Newsy

Aniołem twoim chcę być


Zaczynało się zawsze tak samo; wieczór, komputer, internet... One pisały, że smutno i buro, życie pod górkę, w pracy nerwy. On, że są silne i mądre. One były nawet do siebie podobne; Irmina - urzędniczka, Dorota - pracownica banku, Agata - dziennikarka. Atrakcyjne, wykształcone, niezależne. On wykładowca na Cambridge, erudyta. Potrafił rozmawiać, jakby miał klucz do ich głów; o nieudanym małżeństwie, zdradzie partnera, trudnym rozwodzie.

- Zasypywał mnie mailami nawet w nocy. Niemal w każdej chwili dostępny na GG, na Skypie. Uważny, wyrozumiały, z poczuciem humoru. Mogłam rozmawiać godzinami - przyznaje Agata.

Jednak po roku od pierwszego kontaktu w sieci zmieniło się wszystko. Właściwie, to wszystko się odkryło. Jak puzzle w układance stopiło się w całość, która teraz Agatę potwornie zawstydza. - Nie mogę pojąć, że ja, dziennikara, dałam się tak wrobić! Irmina i Dorota mówią dokładnie to samo.

Misio ma chory brzuszek

No więc w mailach na początku było tak: "Witaj! Obiecałem napisać, nie wiem czy o wszystkim, ale...? Chciałbym kogoś pokochać, tak na zawsze. Nie na dzień, dwa czy miesiąc, rozumiesz to przecież doskonale. Jeśli chcesz, mogę przesłać Ci zdjęcie. Zastanów się. Jesteś wspaniałą kobietą, świetnie mi się z Tobą rozmawia. Może kiedyś się spotkamy? Chciałbym się Tobą zaopiekować... Pozdrawiam cieplutko, Mirek".

W kolejnych mailach, kolejne auto odsłony; "Jestem wykładowcą w Cambridge", "Skończyłem architekturę krajobrazu", "Mieszkam w kampusie przy uniwersytecie", "Projektowałem ogrody w Niemczech", "O, przesyłam Ci zdjęcia z Anglii - to moi międzynarodowi przyjaciele", "Jakbyś miała wątpliwości, czy mówię prawdę, proszę, tu są numery, kontakty, do mojej mamy i siostry, przyjaciół, znajomych . Nie mógłbym Cię okłamać. Nie wyobrażam sobie! Aniołem Twoim chcę być. Mirek".

Nie od razu ujawnił, że cierpi. Jednak, kiedy one coraz śmielej zwierzały mu się na czacie ze swoich problemów, nie pozostawał dłużny. Tą informacją zasmucił wszystkie.

- Mirek wyznał mi podczas jednej z wirtualnych rozmów, że nękają go silne bóle brzucha. Nie może jeść, wymiotuje. Przestraszyłam się. Zasugerowałam, aby jak najszybciej zrobił sobie badania - opowiada Dorota. Irmina, która w tym czasie była z Mirkiem w bardziej zażyłych stosunkach, dodaje: - Przesyłał coraz bardziej dramatyczne maile. Że choroba postępuje, a tu kłopoty w pracy, coś nie tak z mieszkaniem. Kiedy poprosił o pożyczkę, posłałam mu pieniądze niemal natychmiast. Na początek dwa tysiące złotych. To był zwykły odruch serca. Zresztą, zarzekał się, że odda. W wirtualu dał się poznać jako dobrze sytuowany gentelman. Trzymałam się tego obrazka.

- Niestety, i ja dałam się nabrać na numer z chorobą. Opowiadał mi o niej często na czacie. Żalił się, że nie może pracować. Zwierzył się nawet z myśli samobójczych! Niepostrzeżenie zamieniliśmy się rolami - teraz ja stałam się powiernicą jego trosk. Wkradł się w moje myśli i tkwił w nich jak gwóźdź. Martwiłam się o niego - przyznaje Agata.

Casanova w wyświechtanej katanie

Po Cambridge, architekturze ogrodów oraz wyjawieniu bolesnego sekretu przyszedł czas na real. Można powiedzieć, że dziewczyny były jako tako przygotowane. Każda dostała zdjęcie Misia i nawet jego pucułowata twarz w międzynarodowym towarzystwie, jakby wziętym wprost z budowy, nie wzbudziła podejrzeń.

- Z Mirkiem spotkałam się po raz pierwszy wiosną 2006 roku. W mieście moich rodziców. Nie chciałam od razu zapraszać go do siebie. Wybrałam neutralny grunt. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, poczułam zażenowanie. Pomyślałam: "To ma być ten wykładowca z Cambridge?" - wspomina Irmina.

Opowiada: - Siedział na peronie. Wymizerowany, blady. W dżinsach i poprzecieranej katanie wyglądał jak zabiedzony student. Był też podenerwowany. Tłumaczył, że w bankomacie zablokowało mu złotą kartę. Chwilowo nie ma przy sobie pieniędzy. Przed przyjazdem zapewniał mnie, że będzie spać w hotelu. Teraz, na wejście, poprosił o nocleg. Ulokowałam go u znajomych. Kupiłam mu karimatę i tam przekoczował kilka dni. Owszem, spotykaliśmy się na mieście. Chodziliśmy do knajpy, na zakupy. Tylko że ja wszystko fundowałam. Czułam, że to jakaś farsa, ale odpychałam od siebie tę myśl. Wolałam udawać, że nie ma sprawy. Miruś przyjechał i Miruś odjedzie, skończy się cały ten cyrk. Kiedy któregoś popołudnia zademonstrował mi całkiem świeżą ranę na brzuchu, poczułam się skonsternowana. Wyznał, że ma nowotwór. Był brzydki, odpychający, jakiś fałszywy, nieprawdziwy, a jednak całowaliśmy się!

W tym czasie Dorota słała do Mirka niespokojne SMS-y: Jak się czuje? Czy rana się goi? Czy bierze leki? Ona spotkanie z nim miała już za sobą. Kilka spotkań. Kiedy poznała go na czacie w listopadzie 2005 roku, w grudniu byli już razem na zaległym urlopie Doroty. Nie chciała z nim jechać w Bieszczady. Planowała remont w domu. Potem chciała wybyczyć się przed telewizorem. Ale on nalegał. Pisał, że przyjeżdża do rodziców na święta. Że przy okazji pobytu w Polsce, mogą wyskoczyć gdzieś razem. Najlepiej w góry.

- Na dworcu byłam zaskoczona. To on? Dżinsy, koszula w kratę, katana, plecak. Przygarbiony, niskawy. Na przywitanie poinformował mnie, że przelał siostrze na konto 20 tysięcy funtów. Musiał, no musiał jej pomóc! Więc czy ja nie mogłabym wyłożyć za te Bieszczady. Miałam ochotę uciec - wspomina Dorota.

Kontynuuje: - W domu, w czasie świąt ociepliło się trochę między nami. Mirek starał się. Sprzątał, pomagał w kuchni. Ciągle powtarzał, jaka to jestem wspaniałomyślna, mądra, kobieca. W górach pokazał zupełnie inną twarz. Nie było dnia, abyśmy się nie pokłócili. Był zaborczy, robił sceny zazdrości w jadalni. Noc sylwestrową spędziłam samotnie. Nie chciałam się z nim nigdzie pokazywać. Owszem, czasem próbował być miły. Łasił się do mnie jak kocur. Często też brał mnie na litość. Jęczał, że boi się śmierci. Trochę się całowaliśmy, usiłował mnie pieścić, jednak nie potrafiłam się przełamać. Po Bieszczadach Mirek oznajmił, że wraca do Anglii. Dorota pożyczyła mu na bilet.

- Może i wygasłaby ta znajomość, ale on dzwonił non stop. Maile, SMS-y. Raz czułe, przejmujące, to znów zaborcze, pełne wyrzutów, że chcę go porzucić jak zepsutą zabawkę, odmawiam pomocy choremu. Pod koniec stycznia zjawił się u mnie ponownie. Biegłam rano do pracy, a on wylegiwał się w łóżku, potem siedział przy kompie. Kiedyś zadzwoniłam do niego z pracy, żeby podesłał mi moje CV z pulpitu. Wkrótce pożałowałam tej prośby - opowiada Dorota.

Kiedy Dorota niańczyła schorowanego wykładowcę, Agata, dziennikarka, odbierała od niego czułe maile w drugim końcu Polski.

Agata opowiada: - Mirka poznałam na czacie. Przechodziłam właśnie trudny rozwód. Nie potrafiłam zwierzyć się ze swoich problemów bliskim. Łatwiej było mi popłakać w wirtualny rękaw wrażliwcowi z sieci. Mirek nie ukrywał, że przyjaźni się z różnymi dziewczynami. W ogóle można było odnieść wrażenie, że świetnie dogaduje się z kobietami. Na dowód wiarygodności swoich słów przesłał mi CV niejakiej Doroty. Sprawdziłam ją i rzeczywiście; pracowała w banku. Mirek wyjaśniał, że są cudowną parą przyjaciół. Z czasem podał mi namiary do innych swoich znajomych. Zachęcał: "Rozumiem, że mogę wydawać ci się trochę dziwny. Moje życie, osiągnięcia, kariera. Ale proszę, tu masz telefony, adresy. Dzwoń, pisz, sprawdzaj! Tylko nie znikaj z mojego życia, nigdy ...". Kiedy zadzwoniłam do jednej z jego "przyjaciółek", wykładowczyni na uniwersytecie łódzkim, a ta potwierdziła jego zadziwiającą biografię, pomyślałam; zakręcony, ale ciekawy facet. A kiedy podczas rozmowy telefonicznej oznajmiła mi: - Mirek dużo mi o tobie opowiadał. Chyba się zakochał - zrobiło mi się gorąco.

Głupia wariatka!

Agata bardzo żałuje, że w pierwszych tygodniach znajomości z Misiem nie skontaktowała się z Dorotą. Nie zadzwoniła na numer podany w CV. Wiedziałaby już, kim jest wykładowca z Anglii. Dorota była właśnie po telefonie od Irminy, która wyszperała z Mirkowej komórki numer do dziewczyny z banku i zadzwoniła do niej z rewelacją, że koleś, z którym mają obie do czynienia, wyłudził od niej prawie 10 tysięcy złotych. Na rzekomą pomoc w pokryciu kosztów leczenia.

Irmina opowiada: - Nie mogę pojąć, jak mogłam tak głupio postąpić. Po prostu nabrał mnie na tego raka, na chemioterapię. Raz nawet paczkę do Anglii mu wysłałam. Filmy na DVD i słodycze. Żeby wziął ze sobą do szpitala. Biedactwo!

Dorota po telefonie od Irminy zaczęła składać fakty z życia Mirka w całość. Dzwoniły do siebie często. Wydedukowały, że to za pieniądze wyłudzone od Irminy, Mirek przyjechał do Doroty w grudniu 2005 roku i potem, pod koniec stycznia. Prawdopodobnie to również za jej pieniądze wiódł swoje tajemnicze życie na Wyspach. Na spotkanie z Irminą, a raczej na dojechanie do niej, miał z kolei od przyjaciółki z banku (ona myślała, że pożycza mu na lekarstwa). Dziewczyny zaczęły się domyślać, że facet je okłamuje.

W sierpniu 2006 roku Dorota zdecydowała się na ostateczny - jak mówi - krok. Mirek zaprosił ją do Anglii. Przekonywał, że wynajął z przyjaciółmi dom. Znalazł nową pracę. Wychodzi na prostą. Odwdzięczy się za wszystko, co dla niego zrobiła. Odda długi.

Z lotniska w Londynie odebrali ją znajomi Mirka. Jakiś wychudzony koleś i dziewczyna w ciąży. W wynajętym przez Polaków podmiejskim domu zajęli klitkę na poddaszu. Tu było "królestwo" Misia. Wąskie łóżko, szafka na telewizor, plecak upchnięty pod niskim stolikiem. Kiedy ona kładła się spać, Mirek rozkładał karimatę na wąskim paseczku podłogi. Zastanawiała się jak przebukować bilet. Po dwóch dniach pobytu, krajanie zażądali, aby wzięła na siebie część kosztów, skoro już z nimi zamieszkała. Mirek zaczął się awanturować. Poszli na spacer. Gdy wrócili, ich rzeczy były porozrzucane przed domem, pokój zamknięty na klucz. Wpadła w szał.

- Czułam się jak w jakimś tanim filmie sensacyjnym. Jakbym oglądała to całe szaleństwo z boku. Mirek usiłował pertraktować coś z właścicielem domu, Pakistańczykiem, którego wezwali Polacy, ale zorientowałam się, że on prawie w ogóle nie mówi po angielsku!

Trzecia noc była najgorsza. Spędzili ją u jakiejś dziewczyny w miasteczku. Dorota zerwała się z samego rana i godzinę koczowała przed biblioteką. Chciała jak najszybciej dostać się do Internetu i zarezerwować bilet do Polski. Udało się. Wylatywała wieczorem. Za rezerwację last minute przepłaciła kilkakrotnie. Kilka godzin później była już we własnym mieszkaniu.

- Jak się czułam? Po pierwsze ulga. Że mam ten koszmar za sobą. Że nikt mnie tam nie zgwałcił, nie zabił. Najmniejsza myśl o tym człowieku przyprawiała mnie o mdłości. Nienawidziłam jego i siebie. Kiedy po raz pierwszy zadzwoniła do mnie Irmina i opowiedziała o kulisach swojej znajomości z Misiem, byłam w szoku. A kiedy pochwalił się jej jeszcze, że ma nową świetną znajomą, dziennikarkę, która pracuje dla Warszawy, uznałyśmy, że trzeba ją odnaleźć, ostrzec. Tylko że on zdążył się ulotnić.

Śledztwo Agaty

Jednak to właśnie Agata ostatecznie zdemaskowała oszusta. - Mirek mieszkał u mnie kilka miesięcy. Był takim antidotum na poczucie osamotnienia. Uczynny, empatyczny. Miał dobry kontakt z moim dzieckiem - opowiada kobieta.

- Często wyrywał się na tydzień, dwa do Anglii. Tłumaczył, że to z powodu leczenia. Kiedy wyjechał na kolejną, rzekoma chemię, przestał przesyłać maile. W lakonicznych SMS-ach tłumaczył, że musi przedłużyć pobyt. Zrobiłam więc coś, o co bym się wcześniej nie podejrzewała. Włamałam się na jego pocztę - wyznaje Agata.

Kontynuuje: - Znalazłam dziesiątki listów; do różnych kobiet i od nich. Kobiet przeważnie wykształconych, samodzielnych i... samotnych. Wszystkie były dla niego "skarbeczkem" i wszystkie mu bardzo współczuły z powodu raka żołądka. Dla wszystkich był dzielnym wykładowcą z Cambridge i wszystkim był winien jakieś pieniądze.

Kiedy ochłonęłam, przeczesałam strony, na których przesiadywał; program do układania wierszy, wyznania ludzi po chemioterapii, teksty piosenek, projekty ogrodów... Przetrząsnęłam kieszenie jego starej katany i spodni. Znalazłam bilety z podróży pociągami: Szczecin, Łódź, Warszawa, Lublin... Jakieś potwierdzenia wypłat z bankomatów. W kieszonce znoszonego plecaczka (na podróż pożyczyłam mu swój neseser) był stary bilet lotniczy do Londynu na nazwisko Mirosława Wesołowska. On sam przedstawiał się jako Mirosław Wesołowski. Przeżyłam iluminację. Agata napisała do niego maila. Był zwięzły: "Wiem kim jesteś". Odpisał: " Tak, masz rację, ale..."

- Ale dla mnie nie było żadnego ale! Czujesz to? Oszukiwał mnie, oszukiwał nas wszystkie facet, który nie przestał być kobietą! Wyciągał od nas forsę, na co? Operacje, hormony, terapię? I wiem też, o co mnie jeszcze zapytasz. Jak mogłam być z mężczyzną, nie domyślając się, że nim nie jest? Jak wyglądała nasza bliskość? A ja ci powiem, że z mężczyznami miałam gorszy seks. Owszem, nie pozwalał się dotknąć poniżej brzucha. Nigdy nie zdjął przy mnie ubrania. Tłumaczył, że wstydzi się ran i blizn po operacjach. Potrzebuje czasu. Akceptowałam to, bo pomijając normalny stosunek seksualny, był doskonałym kochankiem.

Epilog

Agata wyrzuciła rzeczy Mirka na śmietnik. Odnalazła przez internet Dorotę i Irminę, i Alicję z Łodzi, i internistkę z Warszawy. Zadzwoniła nawet do jego matki. Miała zmęczony, niechętny głos. Potwierdziła, że Mirek nigdy nie studiował. Ot, skończył technikum budowlane, potem studium architektury krajobrazu. Cambridge? Skąd mu się to wzięło? Słowa po angielsku nie powie. Zresztą, można go odnaleźć na zdjęciu na Naszej-Klasie.

- Pucułowata, zamyślona dziewczyna. Tylko matka mówi o nim zawsze "on"- opowiada Agata.

Niedawno Dorota odebrała w pracy telefon: - Zadzwoniła jakaś młoda kobieta. Była roztrzęsiona. Pytała o Mirka. Mówiła, że chwalił się przed nią moim CV. Wyznała, prawie z płaczem: "On wkradł się w moje życie i rujnuje je. Kim jest ten człowiek?".

Irmina: - Długo się wahałam, czy ci to wszystko opowiedzieć. Po prostu  - wstydziłam  się. Ale ten drań buja się teraz ponoć gdzieś na południu Polski. Dziewczyny, nie dajcie się!

Na prośbę bohaterek reportażu, imiona oraz nazwisko oszusta zostały zmienione

Źródło: http://partnerstwo.onet.pl/1599130,4704,3,artykul.html

Joanna Weyna Szczepańska

edzamieszczono: 2010.03.04

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2983 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj