"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."
Kocham życie, chociaż może powinnam je nienawidzić. Poznałam je od każdej strony. Wiem, czym jest nędza, czym dobrobyt, wykwintny stół, głód, pozycja społeczna, margines, duma, hańba, miłość, nienawiść, przyjaźń, oraz największe kurestwo. Wiem, czym jest życie wśród elity, a czym samotność na społecznym śmietniku. Byłam wśród wielkich tego świata i tych, którzy śpią na dworcowych ławkach.
Najwcześniejszy okres mojego dzieciństwa znam ze zdjęć z rodzinnego albumu. Leżę na kocyku, stawiam pierwsze kroki. Obok są moi najbliżsi: Rodzice, Babunia, Wujek Heniek. Wszyscy tacy szczęśliwi. Ten album jest jak piękny Świat, stworzony przez tatę, za pomocą obiektywu aparatu. Jak specjalnie dla mnie, zatrzymany czas: piękne, bezchmurne niebo, malownicze jeziorko, łączka i my.
Żywi, uśmiechnięci.
ŚWIADOMOŚĆMamę kochałam bardziej niż Tatę. Kiedy chorowałam, nie szła do pracy. Kładła się obok mnie i opowiadała bajki, a ja mogłam się do niej przytulić. Biło od niej ciepło, a mi było tak dobrze.
Tata nie mieszkał z nami, ale codziennie przyjeżdżał. Był zawsze zmęczony, więc nie chciał się ze mną bawić. Nie tulił, kiedy właziłam mu na kolana i nigdy nie opowiadał bajek. Siadał w fotelu i czytał gazetę, lub kładł się na łóżku i spał. Musiałam być cicho, bo go wszystko drażniło. Kiedy tylko robił się zły, natychmiast uciekałam do Babci i już byłam bezpieczna.
Babcia była wspaniała. Kiedy było mi smutno, grała ze mną w kości, lub opowiadała bajkę o Calineczce. Mogłam jej słuchać w nieskończoność. Zamykałam oczy i już widziałam ten piękny, baśniowy świat. Widziałam ogromny liść, płynący wzdłuż porośniętych trawą brzegów i siedzącą na nim maleńką dziewczynkę. Widziałam kreta w ogromnych okularach, oraz myszkę i królewicza. Od razu zapominałam o troskach.
BABSKI KRÓLOd najmłodszych lat sama wychodziłam na podwórko, gdzie bawiłam się z innymi dziećmi. Byłam bardzo ambitna, więc zawsze we wszystkim starałam się być najlepsza. Pierwsza chciałam wejść tam, gdzie nie weszli inni, zdobyć coś, czego nie zdobył nikt. Odwaga i sprawność dawały niewidzialną przewagę nad resztą. Pozwalały rozkazywać, a nie słuchać.
A ja nie znosiłam dyscypliny.
Wtedy jeszcze nie znałam podziału na płci. Wszystkie dzieci zdawały się być jednakowe. Bawiły się tak samo i podobnie były ubrane. Biegały w starych, połatanych ciuchach, i byle jakich butach.
Różnice zaczęłam dostrzegać później. Podczas niedzielnych spacerów i rodzinnych uroczystości. Wtedy mnie mama siłą wciskała w jasny garniturek, a sama ubierała się inaczej...? Nie wiedziałam dlaczego.
Dlaczego inne dziewczynki chodzą do kościoła w pięknych, kolorowych sukienkach, a ja jedna muszę się ubierać inaczej?
Wstydziłam się swojego wyglądu, więc zaraz właziłam w kałużę, lub w pierwsze lepsze błoto. Kończyło się laniem i siedzeniem w domu.
Moją najlepszą koleżanką była Agata - dziewczynka z sąsiedniej kamienicy. Przychodziła do mnie ilekroć było zimno, lub padał deszcz. Byłyśmy grzeczne. Same wymyślałyśmy sobie zabawy, więc babcia miała spokój i mogła zająć się gotowaniem. Któregoś dnia zamieniłyśmy się ubraniami. Założyłam białą bluzeczkę, spódniczkę w kwiatki, czerwone buciki Agaty i pobiegłam pokazać się babci.
- Jaka ładna dziewczynka?.. – Zachwyciła się babcia.
Niby maleńka chwilka, a tak bardzo utkwiła mi w pamięci.
Ledwo mama wróciła z pracy zapytałam:
- Mamo! Czy możesz mi uszyć taką spódniczkę jak ma Agata?..
Mama odłożyła siatki, usiadła i popatrzyła ze zdziwieniem.
- Agatka jest dziewczynką, a tylko dziewczynki chodzą w spódniczkach.
Usłyszałam coś, czego nie potrafiłam zrozumieć. Nie jestem dziewczynką?..
Więc kim jestem?.. Kim niby mam być?!..
Nigdy nie zadałam mamie pytania: „Dlaczego?”
- Dlaczego nie chodzę w sukienkach jak inne dziewczynki?
- Dlaczego obcina mi się włosy?
Było mi przykro. To był wyłącznie cichy żal, że mama traktuje mnie inaczej. Miałam zaledwie cztery lata i czułam się pozostawiona sama ze swoim pytaniem: - „Dlaczego?”
Widziałam na ulicy dzieci ubrane tak samo jak ja. Te dzieci nazywano „chłopcami”. Ja nie chciałam być taka.
Nie wiedziałam, czym są różnice płci. Zabawa z dziewczynami, czy chłopakami, nie sprawiała mi różnicy. Przecież nie tylko ja chodziłam po drzewach i strzelałam z łuku. A że się tłukłam ze wszystkimi? Jak mnie ktoś wkurzył, to dostawał w gębę. Agata robiła tak samo, ale czy czuła się zaraz chłopakiem?..
Jakaś niewidzialna siła zaczęła rozdzierać mnie od środka. Kazała się buntować przeciwko czemuś, czego nie potrafiłam nazwać.
Któregoś dnia całą zgrają bawiliśmy się w krzakach. Wszyscy po kolei ściągali majtki. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam różnicę. Agata nie miała „tego”, co miałam ja i chłopcy. Więc to „coś” miało zadecydować, że muszę być kimś innym?
Dostrzegałam coraz więcej różnic. Choćby moje imię - „Eryk”. Dziwne, twarde, brzmiące jakoś obco, bez literki „a” na końcu. Nie lubiłam go, mimo że nawet mama i babcia tak się do mnie zwracały. Mówiły „ON”, a nie „ONA”!.. Czy nie czuły, że to bolało?..
Nie buntowałam się. Nie chciałam wyrządzać nikomu przykrości. Zwłaszcza mamie, czy babci. Grzecznie zakładałam „odświętne” ubranie i tak chodziłam na niedzielne spacery. Rozum uczył się akceptować coś, z czym dusza nie chciała się pogodzić.
Dlaczego zawsze utożsamiałam się z mamą, babcią, czy Agatą, a nigdy z tatą?.. Nawet wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że tata nie jest dziewczynką?
Poszłam do szkoły. Początkowo każdą przerwę spędzałam z dziewczynami. Grałam z nimi w gumę, w klasy. Koledzy zaczęli mnie przezywać: „babski król”. Stawałam się nerwowa, a oni robili wszystko, aby mnie rozdrażnić. Kiedy się denerwowałam, zaczynałam mrugać oczami, więc mogli się przy okazji pośmiać.
Kiedy byliśmy w klasie, a pani nie widziała, przedrzeźniali mnie. Wpadałam w furię i dochodziło pomiędzy nami do bójek. Nie było lekcji, żebym nie stała w kącie, lub nie wyleciała z lekcji, z jakąś uwagą w dzienniczku.
Nauczyciele nie widzieli, że ktoś mnie krzywdzi, że ktoś zaczepia! Nie szukali przyczyn. Widzieli jedynie skutki. Wpisywali uwagi i wzywali rodziców, bo wina zawsze leżała po mojej stronie.
- Eryk uderzył, przeklinał, pluł, podarł sweter, stłukł okulary, wyrzucił kolegi tornister przez okno.
W domu dostawałam od taty lanie, nazajutrz tłukłam tego, za którego dostałam. Kółko się zamknęło.
A przecież ja się tylko broniłam. To była rozpaczliwa walka o byt.
Mama prosiła, abym nie reagowała na zaczepki. Próbowałam. Ale to było traktowane jeszcze gorzej. Jak słabość i przyzwolenie na więcej. Nie wytrzymywałam. Rzucałam się w pogoń i dopadałam tego, który był najbliżej. Później, rozliczałam się z następnym.
W końcu wygrałam.
Ci, którzy raz, czy drugi dostali ode mnie w trąbę, stawali po mojej stronie i przestawali dokuczać. Nawet zaczęli traktować jak kogoś „lepszego”. Kogoś, z kim warto trzymać.
Coraz bardziej mieściłam się w „męskich normach”! Już nikomu nie przeszkadzało, że mrugam i zaczynam się jąkać.
Więc to tak miała wyglądać ta moja „dobra, męska postawa”?..
- Zabawa z dziewczynami - „ŹLE”
- Przeklinanie, bójki, agresja - „DOBRZE”..?
Chociaż nie chciałam tak żyć, musiałam.
To wyznaczało granice tolerancji obyczajowej. Odstępstwa od męskiej normy akceptowane są wyłącznie w jedną stronę. W stronę „agresywną”. Jeśli nie jesteś zdrowym chłopcem, musisz być gorszym od innych, a wtedy inni zaczną cię traktować jak wzór do naśladowania. Wzór męskiej doskonałości.
c.d.n.
Julita Borowska