Newsy

Podziemne życie Ewy H.


Artykuł na temat życia opozycjonistki i działaczki społecznej Ewy Hołuszko autorstwa Jacka Hugo-Badera, który ukazał się w Gazecie Wyborczej, opatrzony komentarzem. Autor artykułu ujął tekst w formę dialogu.

Przeczytaj też wyjaśnienia Ewy Hołuszko w kwestii nierzetelności i manipulacji dokonanych przez autora poniższego tekstu: http://transfuzja.org/pl/artykuly/newsy/ewa_holuszko...

Kurde! Bezpieka nie mogła cię złamać, a wykończyli gówniarze z gimnazjum. Za nic w świecie nie stanę przed lustrem bez gaci. W pewnym sensie wtedy już prawie nie żyjesz

- Zabiją. Ewuniu, zabiją cię! Zabiją!

- Marek, daj spokój! Przestań się mazgaić.

- Boję się tego wywiadu dla "Wyborczej",

bo po nim to już żadnego życia nie będę miała na ulicy, ale idę na całego, z imieniem, nazwiskiem i ze zdjęciem. Trzeba wreszcie zrobić coś z tym krajem. Biorę rozbieg i przebijam głową mur, pokażę, że tacy ludzie jak ja naprawdę istnieją.

- Jacy?

- Parszywa jestem, dziwoląg i odmieniec, co ośmieliła się poprawić Pana Boga. Dzisiaj znowu nie było listów. Chociaż wszyscy znajomi już dostali. Zaproszenia na 4 czerwca. Do Gdańska albo do Krakowa. Ci, co pamiętają, kto to jest Hołuszko, boją się zaproponować, przypominać moje nazwisko.

- Ale Hugo-Bader z "Wyborczej" przyszedł na wywiad.

- Widziałeś, jak mi gumka do włosów upadła? Mało, że nie podniósł, to jak najgorszy cham czubkiem buta przysunął. Żebym się sama schyliła. I w rękę nie pocałował.

- Daj spokój, Ewuniu. Popatrz na swoją rękę. Przecież on ma mniejszą i pamięta ciebie sprzed lat, to jest mu trudno. Do tego widzi, jak się ruszasz. Niby kobieta, ale trochę jak dragon. No i ten rozmiar. Ile ty masz? 190? Tylko 185 centymetrów! I za każdym razem, jak do ciebie przychodzi, odgrywasz ten babski rytuał. Przyjmujesz go w rosole, w domowym, męskim swetrze, powyciąganej spódnicy i tych ohydnych babskich klapkach złotego koloru na gołe nogi. Oczywiście za małe, bo twoich rozmiarów nie robią. Kto widział kobietę z taką nogą.

- Ale zmniejszyła mi się o jeden numer.

- To znaczy na jaki? 42? Potem każesz facetowi czekać, a ty się myjesz, malujesz, układasz włosy, do tego wyjściowa sukienka, rajstopy i się pojawiasz. Chociaż wcześniej dwie godziny gadaliście. On pewnie w ogóle nie całuje kobiet po rękach. Za to prezydent buchnął cię w mankiet, jak przypinał krzyż oficerski.

- Prezydent Kaczyński odznaczał Ewę Hołuszko, twórcę największej warszawskiej organizacji podziemnej w stanie wojennym. Myślę, że jego ekipa nie powiedziała mu wszystkiego. Musieli wiedzieć, że założyciel organizacji nazywał się inaczej. Miałam straszną ochotę wygarnąć mu wszystko.

Pierwsza chemia - bunkier

- To nie wina Kaczyńskiego, Ewuniu, że od trzech lat mieszkasz w podziemnym bunkrze, że zamiast podłogi masz ułożone na piasku deski, zamiast łóżka drewniane palety na cegłach, a zamiast kibla - wiadro.

- To nie bunkier, tylko fundament domu. Dach z niebieskiej folii rozwijam tylko na zimę, bo przecieka. A z tym wiadrem już chyba do końca życia będę biegała wylewać do dołu. W 2007 roku podłączenie do kanalizacji miało kosztować 3,2 tysiąca. Zbierałam, zbierałam, a jak miałam tyle, co trzeba, okazywało się, że cena podskoczyła do 6,6 tysiąca. Za co?! Za kawałek rury z ulicy do mojej studzienki! Sama bym to zrobiła w dwa dni, ale trzeba mieć uprawnienia. To poszukałam innego fachowca, ale powiedział aż 10. Rozpacz! Więc wracam do tego za 6,6, a on, że obecna cena to 15,8 tysiąca.

- Nie płacz, Ewuniu. Mnie też wkurza, że mając cztery fakultety i twoją biografię, przepisujesz słupki z cyferkami dla firm ubezpieczeniowych.

- Za półtora tysiąca na miesiąc. A to praca tylko w nocy. Ja się czuję jak pajac, bo zbieram latami na tę kanalizację, nie dojadam, a cena ciągle mi ucieka. To ma być mój kraj?! Normalnie głoduję, żeby zakopać kawałek rury. Powinnam jeść jak człowiek, bo jestem śmiertelnie chora, a dzisiaj na obiad miałam kartofle ze szczypiorem. A najgorsze, że boję się chodzić po swojej ulicy, boję się ludzi. Zaczepiają, wyzywają, okradają, a policja umarza kolejne sprawy. Kiedyś miejscowe menele wdarli się do środka, młotami rozwalili komputery, a furtkę ukradli na złom. Potężną twierdzę zrobiłam ze swojego bunkra. Kraty w oknach, a wszędzie wkoło postawiłam kamery na podczerwień, żeby nawet w nocy widzieć, jak się szykują do szturmu, i złapać za siekierę, co zawsze ją mam pod ręką. Na szczęście te kamery to teraz taniocha. To ich trochę odstraszyło, bo wiedzą, że obraz jest zapisywany, i jakby co, będzie dowód dla policji. Kiedyś opowiedziałam dzielnicowemu, jaką mam wojenną przeszłość, i kazałam, żeby pogadał z menelami, bo na stałe mam siekierę za drzwiami.

- Kobietka moja.

- Chyba pogadał, bo od tego czasu drzwi nie forsowali. A wszystkie nieszczęścia stąd, że Pan Bóg sobie ze mnie zażartował. Cokolwiek okrutnie. Nie tylko z menelami mam na pieńku. Straciłam wszystkich przyjaciół, znajomych, a nawet rodzinę. A wiesz, ilu takich jak ja wykończyła polska psychiatria, bo fałszywie uznała ich za schizofreników? A przecież nie ma niczego niezwykłego w ich umyśle. Gdyby to schorzenie można było wykryć zaraz po urodzeniu, to dla takiego dziecka lepiej by było, żeby je zrzucili ze skały, jak w Sparcie. Albo komora gazowa.

- Jezu, Ewuniu, co ty wygadujesz.

- Nie masz pojęcia, jakie straszne jest moje życie. Nowotwór powiedział, że jestem przed śmiercią, że zginę. A jeśli nie opowiem o sobie, ze mną zginie kawał historii Polski.

Druga chemia - Heimat

- Dać ci książkę, Ewuniu?

- Nie mam siły czytać. Ani mówić. Dzisiaj ty opowiadasz. O Białymstoku na przykład.

- Stamtąd pochodzę. Ojciec miał niesamowitą smykałkę do handlu. Po ostatniej wojnie otworzył budkę z wyrobami futrzarskimi i galanterią. Paski, rajstopy, guziki. Sprzedawała babcia, a my przenieśliśmy się do Anina pod Warszawą. Mój Heimat jednak został tam. Warszawa to jest obca ziemia.

- Do dzisiaj?

- Tak, Ewuniu. Od pierwszej klasy świetnie mi idzie, ale z wuefu jestem największa lebiega w klasie. Gra w piłkę z chłopakami to była udręka, a do tego w okresie dojrzewania pojawiły się u mnie piersi. Myślę, że przez to, że przy kości był ze mnie dzieciak. Nawet przez podkoszulek było widać, a po wuefie jeszcze trzeba było się rozebrać. Strasznie się ze mnie śmiali, dokuczali, przezywali, ale dzięki temu wiem, jak się bić. Żadnej obelgi nie odpuszczam i od razu skaczę do oczu. Do dzisiaj tak mi zostało. Całą szkołę symuluję jakieś choroby, żeby wyłudzać od lekarzy zwolnienia z wychowania fizycznego.

- Żaden nie zwrócił uwagi na te piersi?

- Żaden. Wiele osób ma zaburzenia hormonalne i takie piersi. Martwiło mnie jednak, że stanowczo wolę towarzystwo dziewcząt. Stanowczo trzeba z tym walczyć! Kupuję więc ciężarki, wieszam drążek, robię skocznię i bieżnię wokół domu. Ćwiczę, biegam, dźwigam. Walczę ze swoimi inklinacjami. Jako religijnego dzieciaka przerażało mnie to. Wtedy był to dla mnie grzech. Raz jeden próbę coś tam matce wydukać, ale powiedziała, że spowiedź mi pomoże. W życiu! Jak to księdzu z siebie wydusić.

- Lepiej, Marek, na siłę okazywać męskość?

- Masz rację, Ewuniu. A w trzeciej klasie, a więc musiał to być rok 60, matka pierwszy raz prowadzi mnie na Dworzec Wileński, wręcza walizę i każe zawieźć babci do Białegostoku. W środku było pełno luksusowego dobra do naszej budki z galanterią, a wtedy jeszcze, 15 lat po wojnie, milicja i tajniacy sprawdzali ludziom bagaże na dworcach.

- Dziecko nie wzbudza podejrzeń. Mały spekulant.

- Komuna była nieznośna. Tępiła prywaciarzy jak mogła. Ojciec ciężko od tego zachorował. Dostał rozstroju nerwowego, budka upadła, oszczędności stopniały i doszło do tego, że nie było co jeść. Było tak źle, że w liceum przyznano mi stypendium socjalne. Zdaję śpiewająco na fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale po drugim roku było jasne, że jak najszybciej muszę uniezależnić się finansowo i pryskać z domu. Ojciec był już nie do wytrzymania. To była jakaś straszna psychoza nerwowa. Przenoszę się na politechnikę, na wydział elektryczny, bo w PRL-u inżynier dobrze zarabiał, i chociaż ja z Warszawy, udaje mi się załatwić akademik. Mieszkam w Bratniaku na placu Narutowicza, w pokoju na parterze, bo u mnie się waletowało, a więc wchodziło przez okno. Przyjmuję wszystkich rozbitków, a najczęściej moją jedyną, ukochaną siostrę. Ona też nawiała z domu przed ojcem. Umarł w 1975 roku. Rok po moim ślubie z Elżbietą.

- Ulga?

- Jako głęboko wierzącemu człowiekowi głupio mi tak myśleć. Rozstaliśmy się poróżnieni, w gniewie. Umarł zresztą w wykopie, w którym jest twój bunkier, Ewuniu. Dokładnie w tym miejscu, gdzie stoi stół, przy którym jadasz. Nabrał kredytów i obok starego chciał budować nowy dom. Bardzo długo leżał w dole i umierał. Był zupełnie sam. Bardzo nieszczęśliwy człowiek. No i wreszcie całuję ojca, ale kiedy był już w trumnie. To mi ulżyło.

Trzecia chemia - Kąt

- Niesamowity wycisk dostałam w "Kącie", szkole dla trudnej młodzieży. Przyszłam w 2001 roku na nauczyciela fizyki. Ale dzieciaki widziały dziwną babę z dosyć niskim głosem i dawały wycisk! W każdej szkole są trudne jednostki, ale tam były tylko takie. Z domów opiekuńczych, po odwykach, poprawczakach. Dyżury w czasie przerw na korytarzach były straszne. Bywało, że za plecami słyszałam: "ty taka nie taka", "stara kurwo", "zrób to a tamto"...

- Znaczy laskę mi zrób.

- Tak. Ale nie reagowałam. Na pierwszej lekcji w trzeciej klasie gimnazjum wzywam dziewczynę do tablicy, a ta: "Ewka, kurwa, to jest jakieś pojebane równanie". I zupełnie poprawnie dowodzi, że równanie się nie zgadza. Dostała piątkę. Dziewczyna po odwykówce alkoholowej. Ona nie znała innego języka.

- Byliście po imieniu?

- Tylko z licealistami. Ale ona miała pozwolenie. Ubóstwiałam ją. To była jedyna z niewielu jasnych chwil w tej szkole. Zawsze kiedy wchodziłam do gimnazjalnej klasy, podnosił się straszliwy huk. Krzyki, wrzaski, obelgi. Próbowałam prowadzić lekcję, ale wtedy zaczynały się ataki na słabsze dzieciaki. Każda klasa ma kozły ofiarne i jakoś tak wychodziło, że w mojej obecności dostawali wycisk. Nie mogłam tego znieść. Wyrzucałam z klasy, ale przecież wszystkich nie mogę. Oni mi normalnie obelgi w oczy. Czasem nie dawałam rady i wychodziłam.

- Kurde! Ewka, bezpieka cię nie złamała, a pękasz przed gówniarzami!

- Były dyżury specjalnych wychowawców, którzy mieli pacyfikować takie dramatyczne sytuacje i przychodzić, ale na moje wezwania już się nie zjawiali, bo jako jedyna nadużywałam tego narzędzia. Kiedyś prowadzę lekcję, w klasie zaledwie kilkoro uczniów, a jedna z dziewczyn włazi pod ławkę i jawnie robi koledze laskę. 15-latka, z rocznym stażem na ulicy. Wyciągam ją za łeb, a ta "jaki fajny chuj" i dawaj kłócić się, który punkt regulaminu szkolnego zabrania robić kolegom laski. Albo prowadzę zajęcia, a z wyższego piętra spuszczają na nitce zakrwawioną podpaskę.

- Wszystkie numery, które ci robili, miały seksualny podtekst?

- Jakoś tak wyszło. W klasie natychmiast robi się piekło, wciągają mi ten tampon do środka, sensacja, sodoma i gomora. Kondom wypełniony dziwną cieczą na moim biurku albo krześle to była norma.

- Rozlewał się?

- A jak! Tak to robili, że czasem na nim siadałam. Mam nadzieję, że to było szare mydło. Gwoździem do mojej trumny był chłopak z trzeciej gimnazjum. Jeśli chodzi o inteligencję, to Einstein, ale skrajnie zdemoralizowany. Rozbijał mi każdą lekcję. Wrzeszczał, jawnie wyzywał, w oczy i publicznie, a dyrekcja i rodzice robili wszystko, żeby utrzymać go w szkole. Nie mogłam na sekundę odwrócić się do tablicy, bo przyklejał mi do pleców kartki z wyzwiskami. Próbował mnie obmacywać. Przy uczniach! Gimnazjum! Miałam poczucie, że uczę fizyki potwora, szefa mafii. Bo z jego ilorazem inteligencji i poziomem agresji na sto procent kiedyś nim będzie. Całą klasę potrafił poprowadzić do ataku na mnie. Urodzony przywódca. Do tego zasłużył, żeby postawić mu trójkę.

- Chociaż go nienawidziłaś.

- Ucznia nie można nienawidzić. Dla mnie przekroczenie progu tej klasy było sto razy gorsze niż przesłuchanie przez bezpiekę na Rakowieckiej. Nie wytrzymałam tego. Po trzech latach odeszłam. Kilka lat nie miałam pracy, żyłam w okropnej nędzy.

Czwarta chemia - wojna

- Marek. Śpisz?

- Nie, nie, Ewuniu. Tylko oczy mi się zamknęły.

- Widziałam, że się uśmiechasz. Jakby przez sen.

- Przypomniało mi się, jak to za pierwszej "Solidarności" w 1980 roku zaczynam pracować w Instytucie Meteorologii. Dostaję temat na doktorat o wilgotności gruntu, ale kompletnie mnie to nie interesuje, bo jednocześnie jestem szefem Biura Interwencji Regionalnej Komisji Wykonawczej "Solidarności" i członkiem zarządu Regionu Mazowsze. Bardzo często nawet na noce nie wracam do domu, a właśnie urodził mi się drugi syn. Potem był jeszcze wyjazd na zjazd.

- Tam wszyscy delegaci dostali od włókniarek te legendarne, białe ręczniki frotté z wielkim napisem "Solidarność".

- Jasne, ale mój został u siostry w domu, a ja nie mam tam teraz wstępu. Potem Biuro Interwencji przejęli po mnie Romaszewscy, a ja zaczynam organizować związek w MSW, wojsku i wszędzie tam, gdzie komuniści uważali, że to ich teren. Dasz wiarę, że prawie udało mi się założyć "Solidarność" w KC PZPR? Zgłosiło się osiem osób, a do założenia koła potrzeba było dziesięciu. To były kucharki i sprzątaczki, ale jednak pracownice KC. Kiedy w listopadzie 1981 roku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej wybucha strajk, od razu się tam zjawiam, bo podlegali pod MSW. Komendant szkoły był zakładnikiem, a w piwnicy mam ogromny magazyn broni. Stawiam tam podwójną wartę i mówię chłopcom, że mają tam stać aż do końca, aż wpadną i ich zwiną. Strasznie się boję jakiejś prowokacji, strzelaniny. Potem dołącza Jurek Popiełuszko, kapelan Huty Warszawa.

- Fajne księżysko. On też nie lubił wuefu.

- Marek Latos, wytapiacz z huty, przerzucił go do nas przez płot, bo próbował sam, ale się zawiesił. A potem nas rozbili. Wszystkich zwinęli, ale puścili, bo Lechu Wałęsa zagroził strajkiem generalnym.

- Dlaczego się nie broniliście? Mieliście armatki wodne, strażackie toporki, hełmy... Czerwoni testowali, czy "Solidarność" będzie stawiać opór. Może jakbyście się postawili, w stanie wojennym trudniej by im poszło?

- To były dzieciaki. Studenci. Co innego górnicy, stoczniowcy... A jak by mi któregoś chłopaka odstrzelili? Rzeczywiście dwa tygodnie później wybucha stan wojenny. Rano 13 grudnia całuję obu synków i wychodzę z domu. Jeden ma sześć lat, drugi sześć miesięcy.

- Kiedy wracasz?

- Za półtora roku. I buduję organizację. Pierwsze konspiracyjne spotkanie mam 15 grudnia przy budce z kwiatami na rondzie Starzyńskiego. To była Jadwiga z komitetu strajkowego przy FSO, a budka stoi do dzisiaj. Następnego dnia w mieszkaniu koło huty odbyło się spotkanie z przedstawicielami kilku zakładów. W sumie siedem osób, w tym ja i Adam Borowski, późniejszy szef konkurencyjnego MRKS-u. Mówię, że z walki nic nie wyszło, wszystkie zakłady rozbijają, a on, że trzeba atakować. Następne spotkanie tuż przed świętami. Ustalamy, że ja jestem szefem. Umiera Marek Hołuszko, rodzi się "Hardy". Moją pierwszą łączniczką jest Marta z Instytutu Meteorologii. Potem wpadła, ale kompletnie w śledztwie się załamała i wszystko wyśpiewała. Wybaczam jej i mimo wszystko bardzo lubię. Przychodzi do mnie na każde urodziny. W styczniu następnego roku zjawiła się Ewa Choromańska ze szpitala w Międzylesiu. Świetna baba. Przyprowadza dużo zakładów z prawej strony Wisły. Miesiąc później organizuje spotkanie na Gocławku przy pętli tramwajowej. Jest ich trzech. Michał Boni, Maciek Zalewski i Andrzej Urbański.

- Niezłe combo. Obecny minister, były minister i były prezes Telewizji Polskiej.

- Trzej przyjaciele z polonistyki. Ja mam organizację, a oni nazwę. MKK. Podoba mi się. Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny. Poza tym mają gazetę. Nazywała się "Wola", ale nie mają jej gdzie puszczać, a ja mam gdzie, tylko nie mam co. To się łączymy. Idealny, można powiedzieć, związek. To już była duża firma. Z wielkich zakładów mieliśmy MPT, MZK, Polkolor z Piaseczna, ale Ursus odchodzi do MRKS-u, bo stanie z bronią u nogi im nie pasuje.

- A Huta i FSO?

- Jest u nas i u nich. A w końcu listopada 82 wpadam. Namierzają mój lokal na Genewskiej 12. Dwa dni obserwują go z domu naprzeciwko, ale zwijają mnie na rogu Zwycięzców i Saskiej. Z samochodu wychodzi facet i przykłada mi pistolet do piersi. Chcę pryskać, oglądam się, a za plecami ogromne wykopy uliczne. Mam fałszywy dowód osobisty z moim zdjęciem na nazwisko Jan Szulim z Mińska Mazowieckiego. Grupy Oporu Teosia Klincewicza kupowały na bazarach kradzione dokumenty i odpowiednio je przerabiali na potrzeby podziemia. Załatwili mi nawet legitymację milicyjną. Na szczęście nie mam jej przy sobie podczas aresztowania.

- Kto został szefem?

- Zalewski. A po jego wpadce Choromańska.

Piąta chemia - rak

- Marek. Znowu śpisz! Nie po to ze mną przychodzisz, żeby odsypiać noce.

- Przepraszam, kochanie.

- Wiesz, tak sobie pomyślałam, że Ewka Choromańska to wspaniała dziewczyna. Kiedy w listopadzie pokazała mi się krew z dupy, potem niekontrolowane wypróżnienia, a potem już było jasne, że to nie hemoroidy, i skierowali mnie do jej szpitala w Międzylesiu, od razu do niej zadzwoniłam. Na tę kamerę, którą wsadzają w człowieka od dołu, nie czekałam pół roku jak wszyscy, tylko trzy tygodnie. Po tym już było jasne, że to rak. Dwa tygodnie później byłam po operacji. Guz miał 28 centymetrów średnicy. Parę lat rósł, a ja myślałam, że z wiekiem brzuch musi rosnąć. Dzięki Bogu zostawili mi odbyt i nie muszę chodzić z plastikowym workiem, ale jest dużo przerzutów. Pamiętasz, jak wczoraj byliśmy na kebabie?

- Oczywiście, Ewuniu. Nawaliłaś najostrzejszego sosu, aż temu Turkowi szczęka opadła.

- A ja nic nie czułam. Żadnych smaków. Przez tę chemię, tylko dwa dni po każdej jakbym, za przeproszeniem, gówno w ustach miała. Mówią, że muszę lepiej się odżywiać, bo szpik nie wytrzyma.

- Proszę. To zjedz jeszcze kawałek. Ja nawet codziennie mogę ci kupić jedną z tych tańszych czekolad.

- Parę lat temu, kiedy los jak zwykle porządnie nakopał mi w tyłek, pomyślałam, że chciałabym mieć raka, bo wtedy odzyskam rodzinę. Teraz mam raka. I nic się nie zmieniło.

- Nie płacz, kochanie.

- Przecież nie płaczę!

- Właśnie że tak. Tobie nie muszą łzy lecieć, żeby było widać, że płaczesz.

Szósta chemia - "Hardy"

- W areszcie na Rakowieckiej sadzają mnie w trzecim pawilonie. Trafiam do celi na parterze, a w piwnicy w tym czasie wykonywano wyroki śmierci. Szybko do mnie dotarło, że to było w te dni, kiedy nie wyprowadzali nas na spacery, a kolację podawali o trzeciej po południu. Dla mnie to była straszna tortura. Tuż pod moimi stopami otwiera się zapadnia, zabijają człowieka, a ja dostaję tę cholerną kolację. A wiesz, Ewuniu, co najbardziej mnie tam przerażało? Że bezpieka odkryje moją największą tajemnicę. Odkryją, kim jestem, co dokładnie było dla mnie jasne już od sześciu lat, to znaczy od 26. roku życia. Panicznie boję się, że na przesłuchaniach jakoś poznają moje myśli, marzenia, sny, które obsesyjnie nachodziły mnie od dzieciństwa... Że jestem...

- Dziewczynką?

- Nie, nie. Dużą, dorodną, piękną kobietą. W mojej głowie tylko to.

- Co robiłeś w tych marzeniach?

- Przede wszystkim wyglądam. Widzę piękną kobietę, to znaczy siebie, która idzie ulicą w prześlicznym ubraniu i pantofelkach na obcasie. Albo rozebraną. Z atrybutami płciowymi, bo chyba zaraz o to zapytasz. Zewnętrznymi. Ale i wewnętrznymi! Już w dzieciństwie obsesyjnie wertuję wszystkie encyklopedie i od dawna wiem, że atrybuty są takie i takie. Biedny był ze mnie dzieciak, bo cała młodość to paniczny strach, że jestem transwestytą. Fajnie było czasem przymierzyć jakiś babski ciuch. Pochodzić po domu, jak nikogo nie było. Ubecy na szczęście męczyli mnie tylko, kto to jest "Hardy". Oczywiście do niczego się nie przyznaję poza imieniem i nazwiskiem. Twardo odmawiam zeznań, a oni nic mi nie udowadniają. No i na koniec śledztwa ubek, który je prowadzi, wyciąga łapę i gratuluje niezłomnej postawy. Dla mnie to był koniec komuny. Zaczynają nam kibicować.

- Długo tam siedzisz?

- W sumie pół roku, bo jest jakaś amnestia i mnie zwalniają. Nie wracam do organizacji, bo Choromańska nie chce już rezygnować z kierownictwa, poza tym jak ktoś jest spalony, może być dla organizacji cholernie niebezpieczny. MKK to była głęboka konspira. Pomagam Jurkowi Popiełuszce, z którym od czasu strajku w szkole strażackiej bardzo się przyjaźnię. Bardzo opiekował się moją rodziną podczas mojego ukrywania i więzienia. W lecie 1982 roku wysłał dzieci w góry na wakacje. Mieszkały u sławnej Bigosowej na Głodówce. Odwiedzam je raz nawet i o mało przez to nie wpadam, bo milicja urządza na mnie obławę. Uciekam przez podwórko Bigosowej do lasu, a oni walą do mnie jak na strzelnicy.

- A po śmierci Popiełuszki?

- Bez pytania w środku nocy włażę na wieżę Jurkowego kościoła i zaczynam bić w dzwony. Dowodzę strażą robotniczą w kościele Stasia Kostki. Spędzam tam wszystkie noce, a kiedy czerwoni oddali trumnę z ciałem Jurka, opróżniam kościół z ludzi. To było bardzo przykre, ale nie chcemy otwierać trumny przy tłumie. Strasznie był pobity. Odchodzę po pogrzebie. Nie pasuję. Przez to moje prawosławie.

- Marek, tylko ty masz problem.

- Żebyś się nie zdziwiła. Nie wiesz nawet, jak koso tam na mnie patrzyli. Właśnie dlatego. Potem już nie udawało mi się znaleźć dla siebie miejsca, tym bardziej że rodzina mi się rozwaliła. Żona zostawiła chłopców i wyjeżdża sobie za granicę, a z młodszym synem działy się straszliwe dramaty. Słyszałaś, żeby kogoś wyrzucili z przedszkola? Nie, a jego tak. I z zerówki. Nie do opanowania był. Obaj chłopcy praktycznie byli wychowywani przez moją matkę i siostrę z Anina. To teraz ja muszę. Idę do pracy na uniwersytecie jako pracownik techniczny. Ostatni mój wyczyn miał miejsce 3 maja 87 roku. Idę z młodszym synkiem na demonstrację do Stasia Kostki. Nie bardzo kto miał ją poprowadzić, to razem z Maćkiem Jankowskim łapiemy transparent i ruszamy przodem. Straszna nawalanka, kajdanki, areszt i kolegium.

- A syn?

- Został koło plebanii z kościelnymi babciami.

- Odbiło ci?! Znowu go zostawiasz? Z obcymi babami, a wkoło wojna, strzały i gaz. Musiał umierać ze strachu.

Siódma chemia - mydło

- Byliśmy razem od 1995 roku. To największa, Ewuniu, oprócz ciebie, miłość mojego życia. Prawdziwa, wielka, gorąca. To ta kobieta, którą widziałaś na ścianie w moim pokoju. Do mojego życia potrzebna była tylko ona i trochę żarcia. Z nikim i nigdy nie dane mi było przeżyć takich pięknych chwil. Dała mi tyle szczęścia, ale niestety odkryła, kim jestem.

- Jak?

- W łóżku. Seks mnie zdradził. Którejś nocy zwyczajnie zapytała, czy nie jestem kobietą. Tylko one tak się kochają. Bez pośpiechu, czule... Pieszczoty. Pieszczoty są najważniejsze. Który mężczyzna się tak kocha? A ja... Dwie noce rozmyślam, co zrobić, i wreszcie mówię, że tak.

- Ach, rozumiem! To dlatego, Marek, cały czas jak ognia unikasz w rozmowie rodzaju męskiego!

- A to nie jest łatwe. Teraz rozumiesz, jakie koszmarne było to moje życie. W duszy mówię "poszłam", a głośno "poszedłem". Cały czas trzeba mieć w głowie włączonego tłumacza. To jest potworne. Nienawidziłam tego mojego męskiego opakowania zastępczego. To transwestyta jest kobietą tylko, jak się przebierze. Potem się podnieci, ma orgazm, wytrysk i znowu jest facetem z wąchami. Żałosne. No i po tym odkryciu Ewy dużo się zmieniło. Postanowiła zrobić ze mnie prawdziwego faceta.

- Inaczej zaczęła się kochać?

- Nie tylko. Jestem trochę niechluj. Zawsze w swetrze, flanelce, dżinsach jak Jacek Kuroń, a ona zaczęła ubierać mnie w garnitur, krawat, prasowała białe koszule. Garnitur jest odrażający. Potwornie! Dla mnie to przebranie. Nawet mydło i wodę toaletową zmieniła mi na typowo męski, ostry jak brzytwa zajzajer. I ciągle czepiała się, jak siadam. Że jak baba zakładam nogi, odgarniam włosy, a nawet brodę przy stole podpieram na ręku. Zależało jej na mnie, kochała mnie, ale im bardziej starała się mnie zmienić, tym bardziej było widać, że to bez sensu. Rok tak walczyła i odeszła. Nie było po co żyć. Zaczęła się wóda. Przy życiu trzymała mnie jej miłość, a kiedy odeszła... Tylko śmierć mogła przynieść ulgę, ale taka, żeby nie obciążyć synów piętnem dziecka samobójcy, więc miała wyglądać jak wypadek. Także dlatego, żeby kierowca nie ponosił winy i nie dręczyły go wyrzuty sumienia. No, a dusza? Nie chce mi się wierzyć, żeby Bóg skazywał na potępienie takich ludzi jak ja. A może?

- Skoro urodzili się tacy pokiereszowani.

- To się miało stać w Święto Niepodległości

11 listopada 1998 roku. Właśnie wychodzę z domu, kiedy straszna siła powala mnie i przygniata do ziemi przed ikoną. Jeśli tak, mówię Mu, jeśli każesz mi żyć, to pod warunkiem, że się zmienię. Nie przeszkodził mi. A przecież by mógł.

- Czegoś, Marek, nie rozumiem. Dlaczego nigdy nie zakochujesz się w mężczyźnie?

- No jak, najdroższa? Z nimi się konspirowało, rozwalało komunę, walczyło, chodziło do knajpy. No to jak?! A jeśli to moje ciało miało jakieś skłonności do mężczyzn, to trzeba było zabić je w sobie. Także z powodów religijnych. Potem, po mojej zmianie, te skłonności do mężczyzn odezwały się, ale tylko na chwilę. Pewnie pozostanę samotna.

- Bo wiążąc się z kobietą, w pewnym sensie gwałcisz siebie.

- A wiesz, co to znaczy zdychać z samotności? Każdy chciałby mieć kogoś bliskiego.

- A po cholerę się żenić?! I płodzić dzieci. No, powiedz coś. Już dobrze, nie obrażaj się. Marek!

- Co?

- Jak miała na imię ta twoja największa miłość?

- Ewa. Po niej dostałaś imię.

Ósma chemia - spojrzenie

- Bardzo źle zniosłam ostatnią chemię. Dwa dni przeleżałam w łóżku, ale kazałam się wozić kuzynce do pracy, bo z czegoś trzeba żyć. Płacą mi za godziny. Tam też leżałam, ale na biurku, a ona odwalała moją robotę.

- Chcesz soku?

- Tak. Tylko nie próbuj zasypiać. Opowiedz coś niesamowitego.

- Dobra. To najbardziej niezwykła, magiczna historia w moim życiu. W 1997 roku pracuję w liceum na warszawskich Bielanach. Któregoś dnia tuż przed maturami z jakiegoś powodu wychodzę z klasy podczas lekcji. Na korytarzu stoi smutny uczeń, którego nie znam, i patrzy na mnie. Ma oczy, których nie zapomnę do końca życia. Ja aż się boję o tym mówić. Stoję dobrą minutę i jak w hipnozie gapię się na niego. A on na mnie. Wracam do domu, ale nie mogę opanować dygotu. Dwa tygodnie później dowiaduję się, że zaraz po maturach bandyci porwali w Lesie Młocińskim, a potem okrutnie zamordowali tego chłopca.

- Tomek Jaworski. Młodzieniec z bujną czupryną.

- Tak. Jego oczy wołały "pomóż mi! ratuj!". To było coś strasznego. Wierzysz, Ewuniu, w taką historię?

- Wierzę. Mogliście się spotkać, bo ty także w pewnym sensie wtedy już prawie nie żyjesz. Umierasz, a ja się urodziłam. No, co robisz takie oczy? Chyba rozumiesz, że nas nie jest dwoje?

- To jak, Ewuniu, rozmawiamy?!

- Oboje jesteśmy w jednym ciele.

- Czyli każde z nas gada jakby same ze sobą?

- Tak jakby.

- To może z nami jest jeszcze coś poważniejszego, niż myślimy, jakieś rozdwojenie jaźni, schizofrenia?

- Co ty?! To Hugo-Bader wymyślił, że tak o nas napisze reportaż.

Dziewiąta chemia - kanar

- Jezu! Co to za plamki na rękach, Ewuniu?

- Spokojnie. To tylko smoła. Strop maluję w moim bunkrze, bo się leje w czasie deszczu.

- Nie powinnaś tego robić. To jest straszny zajzajer, rakotwórcze związki.

- Nasz organizm wszystko zniesie. Zobacz, ile tego wlewają we mnie. A ile ty dostałeś w 99 roku.

- Ale to była terapia hormonalna, Ewuniu. Pierwszy etap korekcji płci. Łagodnieją rysy twarzy, podwyższa się głos, rzednie zarost. I rosną piersi. Latem tego roku wybieram się z synem na prawosławną pielgrzymkę do Grecji, ale jeszcze jestem w przebraniu mężczyzny. Na Węgrzech robi się potworny upał. W autobusie jak w piekarniku, po plecach płynie pot, to nim pomyślę, ściągam sweter, a oczy wszystkich ludzi robią się wielkie jak spodki.

- Facet z piersiami!

- No! Koszula mokra, klei się i wszystko widać. Ale to nic. Prawdziwy wstyd, upokorzenie jest przede mną. Na tyle już jednak się zmieniam, że niedługo później odważam się wreszcie wyjść z domu w damskim ubraniu. Fachowo to się nazywa "test realnego życia". Chodzi o to, by na długo przed definitywnym, nieodwracalnym zabiegiem popróbować życia zgodnego z płcią psychiczną. Jadę więc któregoś dnia autobusem do Śródmieścia, letnia sukienka, pantofelki, fryzur i oko zrobione, w ręku torebka. Wchodzi kanar. Pokazuję miesięczny, a ten, że to nie mój bilet. Rzeczywiście. Jak wół napisane Marek Hołuszko, a na zdjęciu facet z zarostem. Tłumaczę, że to jednak jestem ja, a kanar, że wychodzimy, i draps mnie za rękę. Zaczyna mnie szarpać, ciągnie do drzwi, to dostał w pysk, aż fiknął koziołka, ale jest ich dwóch. Posypały się ciosy i obelgi, normalna łomotanina, ale łapami cały czas gmerają mi gdzieś w tych miejscach, więc staram się wyrwać, uciec, wydostać. Nawet pasażerowie im pomagają, a jakiś gówniarz wrzeszczy: "Baba z fiutem! baba z fiutem!". Autobus zatrzymuje się koło radiowozu, policjanci mnie wyprowadzają i spokojnie wszystko się wyjaśnia.

- Biedny Marek.

- Niedługo po tym moja sprawa trafia do sądu. Rozpatrywany jest pozew nie o "zmianę", ale o "ustalenie" mojej płci, bo anatomiczna nie zgadza się z psychiczną, a to ona jest najważniejsza. W następnej kolejności można zmieniać dokumenty. Wszystkie! Nawet metrykę urodzenia i dyplom ukończenia Politechniki Warszawskiej. Dopiero potem można przejść operację. I znowu nie jest to zmiana (prawnie zakazana), tylko korekcja płci. Dostosowanie anatomii do stanu zgodnego z dokumentami. Ale zanim do tego wszystkiego doszło, muszę przejść przez niesamowicie gęste sito lekarskie.

- I udowodnić, że jesteś kobietą? Przecież ty masz to w duszy, w głowie. Tego nie można wyjąć i obejrzeć.

- Sprawdzali, czy to jest choroba psychiczna, czy tylko zaburzenie identyfikacji płciowej, a konkretnie transseksualizm. Kazali mi rozwiązywać dziesiątki testów psychologicznych. Robili analizy i badania. Nawet dna oka. Jeśli jesteś rozdygotany, rozwalony psychicznie, uzależniony od alkoholu albo leków, co przy takim życiu często się zdarza, to cię odrzucą. Nie wystarczy cierpieć w swoim ciele. Transseksualistki to głęboko poranione, pokiereszowane osoby, bo bardzo często przeszły przez ręce gejów, nie będąc homoseksualne.

- Co to znaczy "cierpieć w ciele"?

- To straszliwy ból psychiczny, który nie przechodzi, nawet kiedy z wiekiem obniża się popęd płciowy, nawet kiedy człowiek zostanie wykastrowany, wysterylizowany. Transseksualizm nie ma żadnego związku z seksem. To niezgodność między budową ciała a poczuciem tożsamości płciowej. Twoje ciało jest obce, a swojego własnego nie masz.

- Coś jakby obrzydzenie?

- Za nic w świecie nie stanę przed lustrem bez majtek. Wtedy, ale na szczęście mnie zoperowali. Anestezjolog uśpił magistra inżyniera Marka Cyryla Hołuszkę, legendarnego "Hardego", twórcę MKK, rozwiedzionego ojca trzech synów, a obudził magister inżynier Ewę Marię Hołuszko, legendarną "Hardą", twórczynię MKK, rozwiedzioną... Ojczycę? Matkę? Matczycę? Kurde, Ewko, dalej nie da się powiedzieć.

- Słyszę przecież. Wiedziałam, że wszyscy się ode mnie odwrócą. I odwrócili się. Przyjaciele, rodzeństwo, synowie. Nie potrafią mnie zaakceptować. Dom siostry sąsiaduje z moim bunkrem. Ona od dziesięciu lat nie wychodzi z domu, kiedy ja jestem w ogródku. Nawet przypadkiem. Jezuuu, jak to boli!

- Jak synowie do ciebie mówią?

- Po imieniu. Ale bym chciała, żeby mówili "mamo".

- Jak?! Ty im ukradłaś ojca! I dałaś nadliczbową matkę, którą mają.

- W Wiedniu. Co ich zostawiła, kiedy mieli po kilka lat. Ale zawsze, kiedy ich zaprosi albo sama zjawi się w Warszawie, ten starszy leci do niej w te pędy, a ja całą Wigilię siedzę sama w bunkrze.

Dziesiąta chemia - pompka

- Dzisiaj znowu był u mnie Hugo-Bader. Przyniósł kwiatki, ale był tym trochę zakłopotany.

- Mnie też nie jest łatwo, Ewuniu, zapytać, jak wyglądasz, kiedy się rozbierzesz.

- Zarost na twarzy prawie zniknął, ale tu i ówdzie czasem coś wyskoczy. Dziewięć lat wyrywania.

- Depilowałaś twarz?!

- Jasne. I nogi, jak każda kobieta. Na lasery nie było mnie stać. Całe ciało się zmieniło. Zmalałam nawet o kilka centymetrów, a noga się zmniejszyła o jeden numer. Ale głos ciągle bardzo niski. Nienawidzę go. I ręka za duża. Muszę pamiętać, żeby nie ściskać tak mocno przy powitaniu.

- Dużo jest takich ludzi jak ty?

- Kilkaset w całej Polsce. Jeden człowiek na sto tysięcy. Przypadek odwrotny, mężczyzny, który wygląda na kobietę, jest trzy razy częstszy.

- Ja ciągle próbuję zapytać cię, Ewuniu, o wygląd operowanych organów.

- Byłam pierwszą w Polsce osobą, której wszystko zrobili za jednym zamachem. Wówczas, w 2001 roku, kosztowało to pięć tysięcy złotych. Wcześniej były to co najmniej dwa bardzo skomplikowane zabiegi z otwarciem otrzewnej. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam swoje ciało kobiety, przeraziłam się. Wyglądałam, jakbym weszła na minę. Na stole operacyjnym leżałam 12 godzin. Chirurg w tym czasie musiał wykonać serię skomplikowanych zabiegów. Wymienię ci z głowy, bo to niesamowicie śmieszne słowa: orchetomia, penektomia, waginoplastyka, clitoroplastyka, labiaplastyka. Chirurg normalnie buduje, tworzy żeńskie atrybutu płciowe. Pochwę, łechtaczkę... Oczywiście, zoperowana pacjentka nieodwracalnie traci zdolność rozrodczą. Tak więc patrzyłam na siebie i widziałam tylko świeże rany, cięcia, szwy i blizny.

- Zabiegi operacyjne w drugą stronę też się przeprowadza?

- Tak. Z kobiety na mężczyznę. Jest jeszcze bardziej skomplikowany i wiele razy droższy. Niewielu transseksualistów stać na niego. I efekt końcowy jest dużo gorszy. Każda partnerka takiego mężczyzny od razu pozna, że to nie jest dzieło Boga, tylko człowieka. Materiał pobiera się z uda albo brzucha i tworzy zupełnie nowy organ.

- I jest sprawny, Ewuniu?

- Jeśli go napompujesz. Jest do tego specjalna pompka, ale doznania partnerki mogą być pełne. Jego zresztą też, bo konstrukcja nowego organu oparta jest na byłej łechtaczce.

- A twoje...

- Tylko próbowałam. To był pełnowartościowy seks, ale szybko porzuciłam te eksperymenty. Nie mogę ścierpieć tego nieokiełznanego dążenia mężczyzn do seksu. W pewnym wieku kompletnie zapominają, że można pójść do kina, do parku, zjeść kolację przy świecach. To jest przerażające.

- Ty chciałaś się zakochać.

- Każdy chce, ale 70 procent transseksualistek to osoby samotne. Właśnie skończyłam Wydział Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. To już mój czwarty fakultet. Robiłam badania takich ludzi jak ja. 90 procent osób transseksualnych myśli o samobójstwie, a 55 procent podejmuje próby, bo nie wytrzymują tego wszystkiego.

Jedenasta chemia - pech

- W końcu 1990 roku, w czasie urlopu, przypadkowo spotykam na ulicy świętej pamięci Teosia Lawinę. Pyta mnie, co robię, więc mówię, że od dwóch lat mieszkam i pracuję w Hamburgu, a ten "dlaczego się tak marnujesz?", łapie za telefon i dzwoni do szefa MSW Kozłowskiego. Mówi, że właśnie spotkał Marka Hołuszkę, no i za pół godziny stoję przed ministrem. Proponuje mi departament techniczny, bo ja inżynier, a tu po komunistach baza materiałowa się sypie, nie ma sprzętu do daktyloskopii, mundurów, łączności, a na akcje policja pruje nysami. Mówię: OK, ale muszę wrócić do Niemiec po synów, poza tym oświadczam, że moja obecna partnerka, z którą mam trzeciego syna, jest obywatelką RFN. Mówi, że nie ma problemu, bo to teraz sojusznik. Wyjeżdżam, a rząd Mazowieckiego w tym czasie upada.

- Wracasz.

- Mimo wszystko. Przed wyborami do Sejmu Jacek Kuroń wpisuje mnie na białostocką listę Unii Demokratycznej, bo chce mieć kogoś prawosławnego. Miejscowi działacze jednak mnie wycinają, to startuję na senatora. Ale ostatniej nocy skreślają mi część podpisów i troszeczkę mi braknie, a dwa lata później kolejne wybory. Startuję z listy białoruskiej, ale przerżnęliśmy, a jeszcze w następnych przerżnęła cała Unia Pracy Bugaja, która mnie wystawiła w Warszawie. Wracam do Unii Wolności i startuję do Rady Warszawy. Znowu nic!

- Kurna, jakiś pechowy jesteś! Wszyscy przez ciebie przegrywają. Tak jak ja!

- Przeze mnie?! To ty mnie prześladujesz!

- Pieprzony...! Na szczęście ciebie nie ma! Powiedz lepiej, co mówił Zbyszek Bujak w 95 roku.

- Że się marnuję. Powiedział: "Ty się marnujesz, dziewczyno".

- Powiedział: "Chłopie"! Robiłeś za ciecia na uniwerku. "Panie Mareczku, proszę wytrzeć tablicę".

- Ale ty mnie, Ewko, nie cierpisz. Ze Zbyszkiem Bujakiem miałem sztamę. Od razu zadzwonił do Olechowskiego, ministra spraw zagranicznych, i mówi, że ma specjalistę od spraw Wschodu. To był rząd Pawlaka.

- I upadł?

- Odwołali Olechowskiego. Parę lat później Czesław Bielecki, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych, spotyka mnie i mówi, że jest dla mnie stanowisko konsula gdzieś na Wschodzie. Ale Geremek mnie nie chciał. Był wtedy szefem MSZ. Spotkaliśmy się osobiście na konferencji dawnej opozycji, która się odbywała na uniwersytecie, w sali, którą ja mam pod swoją opieką. Za 150 złotych cały dzień podaję kawę i herbatę. W czasie przerwy podchodzę do Geremka. Mówię, że mam dla niego gorącą herbatkę, że znamy się z pierwszej "Solidarności", i proszę go o pomoc. Boże, jakie to upokarzające! Poznał mnie. Powiedział, że to absolutnie nie miejsce dla takich ludzi jak ja.

- No i co?

- Jajco.

Dwunasta chemia - chłopcy

- Przepraszam, Ewuniu. Przepraszam za tę ostatnią awanturę. To prawda, że niefart mnie nie opuszcza. Mnie nawet emigracja się nie udała. Wróciliśmy od Niemca, chociaż nie było dla mnie tej roboty w MSW. Przez młodszego syna. Poszedł tam do pierwszej klasy i od początku były dramaty. Bili go. Dwóch chłopaków ze Śląska urządziło temu mojemu piekło. Dyrekcja rozkłada ręce, więc załatwiam sprawę po polsku. Napuszczam starszego syna, żeby obił im mordy. Ale była afera! Młodszy się jednak nie podniósł. Pod koniec drugiej klasy przestał odzywać się po niemiecku. Taki protest sobie wymyślił, więc nauczyciele ustalili, że przenoszą go do szkoły specjalnej. Wiem, że zmarnowałoby mi się to dziecko, gdybyśmy zostali. Ale starszy nie chciał jechać. I był już trzeci syn. Poświęcam więc tych dwóch, żeby ratować jednego. Najmłodszy został z matką, a my trzej wróciliśmy do Warszawy.

- Widziałeś się potem z małym?

- Po siedmiu latach. Po odejściu Ewy i wielkim piciu jadę do Hamburga. Ta moja przedostatnia kobieta ciągle jest sama i chce, żebym został. Któregoś dnia idę z synkiem do przedszkola, a on pokazuje mnie wszystkim paniom. "Das ist mein Papa". "Das ist mein Papa". "Das ist...". Nie płacz, Ewuniu. Teraz ma 18 lat. Średni 27, a starszy - 32. Jak im wytłumaczyłaś moją zmianę? Byli młodzieńcami. 23 i 18 lat. To musiało być dla nich straszne.

- Tak. Tłumaczyłam, że to niewiarygodne cierpienie nie mieć swojego ciała. Musiałam to zrobić, bo byłam chora, nieszczęśliwa. Nie potrafią zrozumieć. Jak jeździłam wtedy gdzieś z synem autobusem, to ja zawsze jestem z przodu, a on z tyłu i udajemy, że się nie znamy. Wstydził się mnie. A jak starszy wpadnie do mnie ze swoją partnerką, to ona za nic w świecie niczego u mnie nie dotknie. Są ludzie, moi byli przyjaciele, po których widzę, że normalnie się mnie brzydzą.

- Popieprzone to życie.

- Najbardziej od śmierci matki. Dwa lata po mojej zmianie umiera na raka w domu siostry, który jest obok mojego bunkra. Jakieś trzy miesiące przed śmiercią wpadam do niej w środku dnia, ale śpi, więc siedzę przy łóżku i się patrzę. Rozmyślam. Nagle z piętra schodzi szwagier i mówi, że siostra powiedziała, że mam się wynosić. Z jakiej racji?! To mnie wyrzucił. Nawet nie mogłam włożyć butów. Potem krzyki, przepychanki przed domem, aż przyjeżdża policja, a za ścianą, w łóżku, umiera moja matka. Musiała nas słyszeć. Ostatni raz byłam wtedy w moim rodzinnym domu. Domu mojego paskudnego dzieciństwa.

- Ewuniu. Worek jest pusty. To była ostatnia chemia.

Tomografia - 4 czerwca

- No jak tam, Ewuniu?

- Byle jak. Świętują, a o mnie zapomnieli. Ewy Hołuszko na Święto Niepodległości nie zaprosili. Zapomnieli albo nie chcą znać. Na sobotę zaprosiła Kancelaria Prezydenta na małą uroczystość w gronie opozycjonistów.

- Ja pytam o wyniki badań tomograficznych, kochanie.

- W porządku. Chemia zadziałała, ale co pół roku muszę się sprawdzać. A ja na koniec chciałabym zapytać cię o żonę.

- Poznaliśmy się na studiach. Skończyła politechnikę, ale postanowiła zostać śpiewaczką, więc z tych naszych nędznych pensji zawsze trzeba było wykroić pieniądze na lekcje śpiewu u wielkich sław. Lata płyną, a ona ciągle się uczy. Potem było, że to ja jestem powodem upadku jej kariery. Była cholernie niedojrzała. Fajnie mieć w domu takie duże i piękne dziecko do zabawy, ale nie na dłuższą metę.

- Ja ciebie, Marek, pytam o seks. Czy było dobrze?

- Dwoje dzieci jakoś się urodziło. To była moja pierwsza kobieta, ale na pewno nasze pożycie nie wyglądało jak normalny seks faceta z kobietą. Taki normalny.

- Chcesz powiedzieć, że robiliście to fikuśnie. A ja ci powiem, że takie osoby jak ty zwyczajnie krzywdziły kobiety. One po rozstaniach z tymi swoimi innymi partnerami nie potrafią znaleźć sobie nikogo. Tak jest z twoją niemiecką partnerką i Ewą, od której mam imię. Wszystkie żyją samotnie. Im po prostu z nikim potem nie jest dobrze, szukają tego, czego mężczyźni nie mają, elementu kobiecości. Szukają kogoś takiego jak ty. Kto kocha się jak lesbijka.

- Okrutnie sobie Pan Bóg z nas zażartował, Ewuniu. Ciekaw jestem, dlaczego.

- Kiedy przed Nim stanę, to zapytam. "Teraz się wytłumacz".

***Korzystałem z materiałów Anki Grupińskiej prowadzącej projekt Ośrodka Karta www.pamietaniepeerelu.pl

Źródło: Duży Format
http://wyborcza.pl/1,99219,6707971,Podziemne_zycie_Ewy_H_.html?as=1&ias=10&startsz=x


Komentarz redakcji Trans-Fuzji:
W tekście pada stwierdzenie:
”Biedny był ze mnie dzieciak, bo cała młodość to paniczny strach, że jestem transwestytą ... To transwestyta jest kobietą tylko, jak się przebierze. Potem się podnieci, ma orgazm, wytrysk i znowu jest facetem z wąchami. Żałosne.”
Przypominamy: Transwestytyzm to skłonność do czasowej identyfikacji z płcią przeciwną, naśladowanie jej zachowania i nakładanie jej ubrań; nie wiąże się ona z podnieceniem seksualnym, ani nie ma podłoża seksualnego. To, o czym mówi bohaterka artykułu - czyli przebieranie się w celach satysfakcji seksualnej, to fetyszyzm transwestytyczny (potocznie mylony z transwestytyzmem). Utożsamianie obu tych pojęć jest błędne, gdyż transwestytyzm zaliczany jest do zaburzeń poczucia płci, zaś fetyszyzm transwestytyczny do zaburzeń preferencji seksualnych (wg klasyfikacji WHO ICD 10).


Komentarz Ewy Hołuszko do tekstu
Reportaż "wisząc" na portalu Gazety Wyborczej otrzymuje w większości dobre recenzje, a jego autor gratulacje. Tylko w Krytyce Politycznej i Feminotece pojawiły się głosy krytyczne względem sposobu przedstawienia osoby, którą ten reportaż opisuje, ale i one, jak widać na przykładzie odpowiedzi na krytykę p. Marka Sikory są podważane. Jakoś w tych gratulacjach, lub głosach
krytycznych w stosunku do autora reportażu nikt z zamieszczających komentarze nie pomyśli o tym, że żywa Ewa Hołuszko przecież istnieje i jest dostępna. Prócz dwóch moich znajomych: Anki Grupińskiej i Magdaleny Mosiewicz nie pytano się o moje własne wrażenia na temat publikacji. Nikt też, poza najbliższym otoczeniem nie wie, że w ostatni tydzień przed publikacją przeżyłam swoisty horror, lekcję rzeczywistego stosunku ludzi mediów do takiej osoby jak ja. Wspaniałe pióro i całkowicie amoralne podejście do robiektur1;. Żadne, niezapisane umowy nie obowiązują!!! Żenada! To, w jakim kształcie ukazał się artykuł jest wynikiem gorzkiego dla mnie kompromisu z rzeczywistością. Ale wracam do faktów:

- w lecie zeszłego roku, gdy byłam po operacji, a mój los był niepewny na skutek przerzutów raka, spotkałam się po raz pierwszy z autorem tekstu, któremu zastrzegłam, że nie zgadzam się na kolejną prasową sensację o osobie korygującej płeć: ma to być temat tła, a głównym tematem jest moja historia, jako nie tylko opozycjonistki, ale i działaczki społecznej; nie zgodziłam
się też na zamieszczenie zdjęcia; autor zaakceptował te warunki

- kolejne nagrywane sesje wykazywały, że zainteresowanie autora jest przede wszystkimi moimi osobistymi i intymnymi tematami; byłam tym zażenowana, lecz na pytania z reguły odpowiadałam zaznaczając, że robię to nie w celu zamieszczenia tego tematu w tekście, a przede wszystkim po to, żeby zrozumiał, na czym polega fenomen transseksualizmu (on na to wyraził wyraźną zgodę);

- w listopadzie ubiegłego roku nagrania zostały przerwane, a w styczniu otrzymałam zapewnienie, że materiał o mnie ukaże się w "Gazecie Wyborczej" 4 czerwca, czyli w dwudziestolecie pierwszych wolnych wyborów;

- ostatnia sesja nagrywająca moje wypowiedzi odbyła się w połowie maja b.r. i wreszcie rozmowa dotyczyła według mnie właściwego tematu artykułu; to dzięki ponownym zapewnieniom, że taki temat zostanie utrzymany i że publikacja będzie w tak ważny dla całej b. opozycji dzień zgodziłam się
wreszcie na zdjęcia;

- w czasie sesji zdjęciowej nagle dowiaduję się, nie od autora, ale od fotografującej mnie fotograf, że obiecany termin publikacji prawdopodobnie nie zostanie utrzymany; wówczas odzywa się we mnie pierwszy alarm, że "coś tu nie gra";

- autor zjawia się u mnie 3 czerwca w celu autoryzacji tekstu; jest on nie do przyjęcia: jest to sensacja o "transseksualnym" odmieńcu, która napisana jest w 70% z końcówkami męskimi czasowników (i przed "zmianą" moja mowa wewnętrzna była tylko żeńska), uwypuklenie dwóch niezależnych postaci w jednym ciele bez wyjaśnienia, że całe te przedstawienie wymyślił autor mogło sugerować dla każdego psychiatry, czy psychologa, że opisana osoba ma po prostu schizofrenię, a moja działalność stanowiła tylko dodatek do przeważających w artykule seksualnych sensacji; przyniesiony też mi został także projekt okładki DF, z tym samym, co się ukazało zdjęciem, lecz tekstem (o czasowniku męskoosobowym), odwołującym się do seksualnych aspektów sprawy; poczułam się wówczas, że dla zwykłej poczytności gazety przedstawiono mnie jak "seksualny obiekt zoologiczny".

- 4 czerwca, to nie był dla mnie dniem święta 20-lecia pierwszych wolnych wyborów, lecz horroru - jak zapobiec publikacji artykułu o treści sprzecznej z moim poczuciem własnego "ja", ilość telefonów, które w tym dniu wykonałam, między innymi do autora tekstu świadczyła o realnym dla mnie poczuciu niebezpieczeństwa. W rezultacie poszłam na kompromisy pod warunkami, z których najważniejsze były:
1. Zmiany treści na okładce na odnoszącą się do spraw pozaseksualnych;
2. Likwidacji wszelkich końcówek męskoosobowych czasowników, które autor artykułu przypisał mnie - ja zawsze byłam tą samą postacią, a moja mowa wewnętrzna była i przedtem kobieca;
3. Likwidacja w tekście najbardziej intymnych sensacji o mnie i zmniejszenia objętości treści poświęconej sprawom płci i seksu.
4. Wyjaśnienie przez autora, że forma artykułu polegająca na wewnętrznej rozmowie dwóch postaci to wyłącznie jego pomysł.

- 5 czerwca, pomimo mego protestu ukazuje się "stara" okładka w "Gazecie Wyborczej" w zapowiedziach DF

- 6 czerwca otrzymuję od autora telefon, że moje poprawki zostały uwzględnione, a tekst pójdzie do druku; nie wierzę już w słowa - żądam przeczytania go i autoryzacji; po południu otrzymuję poprawiony podobno tekst: dalej około połowa czasowników w tekście była męskoosobowa, część
bardzo intymnych szczegółów pozostała, dalej nie zgadzało się wiele opisanych faktów z tym, o czym mówiłam w wywiadzie, zmiana treści okładki polegała tylko na tym, że końcówka męskoosobowa czasownika została zamieniona na żeńskoosobową, a wydźwięk seksualny pozostał; właściwie został
spełniony tylko podany powyżej pkt. 4 - w postaci znanej już z wydrukowanego artykułu.
W nerwowej atmosferze, gdyż autor protestował na każdą moją ingerencję, wprowadzam zmiany i autoryzuję wreszcie tekst wraz z nimi. Aby być pewna ich wprowadzenia dodatkowo wpisuję na zautoryzowanym egzemplarzu, to, czego w tekście nie życzę kategorycznie, a całość zostaje zeskanowana.

- 7 czerwca znów zaczynają się telefoniczne targi na temat treści napisu na okładce, choć wydawało mi sie, że poprzedniego dnia został już on ustalony; znów próbuje się tak zmienić jego treść, aby jednak uzyskać to, że na okładce zostanie uwypuklona seksualna sensacja; wszystkie te targi wywołują już we mnie wręcz uczucia agresji względem manipulatorów; wreszcie za następnym telefonem treść okładki zostaje ustalona, a 8 czerwca ukazuje się jej zapowiedź w nowej formie;

- 10 czerwca ukazuje się artykuł; odbiega on w kilku miejscach od tego, co autoryzowałam, a zamiast moich nieuwzględnionych poprawek otrzymuję protesty od tych, którzy mi przypisują rozmijanie się niektórych, zawartych w nim faktów.

Cóż, całe dorosłe życie poświęciłam walce o godność istoty ludzkiej, o poszanowanie w niej czegoś niezbywalnego, danego przez Stwórcę. Czy czasy, które wartość tej istoty przelicza się na pieniądze, a w tym przypadku na ewentualne zwiększenie poczytności, gdy tą godność rozmieni się na tanią sensację są tymi, o których marzyłam? Na pewno nie! Jestem kobietą i kategorycznie nie zgadzam się na przypisywanie mi męskiego - teraz i przeszłości. A sprawy korekty płci powinny być traktowane jak każdy biologiczny defekt człowieka - jeden urodził się z niewładną kończyną, drugi garbaty, a ja z mózgiem kobiety, a ciałem mężczyzny. I o to mi chodzi, o to
będę walczyć niezależnie od potrzeb karmionego sensacjami tłumu. Taki, według mnie, powinien być przekaz artykułu, gdyż większość osób ma swoje mniej lub bardziej widoczne defekty, słabe strony. Czy są więc one odmieńcami?

Ewa Hołuszko

Inny tekst na temat życia Ewy Hołuszko:
http://www.tygodniksolidarnosc.com/2007/9/4_mam.html

Jacek Hugo-Bader

edzamieszczono: 2009.06.19

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.3071 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj