Felietony

Nie jestem w mainstreamie


Od jakiegoś czasu z lekkim niepokojem obserwuję, co dzieje mi się z podejściem do samego siebie i jak bardzo oddalam się od Podręcznikowego Wizerunku Tru-Transa.

Jakoś na samym początku zapomniałem, jaki powinienem być. Kiedyś umiałem recytować stereotypowe cechy męskie, które mam/powinienem mieć/definiują mnie jako mężczyznę. Umiałem udowadniać, dlaczego uważam się za mężczyznę. Oczekiwano tego ode mnie raz po raz. Potem przestano, bo ludzie przestawili się na "ok, jesteś nim", nie musiałem też już dłużej udawać przed diagnostą Tru Transa.


Potem pojawiła się coraz większa akceptacja dla ciała, zwieńczona przyjaźnią z lustrem. Zacząłem też odchodzić od "jestem hetero, a tamto to była tylko identyfikacja z męskim wzorcem" - pierwszy facet, drugi facet... Potem to się nasiliło. I niech się ode mnie odpieprzą ci, którzy lepiej wiedzą, czego mam chcieć i oferują mi rozwiązania w pakiecie albo wcale.


Teraz miewam w głowie lekki mętlik, bo jednak cały czas mam w głowie to, jaki powinienem być (w świecie podręczników jest się Tru albo nie jest się transem). I wiem, że taki nie jestem. Co więcej, wiem, że odstaję od świata, odczuwam to. Gram. Mam maski. Kiedyś grałem kobietę, obecnie gram mężczyznę – różnica polega na tym, że ta druga rola jest akceptowalna i zgodna ze mną (wyrażam siebie, ale nie wyrażam wtedy siebie w pełni), a pierwsza dosłownie gwałciła mi psychikę.


A tak naprawdę jestem… powinienem tu napisać kim jestem, ale zbyt szybko nasuwa mi się pytanie: A czy mam prawo być…?


Transmężczyzną. Z odchyleniem w kierunku queer.


To taki dziwny twór. Nie do końca przekładalny na język mainstreamu. To trochę tak, jak rozmawiać o kolorach z kimś, kto wychowywał się w innej kulturze. O ile dobrze pamiętam, mieszkaniec dżungli rozróżnia niesamowite ilości zieleni, ale czerwień czy pomarańcz – jakiś tego typu jaskrawy kolor – to dla niego jeden diabeł. Mogę pisać wyłącznie stereotypami, bo w kulturze, w której żyję, o płci myśli się stereotypami. Dwupłciowymi stereotypami. A ja sam jestem dwupłciowy, tworząc tym samym nową jakość – której nie da się uchwycić jako czegoś osobnego. Nie dorobiłem się swoich stereotypów. Mogę tylko wskazywać stereotypy, które mam do wyboru – męskie i żeńskie. A one nie obejmują wszystkiego. Dodatkowo proste stwierdzenie o dwupłciowości skazuje mnie na utożsamienie z transkobietą; istotą różniącą się ode mnie jak dzień od nocy. Heteronormatywne stwierdzenie o „trzeciej płci” zawodzi.


Językowo jest chyba najprościej – pod tym względem polski jest dla mnie przynajmniej częściowo przyjazny. Jestem „on”. Tak o sobie myślę, takiej formy się domagam. Kiedy myślę o sobie i o kobiecie, myślę „oboje”. Ale kiedy myślę o sobie i o cismężczyźnie, myślę – również „oboje” (zwłaszcza jeśli coś mnie z nim łączy). Wydaje mi się, że gdybym myślał o sobie i o transmężczyźnie – choć nigdy nie zwracałem na to uwagi – automatycznie pomyślałbym „obaj”. Bez konieczności poprawiania się z „oboje”, jak mam z cisami. Choć mogę się mylić.


Tylko język, a już coś nie tak…


Poza tym ostatnio potknąłem się na grze społecznej w damy i dżentelmena. Zsocjalizowano mnie do żeńskiej roli, a oczekiwano męskiego zachowania w sytuacji, która była dla mnie zbyt rzadka, bym miał wyćwiczony „prawidłowy” odruch. Palnąłem gafę, urażając kilka osób. Cóż, po tych zaledwie kilku latach dorosłego życia mam w głowie zawirowanie także przy częstych sytuacjach. Na przykład w sytuacji rozkojarzenia zdarza mi się przepuszczać mężczyzn w drzwiach, bo pamiętam, że kogoś przepuszczam, ale już nie pamiętam, którą płeć. Najczęściej jednak robię to tak, że przepuszczam kobiety, potem idę ja, a za mną cisowie. I – dla mnie to gra. Konwencja. Ludzie się tak umówili, ok, żyję w tej kulturze i staram się tego trzymać. Ale to jest heteronormatywna gra, a ja jestem pionkiem z innego pudełka, gdzie gra się innymi kolorami.

Śmiesznie jest też z ciałem. Poruszam się jak mężczyzna. Mam męską mimikę. Zawsze miałem, to widać na zdjęciach, gdzie wyglądam jak transwestyta (i nadal pamiętam sytuację, gdy koleżanka przebrała mnie za kobietę na rozmowę kwalifikacyjną, w obcisłe rzeczy podkreślające biust, talię i biodra, a ludzie – mimo zgodności ciała z ubiorem – widzieli mężczyznę). Ale, pomimo hormonów, większość fizjologii wciąż jest kobieca. Pamięć ciała też jest kobieca. I komunikaty. Pamiętam okres.  Czasami bardzo wyraźnie czuję, jak ciało przekazuje mi „hej, jestem kobiece” – siedzę na zajęciach i czuję żeńskość linii ciała, to trochę dziwne… Ostatnio nawet zaczęło wysyłać mi sygnały „chcę zajść w ciążę”. (I o ile kilka lat temu zareagowałbym „pieprzonym zegarem biologicznym” i „aborcja albo samobójstwo, nie przeżyję bycia w ciąży!”, tak teraz to było raczej „aha, ale wiesz, co by powiedzieli ludzie? nie rób mi tego, nie chcę być polskim Thomasem B.”. I tak, zdarza mi się gadać ze swoim ciałem. Nieźle współpracuje). Dodatkowo ciało zdecydowanie chce hetero-seksu. Chciało go, gdy byłem z dziewczynami, chce go obecnie. A podczas seksu też, oczywiście, zachowuje się kobieco: potrzebuje długiej gry wstępnej, coraz głębiej zapada się w pożądanie, po orgazmie jest gotowe na kolejny…


No i jeszcze orientacja. Człowiek, który wymyślił, że są trzy orientacje, był cisem. Ok, rozumiem. Niestety następni ludzie, współpracujący z osobami trans, założyli, że osoby trans też mają trzy orientacje.


Aha, jasne.


Tyle że mnie pociągają trzy „płci” z czterech dobrze mi znanych: cismężczyzna, transmężczyzna i ciskobieta. Transkobiety, co do jednej, są dla mnie skrajnie aseksualne. Jeśli rozmawiam o biseksualizmie z kimś jednoznacznie hetero i chcę sobie wyobrazić, jak to jest nie czuć pociągu do jednej z płci, myślę o seksie z anonimową transkobietą. I go nie widzę. Nie istnieje. Jak zareagowałbym na osobę interseksualną (ach, ileż tu kombinacji…) – nie wiem. Nie spotkałem. Albo raczej nie wiem, że spotkałem. Spróbuj przypisać cztery płci do kombinacji „ta sama płeć – obie – przeciwna płeć”; ja nie potrafię. Ta sama to dla mnie transmężczyzna. SKRAJNIE przeciwną jest transkobieta.


Co do pozostałych dwóch… Tu też jest wesoło. Abstrahując już od faktu, że nie mogę ich umieścić na kontinuum pomiędzy „tą samą” i „skrajnie przeciwną”, bo poruszamy się raczej po ćwiartkach rozpiętych między osiami OX i OY niż po jednej tylko osi…

Niektóre moje aspekty są jednoznacznie męskie – przede wszystkim płeć społeczna. Facet, kropka. Inne jednoznacznie kobiece – choćby płeć genitalna (przynajmniej z punktu widzenia penisa). Inne to mozaika bardziej kobiecych, bardziej męskich, skrajnie nieokreślonych… Na przykład w komunikacji z innymi argumentację mam męską, ale emocjonalność jest kobieca – ciekawe połączenie.


I teraz wyobraźmy mnie sobie w związku z ciskobietą. Wychodzimy z domu – odbierają nas jako heteroseksualną parę. W zasadzie nikogo obcego nie obchodzi, że jesteśmy razem. Aha, ok, patrzymy na kolejną osobę. Przyjaciele w swoich reakcjach nie biorą pod uwagę kwestii płci. Co najwyżej mogą powiedzieć, że jedno z nas dwojga jest głupie i szkoda na nie czasu tego drugiego. Rozmawiamy – tu dużo zależy od  tematu. Idziemy do łóżka – mamy dokładnie takie same możliwości, jakie mają dwie lesbijki. (Ale nie mówcie transowi, że uprawia lesbijski seks, bo to zbyt ukobiecające. 95% was rozszarpie. Uprawia heteroseksualny seks ze swoją dziewczyną). Czyli związek jest częściowo taki, jak związki heteroseksualne, a częściowo taki, jak związki homoseksualne (a większość i tak zależy od tego, co partnerzy sobie dookreślą).


Przejdźmy do związku z cismężczyzną. Wychodzimy z domu – reakcje wahają się od „ooo, zobacz, dwóch gejów, jak super” do „wypierdalajcie stąd, pedały”, co trochę wpływa na nasze zachowanie. Mówienie przyjaciołom – cóż, przyjaciołom to jeszcze bez obaw (kwestia doboru ludzi), natomiast reszcie…  problematyczne. Rozmawiamy – znowu dużo zależy od tematu. Idziemy do łóżka – i mamy takie same możliwości jak para heteroseksualna. (Ale znowu – nie mówcie transowi, że w łóżku jest kobietą, bo 95%… i tak, uprawia absolutnie gejowski seks).


Najlepsze, że to się czuje. Można czuć się trochę hetero i trochę les, albo trochę gejem i trochę hetero. Mój przyjaciel poszedł dalej i jego związek z facetem bywa lesbijski – gdy oboje (o właśnie, odruch – niech już będzie ta forma) zrobią się na dziewczyny i zapożyczą dziewczęce zachowania. Sam jestem raczej podwójnie hetero – dążę do lekkiego spolaryzowania relacji oraz (w przeciwieństwie do wielu znanych mi gejów) reaguję głównie na heteryków.


Biorąc to wszystko pod uwagę (a także setki drobiazgów, o których nie napisałem), troszeczkę niekomfortowe jest dla mnie podejście niektórych ludzi, którzy kupują to, że jestem facetem, ale nie kupują tego, że odbiegam od heteronormy i ignorują rdzeń trans-. Owszem, akceptacja z ich strony jest… nie, nie cudowna, jest jedyną akceptowalną przeze mnie opcją, ale zamknięcie się na resztę mnie jest przykre.


W moim świecie są cztery płci główne (a pominąłem zupełnie transwestytów i mniejszości agenderowe, genderqueerowe, genderfuckowe, bigenderowe etc., choć to są już nieostre podziały i do pewnego stopnia zahaczają o te cztery) oraz nieznany mi z życia wachlarz interseksualności. I jest dużo orientacji seksualnych. Kiedyś je może policzę, w zaokrągleniu do podstaw tego świata. Ostatnio się pogubiłem.


Pochodząc z takiego świata, na co dzień czuję się trochę przycięty. W rozmowach. W relacjach z ludźmi. W stroju. I trochę wepchnięty w tłum. Mainstream. Zmuszony do dreptania w rytmie cudzych kroków i mylący ten rytm. Przezroczysty, bezbarwny. Spłycony.


Ludzie nie uwzględniają w rozmowach mojej płci i orientacji. Wtłaczają mnie w heteronormatywne rozmowy i heteronormatywne aluzje seksualne. I tak, umiem zagrać tę rolę. Ba, nawet bardzo szybko łapię wiele aluzji (choć niektórych w ogóle) i tylko świadomie, ze zmęczenia lub buntu, decyduję się nie śmiać.


Kiedy ja się odzywam, o wielu tematach, jeśli nawet mówię, mówię w sposób dostosowany do heteronormatywnej większości. Mam narzuconą wewnętrzną cenzurę, która jest mieszanką obawy, jak ludzie przyjmą to, co powiem oraz założenia, że zrozumieją komunikat inaczej niż ja, więc lepiej to powiedzieć ich językiem, z pominięciem niektórych niuansów. Czuję się nawet trochę skrępowany, gdy dość długo opowiadam o trans-tematach, bo mam wrażenie, że zamęczam. Równocześnie stresuje mnie część rozmów, gdy druga osoba dopytuje. Bo czasami dopytuje tak po prostu i jest w porządku – czegoś nie wie, ma prawo – a czasami mam uczucie, jakbym był mówiącym podręcznikiem w kształcie prawdziwej, żyjącej osoby trans. (Którą można dotknąć. Kiedyś koleżanka pacnęła mnie palcem w klatkę piersiową, coś jej nie pasowało i z rosnącym zdumieniem obmacała mi ją całą. Na pełnym ludzi przystanku autobusowym w centrum miasta. Halo, tam był mój biust, dobrze się bawiłaś…? Bo ja właściwie tak).


Na co dzień się tego nie odczuwa. W szczególności gdy spotyka się z akceptacją. Ot, dobrze zasymilowany cudzoziemiec. Przyzwyczajony do otoczenia i do tego, że Tak Już Po Prostu Jest.

Ale czasami… czasami jest coś takiego jak spotkanie we własnym gronie. Albo Parada – megaimpreza. Znane z codziennego życia miasto zaludniają nagle NASI, idący RAZEM. Ludzie z tego samego pudełka. W tych samych barwach. Nie tylko znajomi, choć tych jest pełno – także ci obcy. Oni też są NASI. Albo przynajmniej nas wspierają.


Przy okazji Parady zdałem sobie sprawę z tego, że osoby LGBTQ nawet transparenty czytają trochę inaczej. Kwestia rozumienia skrótów myślowych. Subkultury. Wspólnej tematyki. Ot, choćby „Born this way – pojawiła się tabliczka z tym hasłem. Tytuł hitu sezonu. Znaczenie dosłowne. Utwór o akceptacji. Samoakceptacji. Ale także manifest i autodeklaracja. Osoba LGBT się od tym nie tylko podpisze, ale także stwierdzi, że to jest PIERWSZA piosenka, która mówi to w TAKI sposób. Tak jednoznacznie. Tak zdecydowanie. (A dla mnie to w ogóle pierwsza piosenka, w której widzę słowo „transgender – i to w kontekście samoakceptacji, podczas gdy uczono mnie, że powinienem przepraszać/dziękować, że żyję).


Dodatkowo można się wreszcie ubrać inaczej. Odlotowo. Wyszaleć. Po całym roku asymilacji i bycia jak większość ma się nareszcie taką możliwość. I to nie na pustej – pełnej obcych – ulicy, tylko w tłumie ludzi takich samych. Co innego mieć jedyną tęczę na przystanku, a co innego – być nimi otoczonym. Poczucie wspólnoty, bezpieczeństwa…


Jedna z koleżanek stwierdziła, że to jej się kojarzy z konwentami miłośników fantastyki i RPG-ów. I miała rację – mechanizm ten sam, tylko poziom inny. Natomiast druga rozmówczyni marudziła, że ok, spotkania we wspólnym gronie rozumie, ale czemu na ulicy? Dlatego, że spędzamy mnóstwo czasu w przestrzeni miejskiej. Samotni. Niedostrzegani przez mainstream. Albo dostrzegani jako pojedyncze jednostki: o, gej! W zamkniętym klubie też można się spotkać, a nawet posiedzieć w sporej grupie pełnej LGBTQ, ale nadal jest się w zamkniętym klubie. To co innego niż pochód środkiem miasta, kiedy nagle się ISTNIEJE. Ba, nie tylko istnieje - JEST SIĘ WIĘKSZOŚCIĄ.


(Co prawda transów i tak Parada nie bardzo dostrzega, musimy wołać, krzyczeć i tupać, że tu jesteśmy, ale i tak jest dobrze. Mamy własną flagę, widziano nas z tą flagą, ktoś skomentował, że ooo, Trans-Fuzja idzie).


Z okazji Parady założyłem koszulkę na tyle obcisłą, że podkreślała talię. Talię, którą zwykle BARDZO starannie zakrywam, bo jest wściekle wąska i psuje mi cały efekt (kto to widział, żeby facet miał prawie 30 cm różnicy między nią a biodrami…). Tym razem zależało na tym, żeby ją jakoś pokazać. Bo inaczej w tych wszystkich tęczach wyglądałbym jak przeciętny gej. A tak to może ktoś zauważył, że jednak nie tylko. Może obejrzał się ze zdziwieniem i próbował mnie zaklasyfikować do jednej z dwóch płci.


(„Gej” to też uproszczenie. Oficjalnie jestem bi, pomijając kwestię zbyt małej ilości orientacji. W relacji z mężczyzną nie jestem tylko i w pełni gejem.  Ale ogólnie – tak się określam, bo to wiele rzeczy czyni mniej skomplikowanymi).


I nawet do pewnego stopnia się udało. W odstępie może półminutowym wręczono mi prezerwatywę i ulotkę kobiety-kobietom. Stojącemu na tej samej linii koledze wręczono tylko prezerwatywę.


Po całej imprezie poszliśmy w trójkę – sami transmężczyźni – do pizzerii i spędziliśmy absolutnie perfekcyjną godzinę gadając bez żadnej cenzury. Właściwie o niczym takim bardzo istotnym. Ale gdybyśmy chcieli – to byśmy mogli i to właśnie było cudowne. Głównie komentowaliśmy heteronormę i mówiliśmy, jak dziwnie się czujemy na zewnątrz, widząc te wszystkie gry społeczne ludzi, którzy nie widzą, że grają i myślą, że oni tacy naprawdę są: stereotypowi, monogamiczni, ukulturalnieni. Spotkanie z ludźmi tej samej płci jest cudowne. Szczególnie gdy dodatkowo ma się podobne podejście do życia.


A propos. Spotkanie w gronie wyłącznie cismężczyźni + ja byłoby dla mnie krępujące. Chyba że byliby to geje. Wtedy byłoby potencjalnie odrobinę krępujące. Nie mam natomiast oporów przed spotkaniami z samymi kobietami i na babskim wieczorze bawiłbym się – teraz – dobrze.


Drogą skojarzenia z ostatnim wieczorem, na który poszedłem, gdzie były przebieranki… Jej Perfekcyjność wystąpiła w złotej barokowej sukni i białej peruce, wyglądała zjawiskowo. Oznajmiłem przyjacielowi, że też chcę taką suknię. Doskonale mnie rozumiał.


Minie pewnie parę lat, zanim pokażę się w niej komukolwiek.


Ale obiecuję, że to zrobię. 

Marcin Rzeczkowski

edzamieszczono: 2011.08.16

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2992 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj