opowiadania

"Inna" - odcinek 12


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."





ONO”

Ubierałam się tak, że mój wygląd nie był już jednoznacznie męski. Koledzy z teatru zaczęli się domyślać, że ze mną jest coś „nie tak”, a ja nie wyprowadzałam ich z błędu. W garderobie nikt już przy mnie „o miłosnych podbojach” nie rozmawiał, chociaż od zawsze było wiadomo, że ten temat mnie nie interesuje, a nawet „źle na mnie wpływa”. Pojawiły się pod moim adresem pierwsze, dosyć delikatne docinki. A ponieważ na nie nie reagowałam, zaczęły się stawać ostrzejsze. Wtedy i ja potrafiłam rzucić choćby chamską odpowiedź. Ot, taki przykład: Zaczepia mnie kolega:

- Eryk. Czy ciebie interesują chłopcy?..

- A co?.. Miałbyś ochotę spróbować?..

I już go miałam z głowy.


Co to kogo obchodzi, kto mnie interesuje, a kto nie?... Widać nie on, skoro go nie zaczepiam.


Nigdy nie atakowałam pierwsza! Za to tak odpierałam atak, by ten ktoś już więcej się mnie nie czepiał, wiec obchodzono się ze mną z szacunkiem, lub przynajmniej ostrożnie. Na grzeczne i poważne pytania, dotyczące choćby najbardziej intymnych sfer, grzecznie odpowiadałam. Przeważnie twierdząco. Bez względu na to, czy mówiłam komuś prawdę, czy nie. Uznałam, że pozostawianie niedomówienia jest gorsze, niż utwierdzenie o trafności jego spostrzeżeń. I dalej nikt nic nie wiedział..


Przecież ja nikogo nie pytałam: Z kim sypia?.. Jak „to” robi?..

Bo co mnie to mogło obchodzić?!.. To nie moja sprawa!!!

Chyba, żebym była kimś zainteresowana?... I wyczuwała podobne zainteresowanie z drugiej strony?.. Ale nie byłam.


Uczyłam się śmiać z własnych problemów, chociaż często nie było mi do śmiechu. Nie jest rzeczą prostą być „inną” i zachować przy tym swoją pozycję. Presja, jaką wywiera grupa potrafi być wielokroć większa, niż ludzka wytrzymałość. A nie można sobie pozwolić nawet na chwilę słabości. Bo grupa tylko czeka, aby się rzucić i rozszarpać.

Podczas wyjazdu ktoś mnie zapytał:

- Dla kogo kupujesz damską bieliznę?...

- Dla siebie.

Czy uwierzył? Chyba nie. To by było za proste! Zbyt łatwo mu poszło. Pewnie przekornie szukał gdzieś dalej. Ludzie uwielbiają odkrywać czyjeś tajemnice. Zwłaszcza te, których tamci najbardziej się wstydzą! Wtedy to jest dopiero frajda, kiedy można komuś wetknąć szpilę, w jego najczulszy punkt! - Co?..


Pomimo że nie chodziłam publicznie w sukienkach, nie nosiłam makijażu, a piersi nie eksponowałam, to i tak znaczna część zespołu, już zwracała się do mnie „ona”. Początkowo traktowano to jako dobry żart, na który nie reagowałam.

Później forma żeńska już się prawie utarła. Mówiono do mnie: ”Eryka”, „Eurydyka”, „Laleczka”, „Kocica”, „Mała”.

Przy tym nikt nie powiedział: „Panienka”, lub coś gorszego, bo pewnie zarobiłby w pysk.

Nikogo już nie dziwiło, że nawet Dyrektor prosił na scenę „kocicę”, czy „laleczkę”. To już był standard.

Z czasem mogłam sobie pozwolić na odrobinę więcej. Ot, choćby damskie dresy, czy kolorowe getry. Jedni się jeszcze uśmiechali, inni już nie węszyli sensacji. Mimo to moja pozycja w Teatrze była silna i bardzo stabilna.

Chyba mnie lubiano, bo nie dzieliłam ludzi na lepszych i gorszych. Wszystkich traktowałam tak samo. Jeśli kogoś spotkałam, pierwsza mówiłam „dzień dobry”. Byłam na „ty” z Dyrektorem i ze strażakiem, z brygadzistą sceny i z bileterką, z inspicjentem i z bufetową. Jedynie ze sprzątaczkami, krawcami i pracownikami administracji, byłam na „Pan - Pani” - ale nie dlatego, że byli gorsi!.. Po prostu nie miałam z nimi stałego kontaktu.

Otrzymałam służbowe mieszkanie, które nie przypominało już hotelowej klitki. Było większe i mieściło się w normalnym bloku, stwarzając wrażenie zwyczajnego domu.



KRZESEŁKO

Po tacie odziedziczyłam zdolności techniczne. Tata sam zbudował żaglówkę, przystosowaną do robienia „podwodnych” zdjęć! (Miała przeszkloną pawęż. - Tylną część kadłuba.)

Zbudował prawdziwą ciemnię fotograficzną i wykonał wiele prototypowych przyrządów fotograficznych. Chociaż nie dopuszczał mnie do pomocy, stałam z boku i patrzyłam, jak rozwiązuje przeróżne problemy.

(Miałam dziesięć lat, kiedy sama zrobiłam automat, sprzedający za złotówkę papierosa! Rodzice dużo palili, więc musieli mi płacić „szkodliwe”.)

Obserwacje wyniesione z dzieciństwa, uzupełniłam o wykształcenie techniczne. Zawodówka elektroniczna o specjalności „automatyki przemysłowej”, oraz technikum mechaniczne. Jeśli tylko miałam dostęp do odpowiednich urządzeń, byłam w stanie wykonać prawie wszystko.

W Teatrze akurat trwały prace nad spektaklem, w którym potrzebne było specjalne krzesło. Miało wyglądać normalnie, jednak stawiane mu wymagania były dość nietypowe.

- Ktoś musiał na nim stanąć.

- Ktoś inny wchodził na jego oparcie i wykonywał przewrót rodem z Freda Astaire.

- Jeszcze ktoś inny musiał je podnieść jedną ręką do góry.

Musiało więc być: mocne, stabilne, bezpieczne i lekkie!

Powstał problem. Reżyser nie chciał odstąpić od swojej koncepcji, a odpowiedniego krzesła nigdzie nie było. Albo były za ciężkie, albo za słabe.

Siedziałam na widowni, obok kolegi, który jednocześnie pełnił funkcję asystenta reżysera. Obserwowaliśmy zmagania aktora, który za wszelką cenę próbował oderwać krzesło od podłogi.

Zadanie było nie-wy-ko-nal-ne!!! - Chłopak był drobnej postury, a „mebelek” rzeczywiście ciężki.

(Wyspawany z prętów zbrojeniowych.)

Ale mieliśmy ubaw?...

(Nie wolno się śmiać z kogoś, kto próbuje na scenie! Nawet wtedy, kiedy zadanie przekracza jego możliwości!!! - To niegrzeczne.)

Szepnęłam koledze na ucho:

- Wiem jak wykonać takie krzesełko.


Nazajutrz podeszła do mnie Pani Scenograf :

- Na kiedy może być gotowe krzesełko?..

Kolega mnie podkablował???!!!

Przecież ja wcale nie powiedziałam, że je „mogę zrobić”! Powiedziałam: „wiem, jak wykonać”! A to chyba różnica?.. Ale cóż?.. Słowo się rzekło.

Nie powiem, bym była wdzięczna koledze za „fuchę”. Ale skoro mnie wrobił?.. W końcu należało mi się!!!


Nie miałam wyjścia. To już była sprawa honoru! Ze zwykłego drewnianego krzesła, wykorzystałam wyłącznie nogi i oparcie. Reszta to - kawałek sklejki, rurki PCV, stalowe struny i żywice epoksydowe - wzmocnione włóknem szklanym. Sama się zdziwiłam, że moje „dzieło” sprostało wszelkim wymogom. Było o połowę lżejsze od fabrycznego i o wiele mocniejsze. Oprócz niezliczonej ilości prób, przetrwało wszystkie spektakle!

Zrobiłam je gratis. Dla dobra Sztuki!!!.. I za karę!!!


Żadne pieniądze nie były warte takiej satysfakcji. Wykonałam coś, z czym teatralna technika, nie potrafiła sobie poradzić. No i ocaliłam honor! To był jednak dopiero wstęp.


Postawiłam sobie trudniejsze zadanie, związane ze Smerfami, z którymi nie mogliśmy jeździć po Polsce!

Nie każda sala, czy teatr, mogły sprostać wymaganiom technicznym tego przedstawienia. Na specjalnych wyciągach były podnoszone dekoracje, które razem z ludźmi jechały do góry! Kilka metrów nad sceną wisiały jednocześnie trzy osoby! Plus ciężkie dekoracje!


Wymyśliłam koncepcję konstrukcji, która byłaby w stanie samodzielnie obsłużyć całe przedstawienie!

Jak głupia wpadłam do gabinetu dyrektora.

- Dyrektorze! Wiem jak uwolnić Smerfy!!!

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się dziwnie.

- Taaak?..

Wzięłam kartkę papieru i zaczęłam rysować.

- To musi być takie drzewo. Z dziuplą. I z gałęziami. O... a tutaj na górze, powinna stać klatka dla Gargamela!

Dyrektor popatrzył na mnie i na mój nieudolny rysunek.

(Ludzie często przymykali oko na moje pomysły. - Dla świętego spokoju.)

- Obiecuję ci, że jeżeli coś takiego wykonasz, wyruszymy ze spektaklem w Polskę.


Tylko tyle?.. Sądziłam że Teatr wykorzysta mój rewelacyjny pomysł i natychmiast pomoże w jego realizacji!.. To było jak „eureka”! Najbardziej lubiana bajka, mogła pojechać tam, gdzie chciała!.. Najtańsza bajka ze wszystkich, granych w naszym Teatrze, dzięki mnie mogła zarobić najwięcej!!! A tu spotkałam się z reakcją dyrektora: „Dobrze, dobrze. Idź zrób.”


Takie sytuacje prowokowały mnie do działania! No przecież jeżeli bym teraz zrezygnowała z realizacji pomysłu, dałabym argument, że naprawdę jestem idiotką, której strzelają do głowy nierealne pomysły!!!


Miałam zaprzyjaźnionego mechanika, który oprócz naprawy samochodów, zajmował się różnymi innymi rzeczami. Miał odpowiednie narzędzia i zaplecze do wykonania konstrukcji. Podłapał pomysł. Powiem więcej. To on dopracował szczegóły. On był autorem ostatecznego projektu! Mój był wyłącznie zamysł i ogólna koncepcja!

Konstrukcja tak jak powiedziałam, przypominała drzewo. W dziupli była winda, dzięki której Gargamel mógł wjechać do ukrytej w konarach klatki. Dwie sterczące na boki gałęzie były, jak dwa, osobne dźwigi.

Całość była w miarę lekka i rozbieralna! Mieściła się do środka ciężarowego busa.

Pojawił się problem. Windy zamiast sterowania elektrycznego, były obsługiwane ręcznie, w związku z czym podnoszenie i opuszczanie trwało za długo! (Nie mieliśmy pieniędzy.)

To była już pestka, w porównaniu do oszczędności, jakie mogły wypłynąć z jego użytkowania. Oprócz zminimalizowanych kosztów transportu, doszły oszczędności związane z obsługą urządzenia. Spektakl grany w Teatrze wymagał zaangażowania przynajmniej sześciu mężczyzn! Przy wciąganiu aktorów do góry.

Nasze urządzenie był w stanie obsłużyć jeden, w miarę silny człowiek!!!

Z wykorzystaniem drzewa zagraliśmy dwa spektakle. Na dobre mieliśmy ruszyć wraz z rozpoczęciem następnego sezonu.



PO DŁUGIM NAMYŚLE

Mój Dyrektor został odwołany! To była moja kolejna tragedia. Bardzo się przywiązałam do tego człowieka. Poza tym odpowiadała mi jego polityka repertuarowa, zmierzająca w kierunku nowoczesnego teatru musicalowego.


Miasto powołało nowego dyrektora. Dyrygenta. Znałam go z widzenia. Kiedyś mieszkaliśmy na tym samym piętrze w domu aktora. Czasami jeździliśmy windą, lub mijaliśmy na korytarzu. Poza uprzejmym „dzień dobry”, nic więcej.


Podczas tourne zdarzył się dzień totalnego luzu. Wyjątkowo nie graliśmy żadnego spektaklu i każdy robił co chciał. Koleżanka kupiła śliczne kolczyki, które mi pozwoliła przymierzyć. Poprosiła, bym ją umalowała, bo nigdy nie nosiła makijażu.

- Ja nie umiem kogoś malować!.. Siebie?.. Owszem.. Ale kogoś nie.

- Nie marudź. Maluj!!!

- Dobrze. Ale na twoją odpowiedzialność.

Przyniosłam swoje kosmetyki i zabrałam się do pracy. W żaden sposób nie potrafiłam jej pomalować! To, co wychodziło?.. Byłam niezadowolona. Wycierałam i malowałam od nowa.

- Dobra! Może być! Jeszcze oczy.

Wzięłam kredkę, lecz kiedy tylko zbliżyłam się do jej oka, zaczęły mi latać ręce.

- Nie mogę. Boję się, że ci wyjmę oko.

Spojrzała na mnie wściekła.

- Kielicha chcesz?..

- A masz?..

- Kupiłam do domu, ale może i ja powinnam się na wszelki wypadek znieczulić? Kieliszek nie pomógł. Lęk co prawda zniknął, ale w to miejsce pojawił się śmiech. W końcu zadecydowałam:

- Wiesz co?.. Zrobimy tak: Ja ci będę pokazywać na sobie, a ty po mnie powtarzaj.

Uczyłam ją, jak ma prowadzić kreskę. Skąd zaczynać, gdzie kończyć.

Bawiłyśmy się super! Ona, bo malowała się „w ciemno”! Bez okularów nic nie widziała, więc co chwilę je wkładała, aby zobaczyć, czy równo prowadzi linię, a ja, bo widziałam jak jej to idzie. W rezultacie byłam lepiej umalowana niż ona i miałam jej kolczyki. Do kompletu założyłam sukienkę z myszką Miki, która służyła mi za koszulkę nocną.

(Dostałam ją od Barbary w dniu wyjazdu.)

Tak odmalowane i lekko „znieczulone”, poszłyśmy do chłopaków. Kiedy po drodze minęłyśmy siedzącą na korytarzu grupę muzyków, usłyszałam za sobą śmiech i komentarze:

- Widzieliście jak się odmalował?..

- Może liczy, że ktoś się pomyli?..

Zawróciłam

- Z kogo się śmiejecie?.. Bo ja to traktuję bardzo poważnie. Za jakiś czas zmienię dokumenty i poddam się odpowiednim zabiegom. Czy to jest takie śmieszne?.. A czy wy jesteście tacy idealni?.. Przecież wy też macie swoje problemy. A może nie?... Ukrywacie je, bo się boicie szyderstw waszych kolegów. Szyderstw, które ja mam już prawie za sobą. Pomęczcie się ze mną jeszcze trochę. Spokojnie. Już niedługo pewnie odejdę z Teatru, ale wy zostaniecie. Zostaniecie ze sobą. I to właśnie wam wtedy będzie potrzebna tolerancja. Więc się jej teraz uczcie ode mnie. Chociaż nie. Niczego się nie uczcie!.. Śmiejcie się dalej...


Powiedziałam prawdę. Byli w zespole ludzie, którzy mnie jedynej zwierzali się z czegoś, o czym nie mówili nawet najbliższym. Mimo, że ich problemy były zdecydowanie inne niż moje, to dla nich równie krępujące i wstydliwe. Bali się koleżanek i kolegów. Wszystkich tych pseudo-zdrowych. Ciekawe, jak by się zachowali na moim miejscu?.. Gdyby to ich spotkał podobny atak?.. - Już nie jednostki, lecz atak całej grupy?..


W przytoczonej sytuacji, pierwsza odezwała się najbardziej zakompleksiona dziewczyna! - Niska, brzydka i niezgrabna! Ta, która właśnie najlepiej powinna mnie zrozumieć! Przecież również musiała kiedyś cierpieć z powodu swojego wyglądu. Nie wierzę, by nie oberwała za to od życia. Czyż więc niczego jej to życie nie nauczyło?..

Czy tylko tego, jak celnie trafiać w czyjś najczulszy punkt?... Ja to również potrafię. Różnica polega na tym, że ja to czynię jedynie w samoobronie, a i tak staram się przy tym celować powyżej pewnej granicy.



W BUTACH DO ŁÓŻKA

Pierwszy raz powiedziałam oficjalnie o zamiarze zmiany płci. Nie byłam jednak przekonana, czy z tego powodu będę musiała odejść z Teatru. Liczyłam, że wywalczę sobie pełną akceptację, nie tracąc pozycji i szacunku! I zostanę. Właśnie z tymi ludźmi. Oni nie byli źli. Może czasami brakowało im wyobraźni?.. Może nie umieli się znaleźć w podobnej sytuacji?.. Może potrzebowali więcej czasu?.. Lubiłam ich, mimo, że niektóre żarty mnie bolały.


Podczas tego samego wyjazdu, dwóch chłopaków z zespołu, przez cały czas obrabiało mi „d” za plecami. Wciąż słyszałam ich śmiechy i chamskie komentarze. Okazało się, że mieszkali na tym samym piętrze co ja.

Było już bardzo późno, kiedy wróciłam do hotelu. W oknie ich pokoju było widać blask włączonego telewizora. Bez pukania weszłam do środka. Obaj leżeli w wielkim, małżeńskim łożu. Byli tak zaskoczeni, że nie odezwali się ani jednym słowem, kiedy w butach przeszłam nad nimi przez środek ich łóżka, wyjrzałam przez okno i tą samą drogą wróciłam, zamykając za sobą drzwi.

Czy i jak skomentowali moje zachowanie?.. Nie wiem. I mało mnie to obchodzi. Fakt, że więcej już ich nie słyszałam.



MERCEDES Z DUSZĄ

Obiecałam Barbarze, że jeśli tylko kupię jakiś inny samochód, maluch którym do tej pory jeździłam, będzie jej. Marzyłam o starym samochodzie z „duszą”. Takim, który by połączył wygodę, klasę, z nieprzemijającą elegancją. Akurat kolega zobaczył w jednym z komisów właśnie taki wóz.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Stary Mercedes klasy „S”. Wielka, luksusowa limuzyna, z potężnym silnikiem pod maską, która pomimo wieku, łączyła w sobie wszystkie zalety. Był tylko jeden problem. Nie miałam pieniędzy, a właściciel wykluczył możliwość sprzedaży ratalnej, więc musiałam zrezygnować. I wtedy kolega zaproponował mi pożyczkę, bez jakichkolwiek warunków. Powiedział, że oddam, przy okazji następnego wyjazdu na Zachód.


Mercedes był mój. Był naprawdę wyjątkowy. W pełni zautomatyzowany. Przy ogromnej masie, nieprawdopodobnie dynamiczny i zwrotny. Przy tym elegancki, wygodny i bezpieczny. Sama jazda sprawiała nie lada przyjemność. On nie jechał. On płynął. Pomimo, że już dawno osiągnął „pełnoletność”, starannie ukrywał swój wiek. Żadnego samochodu nie darzyłam podobnym uczuciem.


Pomiędzy mną a Barbarą doszło do nowej kłótni.

- Mam gdzieś ten twój samochód. Wcale nie musisz mi go dawać!

- Dobrze. Będzie jak chcesz.

Już po chwili usłyszałam.

- Tak naprawdę to ty nie chcesz, żebym miała samochód! Chcesz by twoje dziecko chodziło piechotą do przedszkola, a ja musiała się tłuc tramwajami.

Wykorzystała obecność Szymona, któremu z płaczem zaczęła tłumaczyć.

- Widzisz synku?.. Mamusia nie będzie miała czym ciebie wozić. Tata sprzeda samochód.


Nie sprzedałam. Oddałam Barbarze. Poprosiłam jedynie by zmyła z niego namalowane przeze mnie kolorowe pasy.

Żeby uniknąć związanych z darowizną formalności, spisałyśmy umowę kupna - sprzedaży. Wpadłam w pułapkę własnej naiwności. Temat samochodu i kosztów jego utrzymania pojawiał się przy każdej okazji. Okazało się, że najbardziej cierpiał Szymon.

Któregoś dnia się rozpłakał:

- Mama nic mi nie kupi na Dzień Dziecka!.. Teraz wszystkie pieniążki musi ładować w tego grata!

Fakt, że maluch nie był nowy (miał cztery lata) i jak na swój wiek przeszedł sporo. Nie oszczędzałam go. Jednak zanim go Barbarze oddałam, mój znajomy mechanik przeprowadził dokładny remont.

Pieniążki „ładowane w grata” szły przede wszystkim na jego doposażenie: alarm na pilota i jakieś mało potrzebne gadżety.

Szkoda, że przy tym wszystkim za brak pieniędzy, obwiniała mnie.



PO DŁUGIM NAMYŚLE

Nowy dyrektor zabrał się za „porządki” po swoim poprzedniku. Zaczął ode mnie. Musiałam zwolnić służbowe mieszkanie.

- Dlaczego?..

- Nie nadaje się do „stałego zamieszkiwania”.

Zaproponował mi powrót do hotelu, lub szukanie czegoś we własnym zakresie.

Do hotelu nie zamierzałam wracać, więc wynajęłam mieszkanie na mieście. - W budynku wybudowanym przez spółdzielnię teatralną. Znałam tam prawie wszystkich - z hotelu, ze sceny, czy z różnych premier. W środowisku teatralnym bardzo łatwo zawiązują się znajomości. Przechodzenie na „ty” jest czymś zupełnie normalnym i oczywistym, nigdzie indziej nie spotykanym. Forma „pan - pani” jest rzadkością, brzmi raczej sztucznie i nie jest powodem do dumy.


W nowym miejscu o moich planach wiedzieli prawie wszyscy, chociaż o Szymonie zaledwie kilka osób. Sam problem był wystarczająco skomplikowany, aby go jeszcze bardziej komplikować informacjami o posiadaniu dziecka. I bez niego moich sąsiadów czekało nie lada trudne zadanie, określenia się w sytuacji mojej nagłej przemiany. Sama byłam ciekawa jak to się wszystko odbędzie.


Tymczasem moja sytuacja finansowa już nie była tak dobra. Oprócz potężnego długu u kolegi, doszły opłaty związane z wynajęciem mieszkania i eksploatacją samochodu. Jeździć?.. Owszem. Jeździło się cudnie, ale tankować było już mniej przyjemnie. Mimo to starałam się nie narzekać.


Przyszedł czas podpisywania umów na następny sezon. Aktorzy są zatrudniani na każdy kolejny rok, a nie jak w przypadku większości zawodów, na stałe. W teatrze, co roku podpisuje się nową umowę, na nowych warunkach. Taka umowa zawiera:

- Stawkę podstawową, zależną od stażu pracy.

- Normę, czyli ilość przedstawień, jaką w ramach stawki podstawowej aktor musi zagrać.

- Stawki za poszczególne plany, czyli kwoty, jakie otrzymuje za zagrane ponad normę przedstawienia.


Do tej pory miałam pięć spektakli normy, co nie odbiegało od umów innych, mogących się wykazać podobnym stażem kolegów. Nowy dyrektor poprosił mnie do gabinetu i zakomunikował:

- Zastanawiam się nad Pańską przydatnością zawodową w Teatrze Muzycznym. Pan nie śpiewa. A właściwie śpiewa tak jak ja, a ja w ogóle nie śpiewam. Więc sprawę jeszcze przemyślę i odpowiedzi udzielę Panu jutro.


Z jednej strony miał rację. W przeciwieństwie do pracujących tutaj ludzi, skończyłam studia aktorskie, a nie wokalno-aktorskie, ale toteż właśnie dlatego grałam przede wszystkim role, w których nie trzeba było śpiewać. Sposób w jaki śpiewałam istotnie odbiegał od kształconego, operetkowego wokalu, jednak chyba nie on był istotą całego problemu.

W całej sprawie chodziło o coś zupełnie innego. Nie mam dowodów, ale przypuszczam, że były to echa niegdysiejszych moich walk z Zarządem NSZZ.


Tymczasem koledzy wychodzili z gabinetu dyrektora z podpisanymi umowami w rękach. Z takiej normy jak ja - pięciu, mieli już tylko trzy – czyli dostali podwyżkę.


Nazajutrz ponownie poszłam na rozmowę.

- Po długim namyśle proponuję Panu pozostanie w teatrze na dotychczasowych warunkach. Norma pięć!

Byłam oburzona! To jak z łaski rzucony ochłap! Ci, którzy nie robili połowy tego co ja, dostali podwyżkę, a ja miałam przyjąć takie warunki?!.. Ja, która grałam kilka głównych ról?... Która byłam w całym repertuarze?.. Która w ciągu kilku lat, nie opuściłam ani jednego dnia?!!.. Ani jednej próby?!!..

- Panie dyrektorze. Po długim namyśle odpowiem panu, że nie podpiszę umowy na następny sezon.

Podziękowałam i wyszłam.


No i zaczęło się.

Dyrektor musiał pójść po rozum do głowy, albo ktoś mu wytłumaczył, jakie mogą być konsekwencje mojego odejścia z Teatru. Popełnił błąd, który teraz musiał naprawić.

Teraz już nie było mowy o propozycjach dyrektora. To ja miałam postawić warunki, na których zgodzę się podpisać umowę!!!

W rozmowach pośredniczył kolega, który niemal za mną biegał, prosząc bym ustąpiła. Mimo, że bardzo go lubiłam i wiedziałam, że jakby co, to na nim właśnie skupi się problem zorganizowania za mnie zastępstw, musiałam odmówić. W końcu zaproponowałam „kompromis”.

- Powiedz panu dyrektorowi, że podpiszę umowę, pod jednym, jedynym warunkiem. - Odejdzie z teatru.


Dlaczego postawiłam tak absurdalny warunek?.. Aby go postawić w równie absurdalnej sytuacji, jak on mnie. Nie mogłam postąpić inaczej. To by oznaczałoby, że jest cena, za którą można mnie poniżyć, a potem przeprosić. A nie ma takiej ceny. Aby ratować repertuar, zaproponowałam nierówny kompromis.

- Dopóki będzie dyrektorem jestem gotowa współpracować z Teatrem na takich i takich warunkach. Tu wymieniłam stawki za poszczególne przedstawienia.

- Dyrektor stawki zaakceptował. Już wiedziałam z kim mam do czynienia. Nie to, żebym była nie do zastąpienia, ale gdybym faktycznie odeszła, miałby poważne trudności, aby wypełnić powstałą lukę. Byłam w całym repertuarze! - W czternastu spektaklach! Grałam kilka głównych ról, bez dublury!!! A to już nie przelewki. Zrobienie zastępstwa w przypadku pierwszoplanowej roli wymaga ogromnej pracy, pieniędzy i czasu całego zespołu. A teraz dyrektor stanął przed perspektywą iluś kolejnych takich zastępstw.

Przy tym Klakiera, w takiej formie, jak była ustawiona?.. Nie było w teatrze aktora, który by jej sprostał. Wymagała ogromnej sprawności i kondycji.

Będąc na miejscu dyrektora, nigdy nie rozmawiałabym z żadnym pracownikiem w ten sposób. Ale gdyby którykolwiek postawił tego typu warunek, już by go nie było. Nawet gdyby się zgodził grać za darmo!


Czułam, że koledzy mają do mnie żal, że za każde przedstawienie otrzymuję kilkakrotnie więcej niż oni. Ja również się z tego nie cieszyłam. Jednak uważam, że żal powinni mieć do dyrektora, który się w ten sposób zachował.


c.d.n.

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.08.15

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.2802 s
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj