Być kobietą oznaczało dla mnie stać się nią społecznie. Być za nią uważaną przez innych ludzi, żyć na co dzień jak inne kobiety. Obawiałam się, że po zmianie płci hormonalnej i operacyjnej, będę postrzegana nadal jak przebrany facet. Nie o to mi chodziło, by uchodzić za dziwoląga. Chciałam być po prostu, choćby brzydką, ale... jednak kobietą.
RozdarcieMoje
rozdarcie, mój dylemat trwał. Wiedziałam już, że rozpoczęcie terapii
dla transseksualistów ostatecznie rozbiłoby moją rodzinę. Straciłabym
wtedy ją na zawsze. A przecież kochałam ją nadal bardzo. Ale czy jestem
w stanie cofnąć się, schować Kasię znowu głęboko w sobie? Czy dam radę!
Teraz, kiedy Śnieżynka już wie, byłoby jeszcze trudniej.

A druga droga? Musiałabym umieć pogodzić się z jej stratą. Musiałabym
zadać jej ostateczne rany. Jak to znieść? W nowej sytuacji nawet
przyjaźń ze Śnieżynką nie byłaby możliwa. Obawiałam się także, że
pozbawiłoby mnie to kontaktu z synem - na zawsze. Prawdopodobnie, ten
krok na tamtym etapie, odebrałby mi również możliwość kontynuowania
mojej pracy.
No
i bardzo ważne: byłam fizycznie bardzo "trudnym materiałem" na kobietę.
Jaki byłby efekt transformacji? Bycie kobietą nie oznaczało dla mnie
tylko zmiany między nogami. Marzyłam, że może uda mi się nawet być
odrobinę atrakcyjną. Być dumą ze swej kobiecości, poczuć się elegancką.
Chciałam mieć kobiecą figurę, piękne piersi. Wiedziałam, że nie jest
możliwe, abym została kobietą w pełni. Ale chociaż trochę, chociaż
tyle, ile się da. A na ile to się może udać?
Być kobietą oznaczało dla mnie stać się nią społecznie. Być za
nią uważaną przez innych ludzi, żyć na co dzień jak inne kobiety.
Obawiałam się, że po zmianie płci hormonalnej i operacyjnej, będę
postrzegana nadal jak przebrany facet. Nie o to mi chodziło, by
uchodzić za dziwoląga. Chciałam być po prostu, choćby brzydką, ale...
jednak kobietą.
W trakcie procedury diagnostycznej poznałam inne osoby trans
na różnych etapach transformacji. Zauważyłam, że psychologiczne i
fizyczne efekty przemiany były różne i zależały od fizycznych
predyspozycji konkretnych osób. Nie wszystkie miały "dobre warunki
fizyczne" i nie wszystkie już po przemianie, były w pełni szczęśliwe.
Ja miałam warunki ewidentnie kiepskie.
Ale z drugiej strony w nowej sytuacji miałam szansę wreszcie
zacząć czuć się sobą. Spełnić marzenia, uwolnić się od niechcianej
płci, od jej fizycznych znienawidzonych znamion.
Och, jakże bardzo chciałam usłyszeć w sklepie: "w czym mogę Pani
pomóc?", zadbać o siebie, poczuć się delikatną, atrakcyjną, być dumną
ze swych włosów, piersi. Nie mieć już nigdy w domu Kasi ani jednej
męskiej rzeczy, nareszcie bez stresu iść na zakupy. Zachowywać się tak,
jak podpowiada mi to moja intuicja, zamiast kontrolować i ograniczać
swoje reakcje. Samorealizować się na co dzień - zwyczajnie. To wielka
nadzieja, wielka sprawa!
Wiedziałam, że ceną za to będzie faktyczna samotność. Sądziłam, że
będę musiała żyć sama. Ale samotność nie przerażała mnie. Będę miała
swój urządzony kobieco pokoik gdzieś w mieście. Pracę jako kobieta.
Obojętnie jaką, ale dającą możliwość godnego życia. Swoje koleżanki,
przyjaciół. Normalne życie.
Mężczyźni? Zastanawiałam się nad tym. Pojawiali się obok mnie,
kiedy wyobrażałam sobie, że jestem kobietą. Zakochany mężczyzna, mąż
potwierdzałby moją kobiecość, dawałby poczucie bezpieczeństwa. Byłaby
to jednak jakaś namiastka wymarzonej rodziny. Wyobrażałam to sobie, ale
nie mogłam wyobrazić sobie tego konkretnego faceta. Widziałam w
wyobraźni siebie, ale nie jego. Nikt, kogo znałam, nie mógł być moim
mężczyzną.
Wiedziałam jedno: żeby obok mnie był facet, najpierw
muszę kochać i być kochaną, być pożądaną, być kobietą. Inaczej –
myślałam - wykluczone.
Ale wcale nie byłam pewna, czy muszę z kimś żyć, a nawet jeśli, to
czy musi to być facet. Żartowałam, że ważne są uczucia, a nie płeć –
znaczy płeć osoby, z którą miałabym być – bo moja była dla mnie
niezmiernie ważna.
Miałam prawie trzydzieści lat i już trzy lata zmagałam się
decyzją, jaką pójść drogą. Jak żyć. Widziałam tylko dwie drogi – żadnej
trzeciej. Wybór – myślałam - niemal hamletowski. Przekreślić wszystko
(także to, co było dla mnie niezmiernie ważne!) i rozpocząć trudną
drogę, która uwolni mnie od cierpienia związanego ze swoją płcią i być
może doprowadzi do realizacji marzeń (a może jednak do klęski?), czy
raczej obrać bezpieczniejszą drogę – drogę kontynuacji? Iść tą drogą,
pozbawioną nadziei na spełnienie marzeń o emocjonalnej wolności. Drogą,
która nie raz wydawała mi się tak trudna, że wręcz niemożliwa do
przejścia? Czy będę umiała ją przejść? Jak żyć? …
Zabijanie Kasi
Po długiej walce z samą sobą postanowiłam nie rozpoczynać
procesu transformacji. Postanowiłam naprawić wszystko, co się da w moim
małżeństwie – miałam nadzieję, że uda mi się odbudować miłość żony.
Bardzo pragnęłam jej miłości.
Wiedziałam, że skrzywdziłabym ją, gdybym to wszystko teraz rozwaliła.
Gdzieś
w uszach brzmiały mi słowa, jakie padają z ust udzielającego ślubu
kapłana: "Czy ktoś z tu obecnych zna powód dla którego to małżeństwo
nie może dojść do skutku? Jeśli tak, niech powie, jeśli nie - niech
milczy na zawsze".
Wiedziałam jednak, że wybór tej drogi oznacza ostateczne "zabicie"
Kasi. Postanowiłam więc, że Kasia już nigdy nie wróci. Obiecałam
Śnieżynce, że pozwolę jej zapomnieć, obiecałam, że sprawa Kasi na
zawsze już będzie zamknięta.
Kolejny raz wszystkie symbole i
akcesoria mojej kobiecości wylądowały na śmietniku, a wraz z nimi moje
marzenia.
Tej nocy, długo płakałam, rozczulając się nad swoim losem. Potem, przez
wiele tygodni byłam jeszcze pełna wątpliwości, czy dam radę.
Popadałam i wyrywałam się z ogarniających mnie
stanów depresyjnych. Walczyłam ze sobą. Ale powrót Kasi już teraz, po tej decyzji, byłby szaleństwem!
Tak
myślałam. Przecież nie jestem stuprocentową babą! Starałam się
zagłuszyć w sobie „mazgajskie” uczucia, starałam się być silna,
starałam się wyprzeć odmienne myśli - zapomnieć. Każdą myśl, która
uciekała ze schematu, nie pasowała do obranej drogi, do roli, jaką
grałam – natychmiast kasowałam w głowie, kiedy tylko się pojawiła. Te
myśli i uczucia długo jednak nie dawały mi spokoju.
Przez
kilka lat pracowałam jak wariatka, szukałam różnych pasji, które mnie
pochłoną, robiłam wszystko, co mogłam, by nie mieć okazji i czasu
myśleć o sobie i marzeniach o mojej kobiecości.
Byłam ze Śnieżynką. Cieszyłam się jej chłodną obecnością i zasypującą
się powoli przepaścią między nami. Wierzyłam, że umiem żyć bez mych
wariackich, nierealnych marzeń. Tylko czasem, zupełnie bez odczuwalnego
powodu, miałam oczy pełne łez. Rozumiałam jednak, co mi jest. To ona,
Kasia.
Mijały kolejne lata. Moje życie uczuciowe koncentrowało się na żonie, pracy i na naszym jedynym synu, Pawle.
Czy sprawdziłam się w życiu jako człowiek? Jako mężczyzna? Nie
wiem.
Sprawdziłam się jako łowca, jako opiekun, jako obrońca rodziny.
Sprawdziłam się więc jako aktor w roli. Ale to była praca. Praca, która
męczy. Miałam to szczęście, że miałam syna, dla którego byłam nie tylko
ojcem, ale i mam nadzieję w jakimś sensie drugą matką. Jego obecność i
moje z nim cudowne, prawdziwe relacje, pozwalały mi przeżyć. Dawały
radość bycia sobą i dają nadal. I dały, jak sądzę, także coś Jemu. To
już dorosły, cudowny człowiek.
Cierpiałam
jednak, że swoją prawdą, uczyniłam nieszczęśliwą i zawiedzioną
Śnieżynkę. Kiedy decydowałam się na związek, potem małżeństwo i
dziecko, powinnam być konsekwentna jak teraz. To nie jej wina, że nie
była w stanie zaakceptować we mnie kobiecości, to ja przecież nie byłam
w stanie dotrzymać danego jej słowa. To jedna z moich słabości, która
okazała się, chciał nie chciał, podłością.
Ale nie chciałam być słaba. Walczyłam. Odczuwałam jednak wyraźnie
wysiłek, z jakim to robię i co najważniejsze odczuwałam samotność. Mimo
bliskości rodziny, mimo obecności przyjaciół, wokół czułam wielką
samotność.
c.d.n.-
Katarzyna