po roku, prawie całkowicie niesprawny, gdyż miałem całą nogę drętwą od zastrzyków. Zniszczono mi mięśnie, ścięgna, dwa lata rehabilitowałem tę nogę, by wróciła do normy. W domu było jeszcze gorzej niż wcześniej. Dalej twierdziłem, że jestem, kim jestem. Uciekłem na trzy dni do koleżanki. Kiedy wróciłem, moja matka kazała mi paść na kolana i zmówić różaniec. Potem zaprowadziła mnie na policję, gdzie ogolono mnie na łyso. Wtedy było tak, że jak dziewczynkę ogolą, to ze wstydu na pewno będzie siedzieć w domu. Było mi wstyd, ale w domu i tak nie siedziałem, bo zawsze nosiłem czapeczkę. W końcu, z racji tego, że w wieku dwóch lat byłem adoptowany, moja matka unieważniła adopcję. Miała ku temu podstawy: pobyt w szpitalu psychiatrycznym – że niby jestem nienormalny.

Historia z zakładem psychiatrycznym robi wrażenie. Wsiadam do busa i jadę na spotkanie z jednym z najlepszych specjalistów od transseksualizmu w Polsce. Do seksuologa i ginekologa Zbigniewa Libera przyjeżdżają ludzie szukający pomocy z całego kraju.

Opowiadam powyższą historię, doktor tylko macha ręką i mówi dobitnie: - Tego się nie da zrobić. Nikt nie jest w stanie uzyskać takiego wpływu na mózg, by zmienić raz ustalone poczucie płci. Owszem, powstało wiele koncepcji mówiących, że transseksualizm  może być uwarunkowany społecznie, przez środowisko, przez rodziców, przez określony sposób wychowania, ale to naprawdę niemożliwe. To, co powstaje w procesach rozwojowych, jest u człowieka praktycznie nieodwracalne. Transseksualizm to właśnie takie zaburzenie  dotyczące struktur mózgowych, nie można go nabyć, z tym się człowiek rodzi. Determinacja płci człowieka zaczyna się w okresie 6 tygodnia ciąży. Obecność chromosomów Y warunkuje powstawanie jąder, produkcję testosteronu. Natomiast nieco później, po ukształtowaniu się płci biologicznej, następuje tworzenie informacji mówiącej o poczuciu własnej płci. Najprawdopodobniej u osób transseksualnych w tym momencie występuje jakiś czynnik hamujący działanie odpowiedniego hormonu. Proszę spojrzeć, genów mamy 30 tysięcy, zmiana w jednym z nich, w jednej reakcji biochemicznej może spowodować zaburzenie. Myślę, że w tym przypadku tak jest, ale czym to jest spowodowane, tego dzisiaj nie wiemy.

Według Libera liczba osób transseksualnych w społeczeństwie jest stała bez względu na to, jak są traktowani. Zaglądam w statystyki: 1 na 30 tysięcy osób płci męskiej w skali globu jest transseksualna. W przypadku kobiet to 1 na 100 tysięcy. W Polsce proporcje są odwrócone, to znaczy więcej kobiet decyduje się na terapię hormonalną. Dlaczego? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Możliwe, że rozwiązania tej zagadki należy szukać w GUS-ie (kobiet w Polsce jest generalnie więcej), może łatwiej nielegalnie załatwić hormony żeńskie. Może. Niezależnie od tego, faktem jest, że w przypadku każdej osoby transseksualnej proces uwalniania się od znienawidzonego ciała wymaga wywrócenia do góry nogami całego dotychczasowego życia, co często, szczególnie w małych społecznościach, bywa nie do przejścia.

- Zdarza się, że przychodzi do mnie pacjent, który ma 30, 40 lat, rodzinę, dzieci i mówi, że już nie jest w stanie dłużej żyć w tej płci, w której funkcjonuje. Nie znaczy to, oczywiście, że nagle transseksualizm nabył. On zawsze czuł, że coś jest nie tak, natomiast przez to, że żyje w określonym, mało tolerancyjnym środowisku, które nie zdaje sobie z tego sprawy i nie wie, co to jest transseksualizm, robił wszystko, żeby udowodnić sobie i otoczeniu, że jest "normalny". Ma za sobą próby samobójcze, depresje, ponieważ to, jak funkcjonował do tej pory, było tylko próbą walki z poczuciem własnej płci. Walki bezpardonowej, która i tak skazana jest na przegraną. Bo pamiętajmy, że – o ile mężczyzna transwestyta przebiera się dla uzyskania gratyfikacji seksualnej i przyjemności – to transseksualista przebiera się po to, żeby żyć – mówi seksuolog.

Trzy dekady w cudzym ciele

Julia od dziecka wiedziała, że coś jest z nią nie tak. Pierwsze refleksje, że może chodzić o ciało, pojawiły się w okresie dojrzewania. O tym, że istnieje coś takiego jak transseksualizm, dowiedziała się 7 lat temu. No, ale to były inne czasy, mała miejscowość, lata 80. Jaruzelski przecież o tym nie mówił, zresztą w mediach i w literaturze ten temat nie istniał. W czasach, kiedy Julia miała na imię Tomasz, najpierw była beznadziejnym bramkarzem i fatalnym kompanem do chodzenia po drzewach – czym nie zaskarbiła sobie sympatii chłopców z osiedla – potrafiła za to godzinami rozmawiać z dziewczynami. Nieco później zaczęła zazdrościć koleżankom ciała i wyglądu. - Wiedziałam, że pragnę być kobietą, ale nie miałam pojęcia, z czym to się wiąże, co to jest. Mnie się zawsze wydawało, że to może jest jakieś odchylenie, choroba psychiczna. Nie słyszałam o takich przypadkach, więc myślałam: Jezu, to ja jestem jedyną taką osobą na świecie. A skoro tak jest, musi to być coś strasznego, więc lepiej zachować tajemnicę, nikomu o niczym nie mówić. Wtedy nie było internetu – wspomina moja rozmówczyni.

W 2006 roku po kilku zamachach na własne życie i próbach okaleczenia się, kiedy codzienność zaczęła przypominać koszmar, natrafiła na informacje o transseksualizmie. Puzzle w układance zaczęły do siebie pasować. W 2011 roku po 14 latach małżeństwa wzięła rozwód i złożyła pozew o ustalenie płci. Rok później na urodziny dostała, jak sama mówi, najlepszy prezent –  sąd na rozprawie orzekł, że jest kobietą. Niecałe trzy miesiące później odebrała nowy dowód tożsamości.

- To było bolesne, walczyłam jeszcze ze sobą – że może to nie to, że może to jeszcze przejdzie. Dla mnie najtrudniejszy był wybór, na jednej szali leżało moje szczęście, zdawałam sobie sprawę, że wreszcie wszystkie depresje miną, że będę sobą i będę żyła tak, jak chcę. Natomiast po drugiej stronie była żona i dwójka dzieci. Wiedziałam, że moją decyzją skrzywdzę te osoby i to był największy hamulec. Czułam się jak w potrzasku. Próbowałyśmy do samego końca uratować ten związek. Żona jeździła ze mną po specjalistach, byłyśmy u psychologa, seksuologa, psychiatry, kazała mi iść na psychoterapię. Ona miała nadzieję, że może to jest transwestytyzm, że da się z tym jakoś żyć. Specjaliści potwierdzili to, co podejrzewałam, psychiatra stwierdził depresje na tym podłożu. Dla niego byłam zdrowa psychicznie, zresztą byłam u kilku specjalistów z każdej dziedziny, żeby wykluczyć pomyłkę.

Czternaście lat to długo – wtrącam. - No, kawałeczek czasu to był – mówi Julia, zamyśla się na chwilę, po czym opowiada dalej: - Moją żonę poznałam, jak miałam 23 lata, zakochałam się, małżeństwo zawarłam po roku chodzenia. To była pierwsza kobieta w moim życiu, ona także wcześniej nie miała nikogo. Może trochę wmawiałam sobie: Ożenisz się, założysz rodzinę, to wszystko przejdzie. Nie przeszło, miałam okresy wyciszenia, jednak zawsze później to wracało, aż stało się nie do zniesienia.

- Miałam fajny związek, myśmy wszystko razem robiły, jak przyszło, nie daj Boże, coś  naprawić, strasznie się denerwowałam. Karolina nie umiała szyć na maszynie, ja potrafiłam, gotowałyśmy właściwie jednakowo, ona świetnie piekła, ja nie za bardzo. Dogadywałyśmy się dobrze, zawsze było dużo czułości, tylko chciała, żebym była dla niej facetem, a dla mnie to było ciężkie. Męczyłam się, bo nigdy w intymnej sytuacji nie widziałam się w roli mężczyzny. Żeby czerpać przyjemność, musiałam uruchamiać fantazję. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam swoją byłą żonę nago. To było coś strasznego. Nie umiem tego wyjaśnić, ale zrobiło mi się wtedy bardzo smutno… że ja tak nie wyglądam.

Kiedy  zaczęły się problemy?

- Pierwsze próby zmienienia czegoś pojawiły się rok po ślubie, na początku tylko myśl: dobrze by było, żeby ciało było troszeczkę inne. Moja żona brała leki antykoncepcyjne, ginekolog zapisał jej na trądzik, ale źle się po nich czuła, kiedyś poprosiła mnie: weź to wyrzuć. Oczywiście nie wyrzuciłam, tylko podjadałam je sobie. Wiem, szaleństwo, miałam nadzieje, że może zaczną działać i choć odrobinę zmienię wygląd. Zjadłam dwa listki, oczywiście efektu żadnego nie było, więc  dałam sobie spokój. Po paru latach funkcjonowania jako mąż, ojciec, mężczyzna zaczęła we mnie narastać skrajna nienawiść do swojego ciała, zamknęłam się w sobie, unikałam patrzenia w lustro i nie pozwalałam się fotografować na rodzinnych imprezach, zresztą odkąd pamiętam, nie lubiłam się fotografować, wstydziłam się siebie. Nie identyfikowałam się z wizerunkiem osoby na zdjęciach. W domu było jeszcze gorzej, potrafiłam się tygodniami nie odzywać, brałam leki antydepresyjne. Gdy zrozumiałam, co mi jest, zdobyłam nielegalnie trochę hormonów i przez 5 miesięcy je zażywałam, moje ciało zaczęło się zmieniać, cieszyłam się z tego bardzo, zaczynałam je nawet lubić, żona jednak coś podejrzewała. Przyznałam się jej, że biorę lewe hormony i że prawdopodobnie jestem osobą transseksualną, tak myślę i tak się czuję. To był dla niej szok. Odstawiłam hormony, bo groziła rozwodem. Postawiła wtedy ultimatum, że muszę iść do psychologa, lekarza i coś z tym zrobić. To chyba był dla mnie najgorszy moment w życiu, kiedy widziałam, że zmiany zaczynają się cofać. Nie udźwignęłam tego psychicznie. Były próby okaleczenia, chciałam się wykastrować. Wiedziałam, że muszę zacząć się leczyć, bo znowu sobie coś zrobię. Wiedziałam też, że nie nauczę się z tym żyć, bo to niemożliwe, a leczenie będzie polegać na tym, że zmienię całkiem swoje ciało na takie, jakiego pragnę i jakie akceptuję. Osiągnę wreszcie równowagę i harmonię psychiczną, ale  stracę wszystkich, których kocham…

 

Droga droga do szczęścia

Leczenie w tym wypadku to leczenie w dużym cudzysłowie. - Terapia nie zakłada uwolnienia osoby transseksualnej z błędnego poczucia własnej płci, chodzi o to, żeby pomóc jej prosperować w tej płci, którą czuje. My nie leczymy. W medycynie termin "leczenie" oznacza dotarcie do przyczyn, a my przyczyn nie znamy. Nie eliminujemy też objawów, tylko pomagamy takim osobom żyć. Na tym właśnie polega nasza rola – mówi Liber.

Przemiana zazwyczaj kojarzy się z operacjami, ale zabiegi chirurgiczne to dopiero finał – drogi finał, na który nie wszystkich stać. Proces metamorfozy zaczyna się od wizyty u seksuologa i postawienia diagnozy. W tym celu konieczne jest wykonanie szeregu badań medycznych. - Daję im też skierowanie do psychologa i do psychiatry. Psycholog ustala wszystkie czynniki, ja moim pacjentom zresztą mówię otwarcie: Po prostu muszę wiedzieć, że ty nie jesteś "świrem", że nie jest to efekt psychozy, schizofrenii, jakiegoś zaburzenia – mówi seksuolog Zbigniew Liber. Ostateczną decyzję o rozpoczęciu terapii hormonalnej w danym przypadku seksuolog podejmuje na podstawie testów psychologicznych i wywiadu z pacjentem, po sprawdzeniu, jak funkcjonuje on w życiu codziennym. Testy osoby ubiegające się o korektę płci robią ochoczo, bo podobno pomagają w sądzie. Jeżeli pacjent "wejdzie na hormony", to taką terapię musi kontynuować już do końca życia. Transmężczyzna zaczyna wtedy brać testosteron, średnio jeden zastrzyk na dziesięć dni. U transkobiety same hormony żeńskie – estrogeny – nie wystarczą, konieczne jest zastosowanie blokerów testosteronu. Koszt miesięczny takiej kuracji dla osoby transpłciowej K/M (z kobiety w mężczyznę) to jakieś 60 złotych, przy zmianie w drugą stronę jest drożej, bo 120-140 złotych trzeba po pierwszym w aptece zostawić. Jednak Julia przekonuje mnie, że to i tak o niebo lepiej niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu. - Wcześniej płaciłam ponad dwa razy tyle. Na szczęście zmienili listę refundacyjną. W tym momencie mam tylko jeden lek, który nie jest refundowany, to żel Estreva, natomiast za Androcur płacę ponad połowę mniej. Estrogeny się refunduje, bo biorą je kobiety po menopauzie jako zastępczą terapię hormonalną. Blokerów (Androcur lub Flutamid) natomiast używa się u chorych z rakiem prostaty, po usunięciu jąder lub też u kobiet cierpiących na hirsutyzm, więc też są tańsze.

Zmiany nie zachodzą z dnia na dzień, ich tempo jest swoiste dla każdej osoby. Jednak po roku widać już sporą różnicę. Testosteron sprawia, że obniża się głos, pojawia się zarost, owłosienie na rękach, zmieniają się proporcje ciała, ustaje miesiączka. Po hormonach żeńskich rosną piersi, rysy stają się łagodniejsze, następuje zanik jąder. W obu przypadkach poddanym metamorfozie towarzyszy euforia. Pytam Julię, czy siedziała cały czas przed lustrem. - Nie, no, cały czas to nie, ale kilka razy dziennie leciałam i patrzyłam, czy coś się zmieniło. Moment, w którym zauważyłam różnicę, to było dla mnie największe szczęście, jakiego można zaznać. Depresja w krótkim czasie zniknęła, znalazłam wyciszenie. Potem były reperkusje związane ze zmianą wyglądu. Miałam dość poważny problem, bo pracowałam w urzędzie. Najgorszy był okres przejściowy, wyglądasz wtedy niejednoznacznie, ludzie się za tobą oglądają, a ty nie wiesz, jak się ubrać. Na twarzy już coś widać, piersi rosną, ale nie można sobie pozwolić na to, by zapuścić włosy, włożyć spódnicę. Szczególnie jak jesteś jeszcze w związku i masz stare dane.

Operacje to w przypadku transmężczyzn skala czterostopniowa  i cztery zera na końcu kwoty. Tyle kosztuje realizacja wszystkich najbardziej zaawansowanych zabiegów. Jednak do zrobienia "dwójki", czyli usunięcia narządów rozrodczych, konieczny jest wyrok sądu, gdyż w świetle polskiego prawa wykonanie takiego zabiegu bez wskazań jest karalne. Dla osoby transseksualnej to operacja istotna, nie tylko ze względów psychicznych, ale również zdrowotnych, po niej można zmniejszyć dawki przyjmowanych hormonów. Pozytywny wyrok sądu otwiera furtkę do zmiany danych osobowych, numeru PESEL, aktu urodzenia, prawa jazdy i przede wszystkim do życia w zgodzie ze sobą. W większości krajów europejskich regulowane jest to na podstawie odpowiednich ustaw. Osoba domagająca się sprostowania musi spełnić kilka wymogów, fundament to jednak poczucie przynależności do przeciwnej niż biologiczna płci i opinie lekarzy. W Polsce jest trochę inaczej, bo dodatkowo trzeba wkroczyć na drogę sądową z własną rodziną, co zazwyczaj jest i trudne, i bolesne. - Niezależnie, czy masz 40, czy 18 lat, musisz pozwać swoich rodziców. To jest paranoja. Jeśli człowiek nie ma rodziców, to musi pozwać kuratora dla zmarłej osoby. Jeżeli rodzina się zgadza i dana osoba nie jest w związku lub jeśli jest rozwiedziona, a w małżeństwie nie było dzieci, to właściwie można sprawę rozstrzygnąć nawet na pierwszej rozprawie. Istnieją natomiast takie sytuacje, że rodzina blokuje i to wszystko trwa rok, dwa lata. To się bardzo często zdarza – mówi Andrzej.

Funkcjonowanie z dokumentem, który nie ma nic wspólnego z wyglądem, utrudnia życie i często prowokuje nieprzyjemne sytuacje. Na poczcie, przy płaceniu kartą płatniczą, nie mówiąc o szukaniu pracy, wizycie u dentysty, czy okazaniu prawa jazdy przygodnemu policjantowi. Niestety często życie po zmianie nie wygląda jak po dotknięciu czarodziejską różdżką i nie jest pozbawione problemów społecznych.

Andrzej jest na hormonach od 25 roku życia, zaczął je brać tuż po skończeniu studiów z psychologii. Przez kilka lat pracował w zawodzie, studia na teologii zaczął już z brodą i z   żeńskim dowodem. Na zmianę danych osobowych zdecydował się dopiero po kilku latach. Dlaczego tak późno? - Długo nie myślałem o zmianie ze względów finansowych. Poza tym  panicznie się bałem, że stracę pracę, wynajęte mieszkanie, wszystko, a nie miałem wtedy rodziny, byłem zdany na siebie. Na teologii mi mówiono, że, jak ubiorę spódniczkę, bluzeczkę, to będę wyglądał jak dziewczyna. Tam zawsze widziano we mnie kobietę, mimo że chodziłem z zarostem przez cały czas. Kiedy podjąłem decyzję o sprostowaniu danych, proponowano mi laserowe usuwanie owłosienia, psychologa, ginekologa, żebym tylko się nie zmieniał. Jedna pani psycholog stwierdziła, żebym sadził kwiatki w podświadomości i jak je zasadzę, to na pewno będę zdrowy, to znaczy będę dziewczyną. Na każdym kroku próbowano mi udowodnić, że będę nikim, jeśli się zmienię. Uwierzyłem w to. Nadal czasami zdarza mi się w to wierzyć, naprawdę.

- Z nowymi danymi nie mogłem już skończyć teologii, ale pracowałem jeszcze jako psycholog. Niestety do czasu. Dzięki pewnym mało życzliwym osobom wiadomość szybko się rozniosła, dostałem wilczy bilet i obecnie mam pracę fizyczną. W 2011 roku znowelizowano ustawę, dzięki której mogłem przepisać dyplom. Może jeszcze kiedyś spróbuję szczęścia w zawodzie, na razie zbieram na kolejne zabiegi.

Za operacje trzeba zapłacić z własnej kieszeni, ponieważ nie są refundowane przez NFZ. Z tego powodu wiele osób latami odkłada na wymarzone ciało. W przypadku przemiany w mężczyznę, jak czytam na stronie crossdressing.pl, "jedynkę" – czyli usunięcie piersi – można wykonać jeszcze przed procesem sądowym. Po rozprawie, o czym już wcześniej wspomniałam, realne staje się usunięcie narządów rozrodczych. Najtrudniejsza jest trzecia operacja, polegająca na wytworzeniu moszny i penisa. To zabieg przeprowadzany w kilku etapach (dlatego niektórzy mówią o "czwórce"), obecnie z możliwością zastosowania różnych metod. Najczęściej podczas operacji pobiera się płat skóry oraz tkanki podskórnej z pachwiny, razem z tętnicą z uda, to z nich tworzy się penisa. Podczas kolejnych zabiegów wkłada się silikonową protezę, trzeba też zrekonstruować cewkę moczową. W przypadku M/K (z mężczyzny w kobietę), medycyna estetyczna oferuje różne zabiegi z zakresu plastyki twarzy: m.in. złagodzenie rysów, usunięcie jabłka Adama, korektę policzków, jak również  umożliwia poprawę wyglądu piersi. Zrobienie "dołu" w tym przypadku polega na utworzeniu pochwy z prącia i moszny. W trakcie operacji usuwane są także zmniejszone hormonalnie jądra. W tego typu zabiegach w Polsce przoduje Akademia Medyczna w Gdańsku, natomiast jeśli chodzi o chirurgię K/M – Łódź, tam operacje osób transpłciowych robi się od lat dziewięćdziesiątych. Coraz więcej ludzi decyduje się jednak na cięcie skalpelem za granicą. Julia mówi mi, że mistrzami są Tajlandczycy. - Potrafią tak zrekonstruować pochwę, że nawet ginekolog się nie połapie.

 

Koniec transseksualisty

Pozostaje zasadnicze pytanie: Czy o człowieku po wszystkich operacjach, który założył rodzinę, ma nowy dowód i nowe życie możemy jeszcze mówić, że jest osobą transpłciową?  O zdanie w tej sprawie pytam doktora Libera.

- Transseksualista do końca życia wymaga odpowiedniej substytucji hormonami żeńskimi, a transseksualistka męskimi. Stąd dla mnie w dokumentacji medycznej oni do końca życia będą istnieli jako osoby transseksualne. Natomiast w codziennym życiu bywa inaczej. Zadzwonili kiedyś do mnie z telewizji, czy nie mam jakiegoś pacjenta, z którym mogliby porozmawiać, powiedziałem, że jest taka fajna dziewczyna i zadzwonię, zapytam. Wykonałem telefon, pacjentka odebrała i mówi: Panie doktorze, czy pan się przypadkiem nie zapomina? Ja już nie jestem transseksualistą, ja jestem kobietą. A, to najmocniej przepraszam – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę. To nie są osoby transseksualne, były wtedy, kiedy nie miały unormowanego statusu społecznego i prawnego, operacji. Teraz to już jest normalny chłop, normalna kobieta, proszę pani, tyle że nie może mieć dzieci.

Autor: Kaja Poznańska

Źródło


edzamieszczono: 2013.06.17

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.4055 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj