Newsy

W rytmie trans


Cóż, jestem transseksualistą. Od siedemnastu lat fizycznie i prawnie żyję jako mężczyzna, chociaż przyszedłem na świat... nie, nie jako dziewczynka, raczej jako przerażony chłopiec, zamknięty w niechcianym ciele.


Image
Istotą transseksualizmu (zespołu dezaprobaty płci, jak to zgrabniutko ujmują uczone głowy) nie jest popęd seksualny, lecz psychiczne poczucie przynależności do płci przeciwnej niż płeć metrykalna i fizyczna. Ja sam po raz pierwszy odczułem pewną (bardzo bolesną i bardzo, bardzo niechcianą!) sprzeczność pomiędzy płcią przeżywaną a tą „faktyczną" jako pięcio-, sześcioletni brzdąc

 


Podczas wspólnych zabaw na podwórku przejmowałem „męskie" role - nigdy nie chciałem być matką, żoną, królewną czekającą na księcia z bajki. Przeciwnie, stawałem się Stasiem z „W pustyni i w puszczy", Freddiem Kruegerem z „Koszmaru z ulicy Wiązów", Jankiem z „Czterech pancernych" albo - kto to jeszcze pamięta? - Markiem z „Załogi G". Byłem rozbrykany, nieposłuszny, roznosiła mnie energia - stąd im częstsza możliwość czynienia psot, tym większa stawała się moja satysfakcja. A jeżeli sąsiad przyłapał mnie na „plądrowaniu" ogródka, byłem w siódmym niebie. Takie to moje dzieciństwo było błogie, beztroskie, nieświadome uśpionego zła...

 

Pamiętam wakacje w Jugosławii. Nad morzem. Przyjaciel rodziców, notabene lekarz ginekolog, zaproponował mi pewnego popołudnia podglądanie „gołych bab" w solarium. Straszliwie się przeraziłem! Skorzystałem, naturalnie... I przeżyłem szok. To, co zobaczyłem, było mi absolutnie obce. Świadomość, że i mnie urośnie coś równie „obrzydliwego" (wszystkie panie bardzo serdecznie przepraszam!) zwaliła mnie z nóg. Nie chciałem. Obudził się we mnie niemy, najpierw cichy, potem coraz głośniejszy skowyt protestu. Rodzicom zabroniłem mówić do siebie po imieniu - od tej pory byłem Stasiem i basta.

 

Prawdziwy, bolesny koszmar (mam wrażenie, że nie jest w stanie wyobrazić sobie tego żaden pogodzony z własną płciowością człowiek) zaczął się w siódmej klasie szkoły podstawowej. Dojrzewałem. Nie tak jak chciałem, nie w tę stronę... I czułem się paskudnie. Napisałem do rodziców dramatyczny list. Błagałem o zrozumienie, o pomoc, o imię - inne, nowe - które pozwoliłoby mi nie pamiętać o koszmarze rodzącej się płciowości. Ojciec schował list do szkatułki, w której trzymał go przez wiele długich lat.

 

Najlepszy przyjaciel ni z gruszki ni z pietruszki wypalił: „Jesteś takie homo-niewiadomo, łobuziak, po którym nie widać kobiecości. Ale poczekaj, pojawią się pierwsze okrągłości, zakochasz się, wyjdziesz za mąż, będziesz mieć piękną, białą suknię... Faceci będą się ciebie bali!" To było jak cios obuchem w głowę. I po raz pierwszy stuprocentowa pewność, że wykluwającego się z kokonu motyla należy unicestwić.

 

Od tej pory do wanny wchodziłem tylko w majtkach i koszulce. Nosiłem krótkie włosy, okulary, jeansy. Bezlitośnie bandażowałem piersi (do dzisiaj nie potrafię o tym spokojnie pisać!). Obcy ludzie na ulicy mówili do mnie „proszę pana". A ja... Stałem się zamkniętym w sobie neurotykiem. Diabli wzięli życie towarzyskie. Miałem kilku wybranych przyjaciół, których w swoją niedolę wtajemniczyłem. Reszta mogła nie istnieć. Trochę jakby na przekór głupocie, hipokryzji i nietolerancji „poczciwego prostego człowieka" obraziłem się na „normalny" świat. Jedyną rzeczywistością, w której czułem się jak ryba w wodzie, były książki. Pochłaniałem jedną za drugą. Pisałem - pamiętniki, opowiadania, wiersze... Tylko tam mogłem być od początku do końca sobą.

 

A ciało? Niszczyłem je głodówkami, nie chciałem stać się niewolnikiem okrągłości. W pierwszej klasie liceum paliłem jak smok - dwie paczki papierosów dziennie. W szkole zjawiałem się bardzo rzadko. Prawdę mówiąc, wolałem wagary... Jakieś ciemne kawiarenki, byle tylko z daleka od „normalności", od klasy, w której z bólem wsłuchiwałem się w głos nauczycieli, odczytujących moje „nieprawdziwe" imię. Byłem aktorem, ale nienawidziłem roli, do której odgrywania świat mnie zmuszał. Za to w knajpach mogłem być sobą. Nawiązywałem znajomości jako Janusz, a potem bałem się, że ktoś gdzieś kiedyś zobaczy mnie w gronie szkolnych kolegów i mit (moja prawda!) pryśnie.

 

Dzięki permanentnym głodówkom bardzo sporadycznie miewałem... okres (raz na pół roku?). Piersi zupełnie zniknęły. Koledzy nie chcieli wierzyć, że nie do końca jestem chłopcem. Ktoś kiedyś w kibelku na papierosku powiedział: „Słuchaj, ja sobie ciebie nie wyobrażam u boku faceta. To by było jak homoseksualizm!" Biedak, miał rację, a mnie się zrobiło ciepło wokół serca.

 

Jako szesnastolatek doprowadziłem się do godnego pożałowania stanu. Wychudzony (przy wzroście 172 cm ważyłem 45 kilogramów), anemiczny, przez wiele długich miesięcy nie mogłem się wylizać z grypy, potem zapalenia oskrzeli i płuc... Lekarze powiedzieli, że jeżeli natychmiast nie rzucę palenia, mogę NIGDY nie wyzdrowieć. Kazano mi jeść tłuste zupki i połacie mięsa wołowego. Psycholog opiniował: „Poczekaj, poznasz miłego chłopca, zakochasz się, zasmakujesz seksu i cała ta fanaberia przejdzie jak ręką odjął." Jakiś starzejący się laryngolog położył rękę na moim udzie. Powiedział: „Brakuje ci seksu!" Wszystko jedno, co miał piernik do wiatraka? Chciało mi się wymiotować. Ich uczone rady doprowadzały mnie do szewskiej pasji!

 

Któregoś dnia połknąłem całkiem sporą dawkę leków uspokajających. Zresztą wszystko, co znalazłem w domowej apteczce. Obudziłem się na oddziale zamkniętym w znanym warszawskim szpitalu. Kroplówki, zastrzyki, kraty w oknach - wszystko to bolało jak diabli, a jeszcze bardziej przerażała konieczność powrotu do świata-więzienia. Ale wróciłem. Wbrew sobie.

 

A potem opowiedziałem pani doktor o mojej inności. Biedna kretynka, nie zrozumiała: „Kochanie, homoseksualizm nie istnieje. To widzimisię chłopców, którzy uprawiają seks dla pieniędzy. Jeżeli lubisz dziewczyny, cóż, taka faza... A... Mieliśmy kiedyś taką jak ty. Na egzamin dojrzałości stawiła się w sukience, pięknie uczesana. Pod szpitalem czekał przystojny chłopak. Wszystkim nam kamień spadł z serca. Poczekaj, poznasz miłego chłopca..." Ble, ble, ble. Nie mówiłem jej, że jestem lesbijką. Zresztą lesbijki nie kwestionują swojej płci. Wykształcona ździra, skażona wiedzą książkową. Jaki homoseksualizm? I co to wszystko ma do rzeczy?

 

Pani doktor, entuzjastycznie rozszczebiotana, kazała mi na przepustkach (grzecznych pacjentów puszczano w piątki wieczorem do domu) piec ciasta rodzicom. I trochę częściej przebywać w towarzystwie słodkich, sukienkowych dziewczynek, najlepiej takich, co to niewiele czytają, za to głowy mają nabite ciuchami, plotkami, chłopcami... Zamiast tego zaprzyjaźniłem się z najgorszymi łobuziakami oddziałowymi. Stworzyliśmy coś w rodzaju grupy kontestatorów, których naczelnym zadaniem było dokuczanie „mysim ogonkom" i sianie zamętu. To byli wrażliwi, inteligentni młodzi ludzie, którym się nie udało. Mieli swoje problemy, a świat dorosłych nie bardzo chciał to zaakceptować, nie bardzo silił się na zrozumienie. Jeden z nas - delikatny transseksualista, dziewczyna „uwięziona" w męskim ciele - popełnił samobójstwo. Nie wrócił. Pielęgniarkę, która nie dopilnowała, wyrzucono z pracy. Chociaż, Bogiem a prawdą, terapeuci niezbyt poważnie traktowali chłopaka przebranego w sukienkę...

 

Podobno byłem aspołeczny. Podobno emocjonalnie na poziomie dziecka. I schizoidalny. Z nerwicą szkolną. Personel szpitalny nie wiedział - albo nie chciał wiedzieć - że istnieje coś takiego, jak transseksualizm. Nie wierzył w homoseksualizm. I pewnie w prawdziwe nieszczęście. Gotowa odpowiedź brzmiała nadzwyczaj zachęcająco: „Wymyślił to sobie, bo chce być oryginalny." Poprzypinano mi łaty, etykietki, bo w rubryce „rozpoznanie" coś musiało usprawiedliwiać mój pobyt na oddziale zamkniętym. A przecież transseksualizm... Nie, nie, lepiej nie dotykać, bo gadzina śmierdzi.

 

Nie bardzo chciałem się podporządkować ugrzecznionym regulaminowym wizjom pani doktor, toteż mnie „zwolniono". Po półtora roku terapii, która nic a nic nie zmieniła. Prawdę mówiąc, wolałem być śmierdzącym, brudnym, kulawym facetem niż najpiękniejszą dziewczyną. A gdyby podetknięto mi pod nos guziczek, po którego przyciśnięciu powróciłaby moja „naturalna" (?) tożsamość płciowa, nie skorzystałbym. Za nic nie sprzedałbym integralnej części mojej osobowości, czegoś, co się urodziło w mózgu wbrew ciału.

 

Trafiłem do bardzo dziwnej - i bardzo tolerancyjnej! - szkoły. Pani wychowawczyni od pierwszego dnia traktowała mnie jak chłopca. Bo nosiłem moro i okulary w ciężkiej, rogowej oprawie. Bo miałem włosy obcięte na zapałkę i wąskie biodra. Bo nie szczebiotałem. Pewnego dnia z drżącymi ze strachu łydkami, oblany zimnym potem, wtajemniczyłem nauczycieli. Najpierw panią od rosyjskiego, potem innych. Zrozumieli, nie „zdemaskowali" mnie na forum klasy. Tylko historyk ostentacyjnie wołał: „Pani X, a jak to właściwie było z tym przewrotem majowym?" Klasa pękała ze śmiechu, nie domyślając się ostrza ironii skierowanego w biednego zboczeńca. (Na szczęście dla mnie, nazwisko miałem „męskie", a imię takie jakieś starotestamentowe, różnie je można było interpretować).

 

Image
Któregoś dnia wybrałem się do księgarni. Przypadkiem zobaczyłem niewielką fioletową książeczkę autorstwa dr. Stanisława Dulko pt. „Przekleństwo Androgyne". Przeraziłem się. Przez kilkanaście długich jak wieczność minut krążyłem wśród półek, ładując do kosza niezliczone tomy. A potem, purpurowy jak burak, błyskawicznie zgarnąłem - i natychmiast zagrzebałem wśród innych książek - tę jedyną, na której mi naprawdę zależało. Bałem się kasjerki. Bałem ludzi stojących w kolejce. Że zobaczą i przeklną. Przez tydzień chodziłem potem na wagary, z wypiekami chłonąc strona po stronie „zakazane" dzieło. Odkrywałem w nim siebie, uczyłem się do tej pory nie znanych nazw, coraz lepiej rozumiałem, kim jestem i... że jest dla mnie nadzieja.

 

Poleciałem do psychologa przy placu Trzech Krzyży. Powiedziałem, że sprawa pilna, że nie może czekać. Ten natychmiast - po jednej, króciutkiej wizycie - skierował mnie na konsultację do szpitala, w którym przyjmował autor książki. Miałem wrażenie, że całe moje rozsypane w drobny mak, chaotyczne życie zaczyna się koncentrować wokół jednego, przemożnego pragnienia - zmiany płci. Zamiast czekać do poniedziałku, już w piątek wieczorem krążyłem wokół okalającego szpital ogrodzenia. Uzbrojony w latarkę, przeforsowałem przeszkodę, dotykałem murów, zaglądałem przez okno, jakby czekało tam na mnie Nowe Jeruzalem, świat szczerości, bez drutów kolczastych, wolny od gry, kłamstw, maskarady.

 

Przez wiele miesięcy odwiedzałem szpital bez wiedzy rodziców. Poddano mnie szeregowi testów psychologicznych, skomplikowanym badaniom klinicznym (w tym chromatyny płciowej). Potem stawiłem się na komisji. Trzech lekarzy zawyrokowało uroczyście, że zostałem zaklasyfikowany jako osobnik dotknięty zespołem dezaprobaty płci i że jedyną możliwością podniesienia komfortu mojego życia jest chirurgiczna zmiana płci. Obiecałem, że leczenie rozpocznę dopiero po maturze. Czort we mnie wstąpił! Latałem po świecie z uśmiechem kretyna, od ucha do ucha rozradowany. Ponury neurotyk przeistoczył się w euforycznego „nowonarodzeńca". To szczęście... to było więcej niż miłość. Więcej niż wszystko, co mi było kiedykolwiek drogie.

 

„Mamo, muszę ci coś powiedzieć - wypaliłem w domu. - Ale jakoś nie potrafię. Chodźmy do kina." Zaprosiłem ją na seans. Na „Linię życia"... Nie odważyłem się. Potem na spacer do parku. Też nic. I wreszcie w domu, przy ojcu, wydusiłem z siebie: „Bo ja tak naprawdę zawsze byłem chłopcem i... i... będę się leczył. Jestem po testach. A pan doktor chciałby z wami porozmawiać." Zrobiło mi się czarno przed oczami. I niesłychanie lekko. Ojciec popatrzył na mnie w skupieniu. „Dziecko, mamy list, który napisałeś kilka lat temu. Tak naprawdę domyślaliśmy się. Tylko dlaczego wcześniej nam nie powiedziałeś. Pomoglibyśmy ci..." Byli wspaniali. Podali rękę biednemu, tonącemu kundlowi. I nie opuścili aż do końca.

 

Maturę zdałem celująco. Bo jakoś mi się żyć zachciało. Potem się zakochałem. Wpuściłem do swojej samotni kogoś, kto trwał przy mnie przez lata ciężkich, bolesnych zmian. Ciekawą, inteligentną i trochę zagubioną duszyczkę. Ta miłość się skończyła. Przyszły inne. Jak w życiu każdego człowieka. Znowu byłem towarzyski, otwarty, odważny. Poznałem transseksualistów z całej Polski. Nawiązałem kilka wartościowych, trwających po dziś dzień przyjaźni. Skończyłem studia, mam dobrą pracę i... chyba znowu jestem zakochany.

 

W kwietniu 1992 roku przyznano mi nową tożsamość. Nie pamiętam, bo nie chcę, bólu towarzyszącego operacjom. Bezsennych godzin na sali pooperacyjnej, krwi, zdejmowania szwów, kłopotów z chodzeniem, osłabienia. Pamiętam radość, siłę, nadzieję. Ktoś kiedyś powiedział, że tacy jak ja nie żyją długo. Bo operacje niszczą serce, a kuracja hormonalna wątrobę. Trudno... Wolę przez dziesięć lat być naprawdę sobą, wolnym od rozpaczy niewinnie skazanego na więzienie obcej płci, niż pogrążonym w beznadziei, ukrywającym się kimś innym, nie sobą nienawidzącym każdego objawu owej „nieswojości". À propos, leczę się hormonalnie od ponad dziewiętnastu lat i póki co żadnych stanów chorobowych nie stwierdzono! Może to kolejny mit niedouczonych fanatyków?

 

Nazywam się Janusz i jestem szczęśliwym człowiekiem. Po latach wojny, desperacji, samozagłady, po wieczności spędzonej w ciemnej celi głodu i nienawiści nareszcie mogę być tym, kim się od zawsze czułem. Uczę się kochać ludzi. Czasami jeździłem do stowarzyszenia LOS, żeby rozmawiać o takich jak ja, którzy na początku długiej, samotnej drogi zaczynają dostrzegać światełko w tunelu. Pan M., prezes stowarzyszenia, pisał listy do rządu. Chciał dać do zrozumienia rozkojarzonym politykom, że transseksualizm to ciężka, bo pozbawiona symptomów fizycznych choroba, i że ludzie nią dotknięci - ciągle nie rozumiani - zbyt często jedyne wyjście widzą w samobójstwie. A przecież można im pomóc. Można sprawić, że będą żyli w świecie, w którym nikt nie ma pojęcia, że kiedyś było inaczej.

 

Janusz  

 

źródło: portal polgej.pl - gejowski punkt widzenia

edzamieszczono: 2010.09.14

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2898 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj