Artykuły, teksty, opracowania

"Dzieci powstaną przeciw rodzicom"


Glosa autorstwa dr Małgorzaty Szeroczyńskiej do wyroku Sądu Najwyższego z 6 grudnia 2013 r. w sprawie I CSK 146/13 w sprawie uznania płci osoby transseksualnej.

Artykuł po raz pierwszy zamieszczony na portalu prawaczlowieka.edu.pl, przedruk za zgodą administracji.

Przedmiotowy wyrok jest pierwszym od bardzo wielu lat orzeczeniem Sądu Najwyższego w sprawie o zmianę oznaczenia płci w aktach stanu cywilnego. Ostatnim bowiem orzeczeniem poświęconym temu zagadnieniu, nota bene orzeczeniem, które ukształtowało w Polsce procedurę zmiany oznaczenia płci w akta stanu cywilnego w formie procesu o ustalenie istnienia stosunku prawnego, na podstawie art. 189 k.p.c., wszczynanego przeciwko własnym rodzicom, był wyrok Sądu Najwyższego z 22 września 1995 r., sygn. III CZP 118/95. W latach 90-tych wyrok ten uchodził za postępowy, gdyż mimo wszystko stwarzał osobom transseksualnym możliwość uzyskania takiej zmiany w akcie urodzenia, a tym samym dowodzie osobistym. Wobec braku jakiejkolwiek regulacji prawnej odnoszącej się do tej kwestii oraz wobec wcześniejszego podejścia Sądu Najwyższego wyrażonego w uchwale z dnia 22 czerwca 1989 r., sygn. III CZP 37/89, i w uchwale z 8 maja 1992 r., sygn. III CZP 40/92, że występowanie transseksualizmu potwierdzone wdrożoną terapią hormonalną czy nawet zabiegiem chirurgicznym nie daje podstawy do sprostowania zapisu oznaczenia płci w akcie urodzenia, orzeczenie to było dla osób transpłciowych wręcz zbawienne, bo otwierało im – trudną bo trudną, ale przynajmniej jakąś – ścieżkę do życia społecznego i prawnego zgodnie z własną płcią psychiczną.

Jednak przez ostatnie kilkanaście lat charakteryzujące się ogromnymi postępowymi  zmianami w podejściu prawa oraz orzecznictwa międzynarodowego, jak też wielu sądów i ustawodawstw zagranicznych do zagadnienia transpłciowości, procedura stworzona dzięki wyrokowi z 1995 r., której wciąż towarzyszy całkowity brak przepisów, stała się przestarzała i w sposób niewątpliwy naruszająca prawa człowieka – do poszanowania jego godności, prywatności i intymności. Tym bardziej skandaliczne jest, że Sąd Najwyższy w orzeczeniu z 6 grudnia 2013 r., sygn. I CSK 146/13, mimo iż miał świadomość wszelkich braków tak stworzonego postępowania, ani się z niego nie wycofał, ani nie przekształcił w procedurę bardziej respektującą prawa człowieka, a wręcz pogłębił wszystkie jej niedoskonałości, zmuszając osoby transpłciowe do wchodzenia w jeszcze większy konflikt z członkami własnej rodziny.

Kanwą do wydania przedmiotowego wyroku była sprawa prawomocnie zakończona przez sądem okręgowym w 2009 r. Całe postępowanie odbyło się zgodnie ze standardami stworzonymi przez Sąd Najwyższy w orzeczeniach z lat 90-tych (postanowieniu z 22 marca 1991 r., sygn. III CRN 28/91, uchwale z 8 maja 1992 r., sygn. III CZP 40/92 i wspomnianej powyżej uchwale z 22 września 1995 r.). XY wniosła pozew o ustalenie oznaczenia płci na podstawie art. 189 k.p.c. przeciwko rodzicom. Przed końcem postępowania przeszła zagranicą pełną rekonstrukcję zewnętrznych narządów płciowych. Sąd powołał biegłego seksuologa, który stwierdził, że XY ma zaburzenie identyfikacji i roli płciowej pod postacią transseksualizmu typu mężczyzna-kobieta o charakterze nieodwracalnym. W tym stanie faktycznym sąd ustalił, że XY jest osobą płci żeńskiej. Sąd nie zapytał XY w czasie procesu o stan cywilny. Takie pytanie zadał biegły i wtedy XY skłamała, że jest stanu wolnego i nie ma dzieci. Nie da się ukryć, że gdyby tego kłamstwa nie było, to do niniejszego wyroku by nie doszło. Sąd okręgowy bowiem nie orzekłby o ustaleniu jej płci żeńskiej, ale najprawdopodobniej zawiesił postępowanie do czasu uzyskania rozwodu. Co prawda bowiem, wymóg pozostawania w stanie wolnym osoby starającej się o ustalenie płci odmiennej niż wpisana w jej akcie urodzenia nie wynika wprost z orzecznictwa Sądu Najwyższego z lat 90-tych, jednakże stała praktyka sądów okręgowych orzekających w tych sprawach jest właśnie taka, co ma doprowadzić do uniknięcia występowania w polskim porządku prawnym małżeństw jednopłciowych. 

Pomijając w tym momencie całkowicie debatę, czy takie małżeństwa oraz jednopłciowe związki partnerskie są w Polsce dopuszczalne w świetle art. 18 Konstytucji, stwierdzić wprost należy, że w przypadku XY do takiej sytuacji doszło. Pozostawała ona w związku małżeńskim i w momencie uprawomocnienia się wyroku sądu z 2009 r. mieliśmy w Polsce do czynienia z przypadkiem małżeństwa dwóch kobiet. Fakt ten został ujawniony przez urząd stanu cywilnego, do którego sąd przesłał wyrok celem naniesienia odpowiednich wzmianek dodatkowych w akcie urodzenia XY. Urzędnicy urzędu stanu cywilnego i pracownicy ministerstwa spraw wewnętrznych odpowiedzialni za kwestie aktów stanu cywilnego długo i zaciekle zastanawiali się, co zrobić, by tę sytuację – sprzeczną w ich opinii z porządkiem prawnym – zlikwidować. Walczyły ze sobą dwie koncepcje: wystąpić do prokuratury, by wniosła pozew o nieistnienie tego małżeństwa, które przestało być wymaganym przez Kodeks rodzinny i opiekuńczy związkiem mężczyzny i kobiety, czy wystąpić do prokuratury o wznowienie postępowania o ustalenie płci. Przeważyła ta ostatnia koncepcja. W lipcu 2010 r. prokurator okręgowy wniósł o wznowienie przedmiotowego postępowania, w skardze podnosząc, iż było ono dotknięte nieważnością, gdyż wśród pozwanych nie znalazła się żona XY i jej dzieci. Warte podkreślenia jest, że w żadnym z wcześniejszych orzeczeń, ani Sądu Najwyższego, ani sądów okręgowych, nie pojawiło się stwierdzenie, że strona powodowa powinna być ujmowana tak szeroko – odkąd pojawił się pomysł na pozywanie członków rodziny (wcześniej można było spotkać stanowisko, że winien to być kierownik urzędu stanu cywilnego) zawsze mowa była wyłącznie o rodzicach powoda. Sąd okręgowy wznowił postępowanie i oddalił powództwo, argumentując, iż orzeczenie zgodnie z jego żądaniem prowadziłoby do zalegalizowania związku małżeńskiego osób tej samej płci, co jest sprzeczne z art. 18 Konstytucji. Sąd apelacyjny oddalił apelację XY, a Sąd Najwyższy przedmiotowym wyrokiem – wniesioną przez nią kasację, zgadzając się z prokuratorem okręgowym i sądem okręgowym, który wznowił postępowanie, że stroną pozwaną powinni być rodzice, współmałżonek i dzieci osoby transpłciowej żądającej ustalenia płci odmiennej niż ma wpisaną w akcie urodzenia.

Paradoksalnie dla potrzeb niniejszej sprawy wystarczałoby, gdyby prokurator w skardze zarzucił, że pozwana powinna być dodatkowo tylko żona XY. Samo bowiem przypozwanie żony prowadziłoby w efekcie końcowym do takiego wyroku, jaki wydał sąd okręgowy wznawiający postępowanie. W sprawie bowiem chodziło wyłącznie o „uratowanie” instytucji dwupłciowego małżeństwa w Polsce. Dzieci nie miały tu żadnego znaczenia i ich pozywanie było całkowicie zbędne. Ich istnienie nie stało się zresztą dla sądu żadnym argumentem przemawiającym za oddaleniem powództwa.

Zresztą pozwanie współmałżonka przez osobę transpłciową w procesie o ustalenie płci jest w pełni uzasadnione w świetle zasad postępowania cywilnego. Pozwanym w postępowaniu wytoczonym na podstawie art. 189 k.p.c. może być wyłącznie osoba, która ma interes prawny w rozstrzygnięciu sądu – nie wystarcza istnienie samego interesu faktycznego. Nie ulega wątpliwości, przyjmując restrykcyjną interpretację art. 18 Konstytucji i art. 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, iż współmałżonek taki interes prawny ma. Od oznaczenia bowiem płci jest transseksualnego małżonka zależy bowiem istnienie jego legalnego małżeństwa – choć w świetle przedmiotowej sprawy raczej należałoby się wyrazić odwrotnie – od istnienia albo nieistnienia małżeństwa zależy możliwość ustalenia płci odmiennie od istniejącej w akcie urodzenia osoby transpłciowej w momencie zawierania przez nią związku małżeńskiego. 

Odwrotną sytuację mamy z uzasadnieniem pozwania dzieci. Nota bene wszystkie te wątpliwości istniały już przy uzasadnianiu zasadności pozywania rodziców. Trudno bowiem uzasadnić w jakikolwiek sposób istnienie tutaj interesu prawnego i to zarówno rodziców, jak i dzieci osoby transpłciowej. Wątpliwości te zauważa – przynajmniej jeśli chodzi o rodziców – Sąd Najwyższy w przedmiotowym orzeczeniu. Słusznie pisze, że „płeć dziecka nie ma żadnego znaczenia dla treści praw i obowiązków jego rodziców wobec niego, i wzajemnie – praw i obowiązków dziecka wobec rodziców (…)Prawo nakazuje rodzicom jednakowe traktowanie dzieci obojga płci. Jeśli rodzice emocjonalnie nie akceptują transseksualizmu swojego dziecka, to orzeczenie sądowe ustalające inną płeć dziecka niż ta, którą przypisują mu rodzice, nie jest w stanie tego zmienić. Jeśli rodzice akceptują transseksualizm swojego dziecka i wspierając go w dążeniu do ujawnienia w rejestrze stanu cywilnego innej niż wpisana tam płci, to prowadzenie przeciwko nim procesu na postawie art. 189 k.p.c. kłóci się z ogólnymi zasadami udzielania ochrony prawnej na tej podstawie”. Przy takiej argumentacji zastanawiające jest, że Sąd Najwyższy nie orzekł wprost, że pozywanie rodziców jest niezasadne. Ewidentnie bał się odejść w tym zakresie od orzeczenia z 1995 r., aczkolwiek treść uzasadnienia zdaje się pozostawiać powodowi wybór, czy pozywa rodziców, czy nie. Świadczy o tym choćby zdanie: „po stronie powodowej muszą wystąpić nie tylko jego rodzice (jeśli zdecyduje się ich pozwać), ale i nierozwiedziony z nim małżonek oraz dzieci”. Na usprawiedliwienie Sądu Najwyższego w tej niekonsekwencji można znaleźć jednak jeden praktyczny argument, który stał się zresztą przyczyną przyjęcia takiego rozwiązania w 1995 r. – jeśli by odejść od pozywania rodziców (kuratora w miejsce rodzica zmarłego), to w przypadku osób transpłciowych w stanie wolnym i bezdzietnych (a takich jest większość) nie można by w ogóle określić strony powodowej, co uniemożliwiłoby im prowadzenie przedmiotowego procesu, a więc całkowicie odbierało uprawnienie do ustalenia płci w aktach stanu cywilnego zgodnej z ich płcią psychiczną. A to z pewnością w świetle orzecznictwa trybunału strasburskiego byłoby obecnie niedopuszczalne.

O ile jednak można wybaczyć Sądowi Najwyższemu pozostanie przy absurdalnym pozywaniu rodziców, a wręcz zgodzić się z zasadnością prawną pozywania współmałżonka, to już wskazanie na konieczne przypozwanie dzieci powoda nie znajduje żadnego usprawiedliwienia prawnego, moralnego, a wręcz narusza prawo do prywatności transpłciowego rodzica, jak i jego dzieci (szczególnie w przypadku ich małoletniości), prowadzi do zaostrzenia konfliktów wewnątrz rodzinnych i zwiększenia obciążenia psychologicznego u osoby transpłciowej i jej dzieci, czego żaden system prawny nie może wprowadzać jako zasady procesowej.

Sąd Najwyższy usiłuje w przedmiotowym wyroku uzasadnić istnienie interesu prawnego po stronie dzieci osoby transpłciowej. Robi to jednak nieudolnie i chyba jest świadomy braku przekonywających argumentów, gdyż w przeciwieństwie do rozważań o rodzicach i współmałżonku, ogranicza się tutaj do krótkiego, ogólnikowego pozbawionego odwołań do przepisów akapitu. Sąd Najwyższy pisze bowiem jedynie: „płeć determinuje status matki i ojca w ich relacjach z dzieckiem (…). Ustalenie przynależności ojca albo matki dziecka do innej płci niż na to wskazuje wypełniona przez tę osobę rola w procesie poczęcia i narodzin ma zatem znaczenie dla dziecka (…)”. Nie znajdziemy w tym fragmencie żadnych przykładów, na czym owo znaczenie (prawne oczywiście) ma polegać. Zmiana oznaczenia płci w akcie urodzenia rodzica nie ma bowiem znaczenia ani na istnienie i wykonywanie jego władzy rodzicielskiej wobec dziecka, ani na obowiązek alimentacyjny. Paradoksalnie jest to analogiczna sytuacja jak przy pozywaniu rodziców – jak pisał wcześniej Sąd Najwyższy, płeć dziecka nie ma wpływu na jego prawne relacje z rodzicami, tak i płeć rodzica mnie ma wpływu na jego prawne relacje z dzieckiem. Ponadto Sąd Najwyższy słusznie zaznacza, iż „ewentualny wyrok uwzględniający powództwo (…) może wywoływać skutki tylko na przyszłość”. Zdaje się jednak zapominać, że tak było i jest do tej pory – fakt zmiany oznaczenia płci w akcie urodzenia rodzica nie wpływa w żadnym stopniu na treść aktu urodzenia jego dzieci, które zostały zrodzone przed orzeczeniem sądu o ustaleniu płci. Paradoksalnie także ten fragment uzasadnienia przedmiotowego wyroku dowodzi – wbrew tezie Sądu Najwyższego – o braku istnienia po stronie dzieci osoby transpłciowej interesu prawnego do bycia pozwanymi w procesie o ustalenie płci ich rodzica.

Także stwierdzenie Sądu Najwyższego, że należy brać pod uwagę „okoliczności leżące po stronie dziecka, a mianowicie jego szeroko rozumianą gotowość do znalezienia się w takiej sytuacji, że w swoim rodzicu ma widzieć osobę innej płci” wskazuje jedynie na istnieniu po stronie dziecka interesu faktycznego a nie prawnego. Zresztą jeśli Sąd Najwyższy tak już dba o dobro dziecka, to powinien się zastanowić, czy naprawdę w interesie dziecka, które przecież i tak z pewnością bardzo przeżywa zmianę roli społecznej swojego rodzica, jest narażanie go na dodatkowy stres wynikający z pozywania do sądu, procesu i upublicznienia tego jakże intymnego elementu życia rodzinnego oraz zmuszenia do wypowiedzenia się wprost – w oczy rodzicowi – czy jest za nim czy przeciwko niemu. 

Osobiście widzę tylko jedną sytuację, gdy dziecko będzie dysponowało takim interesem prawnym – tylko że wystąpi on nie u dzieci zrodzonych przed zmianą oznaczenia płci w akcie urodzenia rodzica, ale po takim prawomocnym wyroku. Na świecie znane są już dość liczne przypadki osób transpłciowych po zmianie oznaczenia płci w akcie urodzenia na męską rodziły dzieci. Nie można więc żadną miarą zakładać, że taki przypadek nie będzie miał też miejsca (o ile już nie miał) w Polsce. Wtedy pojawi się problem, w jaki sposób wypisać akt urodzenia dziecka. Sąd Najwyższy słusznie cytuje przepisy Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, zgodnie z którymi matką dziecka jest kobieta, które je urodziła. W przypadku urodzenia dziecka z prawnie uznanego mężczyzny formalnie niewykonalne będzie wpisanie go w akcie urodzenia dziecka ani jako matka, ani w zasadzie jako ojciec (no, może po sądowym ustaleniu ojcostwa, o ile dziecko i rodzica będzie łączyła więź genetyczna, co przy współczesnej medycynie wcale nie jest niezbędne). W świetle niniejszego wyroku Sądu Najwyższego można więc sobie wyobrazić sytuację, że dziecko urodzone z mężczyzny będzie uprawione do pozwania swojego rodzica o ustalenie jego płci jako żeńskiej. W tym wypadku interes prawny dziecka nie budzi żadnych wątpliwości – ma ono bowiem niewątpliwie interes w posiadaniu aktu urodzenia, który inaczej nie mógłby zostać wystawiony zgodnie z zapisami k.r.o. Nie ma też żadnej wątpliwości proceduralnej, że dziecko może wystąpić w takim wypadku po stronie powodowej, gdyż podstawowe złożenie procedury cywilnej w ramach postępowania procesowego stanowi, iż strony będące w konflikcie (a taka jest idea procesu) mogą się wzajemnie pozywać i być pozywane w zależności od tego, która strona ma w danym momencie roszczenie (stąd przecież powództwa wzajemne). Jeśli więc przyjmujemy za Sądem Najwyższym poprawność postępowania procesowego do sądowego ustalania płci, musimy uznać konsekwencję tego wyboru, że strona mająca interes prawny może się domagać od osoby, wobec której takie orzeczenie zapadło, ustalenia, że jednak jest ona płci zgodnej z jej płcią biologiczną. Na marginesie warto wspomnieć jeszcze o jednym dość absurdalnym skutku przyjęcia procedury procesowej, dotyczącej tym razem pozwania małżonka. Co ma bowiem zrobić sąd, jeśli pozwany małżonek uznaje powództwo? Regułą działania bowiem sądu cywilnego w procesie jest bowiem likwidacja konfliktu między stronami, temu służą mediacje i pojednanie, do którego może prowadzić sam sąd. W zasadzie w przypadku uznania powództwa sądowi cywilnemu nie pozostaje nic innego niż orzeczenie zgodnie z jego żądaniem. W tym przypadku jednak prowadziłoby to do legalizacji jednopłciowych małżeństw, których tak boją się polskie urzędy i sądy. Oczywiście sąd może nie orzec zgodnie z żądaniem pozwu, jeśli sprzeciwiałoby się to porządkowi prawnemu i zasadom współżycia społecznego, czy służyło obejściu. Jednakże w ten sposób, to wyjątkowe odstępstwo od reguły traktowania sądu jako mediatora czynimy zasadą. Paradoksalnie więc, Sąd Najwyższy mówiąc, że należy pozywać współmałżonka, z góry przesądza, że takich pozwów nie będzie, gdyż osoby transseksualne (jak zresztą było z reguły do tej pory) będą się wpierw rozwodziły, świadome, iż w przypadku przeciwnym nie osiągną swojego celu, czyli uznania ich płci psychicznej.

Wracając jednak do pozywania rodziców przez dzieci. Pozostaje kwestia, kto takie dziecko ma reprezentować. Odpowiedź jest dość prosta – kurator procesowy. Z założenia bowiem nie będzie mógł tego robić pozwany rodzic, ani drugi rodzic - ojciec, choćby z tej przyczyny, że nie będzie wpisany do aktu urodzenia dziecka, a więc nie będzie miał władzy rodzicielskiej gdyż jego ojcostwo (i władza rodzicielska) zależy od ustalenia macierzyństwa, które w takim przypadku nie będzie jeszcze ustalone. Reprezentować dziecka nie będzie mogła także żona rodzica, który urodził dziecko, nawet gdy z dzieckiem będzie ją wiązała więź genetyczna – nie będzie bowiem wpisana do aktu urodzenia dziecka (bo nie będzie kobietą, która urodziła), poza tym takiej reprezentacji sprzeciwia się art. 98 § 2 k.r.o. potwierdzony uchwałą Sądu Najwyższego z 30 września 2010 r., sygn. I KZP 10/10. 
W praktyce sytuacja może więc wyglądać tak, że urzędnik stanu cywilnego, któremu przypadnie w udziale zarejestrowanie dziecka urodzonego z mężczyzny, odmawiając sporządzenia aktu urodzenia, będzie zawiadamiał sąd rodzinny. Ten z urzędu będzie wszczynał postępowanie procesowe o ustanowienie kuratora procesowego dla dziecka w celu wytoczenia powództwa przeciwko mężczyźnie, który urodził to dziecko o ustalenie, że jest kobietą. Jeśli sądy będą miały problem z wyznaczeniem takiego kuratora dla dziecka, które nie ma aktu urodzenia, urzędnik stanu cywilnego zawsze może zawiadomić o konieczności wniesienia takiego powództwa prokuratora, który niewątpliwie ma uprawnienie je wytoczyć, co słusznie skądinąd podkreślił Sąd Najwyższy. Oczywiście, pozostaje pytanie, czy do takiego skutku chcieliśmy dojść i czy dzięki takiemu rozwiązaniu poszanowana jest godność i prywatność osób transpłciowych i ich obecnych oraz przyszłych dzieci. Czy ratowanie formalistycznego porządku prawnego naprawdę służy dobru człowieka – zarówno osoby transpłciowej, jak i, a może przede wszystkim, dziecka? Historie dzieci urodzonych z takich związków, które z łatwością można odnaleźć w Internecie, wskazują bowiem wyraźnie, że dla dzieci zrodzonych z osób transpłciowych najważniejsza jest miłość rodzica i poczucie bezpieczeństwa w rodzinie, nieważne czy urodził je tatuś czy mamusia. Żaden sąd i żadna władza państwowa nie powinna mieć uprawnienia, by w tę intymność domu rodzinnego dziecka ingerować.

Na zakończenie warto się jeszcze pochylić nad jedną kwestią proceduralną w przedmiotowym postępowaniu, która zresztą została już powyżej wspomniana – prawidłowej reprezentacji dzieci w procesie. Przedmiotowy proces został wznowiony z powodu nieważności wynikającej z braku reprezentacji żony i dzieci XY. Nie można o tym wnioskować z samego wyroku Sądu Najwyższego, ale ciekawe, czy w postępowaniu zainicjowanym skargą o wznowienie małoletnie dzieci XY były prawidłowo reprezentowane. Z art. 98 § 2 k.r.o. oraz wspomnianej powyżej uchwały Sądu Najwyższego z 2010 r. wynika bowiem wprost, że nie mogła ich reprezentować matka, bo była żoną powoda, ani tym bardziej XY, jako strona przeciwna w procesie. Dzieci powinny były mieć więc kuratora procesowego. 

Osobiście paradoksalnie mam nadzieję, że go nie miały i że całe postępowanie będzie można ponownie wznowić, po to tylko by uchylić przedmiotowy wyrok i wykazać, że dzieci nie mają interesu prawnego do występowania w tym procesie. Nie ulega bowiem mojej wątpliwości, że jeśli ten wyrok się ostanie, to będzie służył sądom okręgowym za standard proceduralny, tak jak było do tej pory z wszystkimi wcześniejszymi wyrokami Sądu Najwyższego dotyczącymi ustalania płci. By tego uniknąć, a tym samym by uniknąć systematycznego i zgodnego z prawem krzywdzenia dzieci przez system sądowy, coraz bardziej naglące staje się przyjęcie ustawy o uzgodnieniu płci. I to najlepiej zgodnie z projektem stworzonym przez Annę Grodzką, w którym wybrano procedurę nieprocesową, a więc niewymagającą uczestnictwa kogokolwiek poza wnioskodawcą w rozstrzyganiu przez sąd kwestii, która dotyczy przecież tylko i wyłącznie tożsamości i intymności osoby wnioskującej.

dr Małgorzata Szeroczyńska

edzamieszczono: 2014.05.06

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.3338 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj