„NA KAŻDY TEMAT”
Otrzymywałam coraz większą ilość korespondencji z całej Polski. Pisali ludzie z podobnymi problemami, ich rodziny, lub ci, którzy prowadzili na ten temat badania. Ktoś o coś pytał, szukał porady, pomocy, chciał się podzielić jakąś informacją, lub prosił mnie o spotkanie. Mimo że listów było coraz więcej, na wszystkie starałam się odpisywać.
Nikogo nie informowałam o nazwach leków, czy sposobach ich dawkowania. To była rola lekarzy! Oni byli od stawiania diagnozy i przepisywania recept. A jeśli już ktoś, chciał „leczyć” się sam? Pomylił adres.
Zadzwonił do mnie mój lekarz z prośbą, bym wzięła udział w nagraniu programu telewizyjnego, na temat transseksualizmu.
- Panie doktorze. Bardzo mi przykro, ale muszę panu odmówić. Nie mam zamiaru występować przed kamerą.
- Pani Julito. Jeśli będzie pani chciała zachować pełną anonimowość, nie będzie z tym problemów.
- Dobrze. Kiedy?
Ilekroć przyjeżdżałam do Instytutu, spotykałam się z lekarzami najróżniejszych specjalności. Zjeżdżali się z całej Polski na różnego typu seminaria. Zadawali pytania, na które próbowałam odpowiadać. Starałam się robić wszystko, byle im temat przybliżyć. Przy okazji ja ich pytałam, jak powinnam postąpić z dzieckiem. Żaden pediatra, psycholog, czy seksuolog, nie potrafił mi nic doradzić.
Transseksualizm jest nie tylko zjawiskiem nie do końca zbadanym, ale ogólnie trudnym do opisania. Nawet ja, choć siedzę w środku, mam ogromne problemy.
- Jak opisać uczucie?..
- Jak opisać coś, czego nie można dotknąć?..
A w dodatku, jak coś takiego przekazać komuś, kto tego nie czuje?.. Czyście się Państwo kiedykolwiek zastanawiali nad istotą uczucia?.. A przecież uczucia są i muszą być, tak jak jest i musi być powietrze, którego nie widać.
Zróbmy krok dalej:
- Proszę spróbować wytłumaczyć komuś, kto nie widzi od urodzenia jak wygląda niebo?.. Albo tęcza?..
Ja stoję przed podobnym zadaniem. Jak wyjaśnić Wam - zdrowym Ludziom, czym jest „płeć psychiki”?..
Niewiele osób dotkniętych transseksualizmem, zgadza się na otwarte rozmowy poza programem leczenia. Samo zjawisko jest czymś wstydliwym, trudnym do zaakceptowania. Nie mieszczącym w żadnych ramach obyczajowych! Społecznych! A nawet prawnych!
Dlatego się zgodziłam na udział w programie.
Zaraz po spektaklu, wsiadłam w samochód i pojechałam do Warszawy na nagranie. Przedstawiłam warunki:
- Po pierwsze. Nie zgadzam na pokazanie twarzy.
- Po drugie. Na podane miasta, w którym pracuję.
Podobne warunki postawili wszyscy, poza jedną dziewczyną, która nie miała żadnych oporów.
Reżyser był wściekły:
- Jaki jest więc sens robienia programu?! Mogłem zatrudnić kilku aktorów, grono specjalistów i całość nagrać bez was! Boicie się kogoś?.. Wstydzicie?.. Ja też miałem kiedyś kompleks! Dopiero, kiedy sam siebie zaakceptowałem, problem zniknął! (Panu reżyserowi chodziło o wypadanie włosów.)
Przerwałam mu.
- Pan chyba nie rozumie, o czym robi program?! Nie po to zmieniałam miejsce zamieszkania, aby teraz mówić, kim byłam! Panu zależy na zrobieniu programu? To niech pan go robi! Mnie zaś zależy, abym ja nie ucierpiała i moja rodzina. Powtarzam panu. Nie zgadzam się na pokazanie twarzy, oraz podanie miasta, w którym pracuję!
- A co to zmieni? Przecież to, przez co pani przeszła, może być jedynie powodem do dumy!
- Być może. Jednak nie zamierzam się z tym obnosić. Ja chcę o pewnych sprawach zapomnieć. Zgodziłam się na udział w pańskim programie, ponieważ lekarz mnie o to poprosił. Pracuję w teatrze i chcę tam jeszcze pracować. Ale jako aktorka, a nie małpa - po takich, czy innych przejściach, którą za cenę biletu będą mogli obejrzeć sobie ludzie! Żądam zachowania całkowitej anonimowości.
Przy rozmowie był obecny Pan Adam H. (Przed laty kilka razy go spotkałam w Szkole Filmowej.) Obiecał, że osobiście dopilnuje, by postawione przez nas warunki zostały dotrzymane.
Od początku nic mi się nie podobało. Moje wejście zapowiedziała super zgrabna, szczupła dziewczyna! Piękny kontrast!!! - Ona i ja.
Z tłumu dziewczyn zbytnio się nie wyróżniałam, ale w tym przypadku, kiedy otwarcie się mówi o „zmianie płci”, operowanie już na wstępie takim kontrastem dobrze nie wygląda!
- Czy naprawdę nie mógłby mnie zapowiedzieć jakiś facet?..
No i zaczęło się nagranie.
Mężczyzna prowadzący ze mną rozmowę zapytał, jaką rolę w przyszłości chciałabym zagrać?
Odpowiedziałam:
- „Coś w tym jest, że przychodzące do szkoły dziewczyny marzą o zagraniu roli prostytutki”.
Nie wiem, dlaczego użyłam akurat takiego określenia. Stres?.. Może?.. Użyłam słowa, które niestety nie oznacza tego samego, co kobieta o skomplikowanym, trudnym charakterze. Palnęłam głupstwo, którego nie można już było cofnąć.
(Przepraszam Aktorki, które mogłam w tym momencie urazić.)
Pod koniec nagrania prowadzący rozmowę wstał i pożegnał się ze mną.
- Dziękuję bardzo i życzę wspaniałych ról prostytutek.
Przerwałam nagranie.
- Nie zgadzam się na takie zakończenie!
- Ale dlaczego?.. Przecież to było śmieszne.
Zdziwił się reżyser.
- Jeżeli pan chce robić śmieszne programy, proszę wziąć kogoś innego. Zakończenie było wyjątkowo niegrzeczne. Żądam nagrania innego, albo skasowania całości!!
- Dobrze. Proszę, nagrywamy końcówkę jeszcze raz.
Był oburzony, że ktoś śmie ingerować w jego program. Wróciliśmy na miejsca. Mężczyzna podziękował mi jeszcze raz.
- Dziękuję bardzo i życzę wspaniałych ról.
Podziękowałam również i wyszłam.
Kiedy obejrzałam program w telewizji, wpadłam w szał!!! Z poważnego problemu, reżyser zrobił kabaret! Oprócz tego, że puścił końcówkę „życzę wspaniałych ról prostytutek”, powklejał gdzie się dało salwy głośnego śmiechu, komentujące poszczególne wypowiedzi. Kamery podglądały mnie, jak tylko mogły. W trakcie rozmowy ze mną, pod obrazem pojawił się podpis: „Julita - aktorka z Łodzi”!
Tak wyglądało dotrzymanie słowa.
Natychmiast napisałam dwa listy.
Jeden do reżysera. - Pana Witolda O.
Drugi do Pana Adama H, który dał słowo dotrzymania naszych postulatów, dołączając kopię listu do Pana Witolda O.
Reżyser nie odezwał się słowem.
Odpisał natomiast Pan Adam H. - Fragment jego listu pozwolę sobie zacytować.
„Pani.....
Jest to bezczelność reżyserska, którą napiętnowałem publicznie, wobec dziennikarzy warszawskich, na konferencji Polsatu przed tygodniem. Nagrania nie widziałem, zareagowałem po przeczytaniu listu w „Polityce”.
(Nie dotarłam do tego artykułu. J.B.)
Nie chcę i nie bardzo mi wypada, ale powiem co myślę. Powinna Pani wystąpić do Polsatu (czy reżysera?) - ew. do sądu, jeżeli się nie uda, za szkody moralne.
- W przypadku Pani wystąpienia proszę dysponować moją osobą, jako świadka i tego, który przyjął od reżysera to samo zobowiązanie.
Chamstwo TV jest jak epidemia i rozpowszechnia się, jak widać i po prywatnej TV. Reżyser i naczelny tłumaczyli się przede mną „przypadkiem”.
Powiedziałem im, że w TV, montowanym nie ma przypadków...”
Adam H.
Niniejszym informuję, że publikuję treść tego listu za wiedzą, choć bez zgody Pana Adama H. (08.01.2003R. przesłałam Panu Adamowi H. brudnopis niniejszej książki, z prośbą o wyrażenie zgody, lub sprzeciwu na opublikowanie Jego listu. Do momentu oddania książki do druku, tj 15.04.2003R. nie otrzymałam odpowiedzi.)
SIŁA MEDIÓW
„Dzięki polsatowskiej audycji” rozpoznało mnie bardzo wiele osób. Nawet tych, z którymi nie utrzymywałam bliższego kontaktu. Sprzedawczynie w sklepie zaczęły mnie sobie pokazywać palcami, ludzie z osiedla na mój widok wybuchali śmiechem, padło za moimi plecami kilka przykrych słów.
A reżyser?.. Pan Witold O.?.. Dalej robi swoje „edukacyjne” programy. Dla niego ja już stałam się „przeszłością”.
Wspomnę jeszcze, że podczas nagrania programu, spotkałam na planie chłopaka, który studiował na wydziale „Organizacji produkcji łódzkiej Filmówki” w tym samym okresie, co ja. Poznałam go, podeszłam i przypomniałam mu siebie.
Nie wiem, czy miał wpływ, na „dopilnowanie” reżysera?.. Wiem, że mógł mieć!! O to mogę mieć do niego żal.
Zastanawia mnie etyka i solidarność zawodowa autorów programu. Wielokrotnie przy okazji różnych wywiadów, zdarzało mi się palnąć głupstwo, które dla mojego dobra nigdy nie poszło w „eter”. Dziennikarze dbali o mój wizerunek, bo na tym polegała etyka i solidarność zawodowa.
Obowiązkiem dziennikarza jest uczciwa krytyka pracy aktora. Po to ogląda film, czy spektakl teatralny, by jako ekspert odnieść się do „obrazu” i konkretnej roli. Ale szanuje jego prywatność, jako człowieka.
Program Pana Witolda O. nie mówił o „Transseksualizmie”, lecz stał się parodią dotkniętych nim ludzi. Nierównym pojedynkiem słownym, pomiędzy doświadczonym i uszczypliwym dziennikarzem, a stremowanym i zagubionym człowiekiem.
Tuż po polsatowskiej emisji, inny program pozwolił sobie już na totalny śmiech.
To był program 1 TVP, „Przeciąg” - o godz. 22.00 - znaczy, że przeznaczony „dla widzów dorosłych”!
W zaimprowizowanym w podobny sposób studio, przed prowadzącym rozmowę siedział: Wytatuowany, zarośnięty, mówiący basem, obwieszony łańcuchami facet, który zamierzał zmienić płeć!!!
Oto reakcja, na Pański program „edukacyjny”, Panie Witoldzie O.!
Do reżysera programu „Przeciąg” również wysłałam list. (Nie pamiętam jego nazwiska.) On również nie napisał: „Przepraszam.”
Rozdzwoniły się telefony. W łódzkim środowisku teatralnym, już po chwili, wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Co i raz docierały do mnie różne nowe sygnały.
Telewizja ma potężny wpływ na kształtowanie ludzkich poglądów. Zwłaszcza w sprawach budzących tak wiele kontrowersji. Manipuluje obrazem, aby osiągnąć z góry zamierzony efekt. Poprzez gotowy produkt i narzuconą interpretację, trafia nie tylko do oczu, ale i do podświadomości. Bezpośrednio do dusz!
Telewizja pozbawia nas możliwości „trawienia” informacji! „Trawi” za nas, wciskając spreparowaną esencję!
(Zauważcie Państwo, że telewizja już Wam narzuca miejsca, w których powinniście się śmiać! To znacznie więcej niż zwykła manipulacja! To próba totalnego ubezwłasnowolnienia!!! Pozbawienia Was prawa do samodzielnego myślenia!)
Natychmiast ktoś powiedział, że Eryk to, Eryk tamto. Ktoś do kogoś zadzwonił: Ale się wygłupił?.. Co mu nagle odbiło?.. Przecież on ma dziecko!!!.. To wariat!!! Kompletny idiota!!! Czegoś takiego nikt by się po nim nie spodziewał!!!
Dwa krótkie programy telewizyjne zniweczyły cały trud, jaki włożyłam w porozumienie z otoczeniem. Były jak potężne ciosy, które powaliły mnie na kolana. Natychmiast pojawiły się śmiechy i szyderstwa, z którymi nie umiałam walczyć. Ludzie zorientowali się, że słabnę, więc wykorzystali okazję, by wsadzić kolejne szpile. By dobić!
Może powinnam ustąpić?.. Zrzucić sukienkę i znowu zacząć chodzić w spodniach, byle z pokorą przyznać się do porażki?.. Nie! Pozostał mi jeszcze honor. I dusza, która najpierw musiałaby się poddać.
Na złość wszystkim, udzielałam wywiadów dla prasy! Zwracałam się do ludzi z innych województw. Tam nikt nie wiedział, że mam dziecko! Że problem jest jeszcze bardziej złożony, niż przedstawiła go telewizja!
Tam nikt nie wiedział, że słabnę, że mam strach w oczach, że z lękiem wychodzę na ulicę, że drżąc przemykam po teatralnych korytarzach.
W jednej z gazet nawet pokazałam swoją twarz. Opowiedziałam o sobie, słowem nie wspominając Barbary i dziecka. Mówiłam o obecnej sytuacji, świadomie ją fałszując.
Powiedziałam o sportach, jakie uprawiam, choć już ich nie uprawiałam. Powiedziałam, że żyje mi się wspaniale, mimo, że ledwo żyłam.
Powiedziałam, że odnalazłam miejsce w Teatrze, choć przed chwilą, właśnie je utraciłam.
Dlaczego kłamałam?.. Dla sprawy! Żeby ludzie uwierzyli, że znakomicie udało mi się pomiędzy nimi odnaleźć! Żeby uwierzyli, że nie są tacy źli! Że są tolerancyjni i otwarci! Że coś, o czym nagle zrobiło się głośno, jest już od dawna i wspaniale działa!
Że ja! - Ta „inna”, jestem szczęśliwa, bo mogę normalnie żyć pośród nich.
To było kłamstwo! - Przyznaję.
Świadomie robiłam szum w ogólnopolskiej prasie. Ale ten szum, nie miał nic wspólnego z sensacją, jaką zrobiło dwóch panów za pośrednictwem telewizji!
Ten szum robiłam, by choć trochę zmniejszyć fałsz, z jakim mnie przedstawiono! Występowałam w prasie jako instrumentalistka, lub inna, zawodowa artystka. Nie kłamałam o tyle, że mówiłam o czymś, co faktycznie miało miejsce. Przecież ja naprawdę byłam w szkole muzycznej. Naprawdę kiedyś uprawiałam wymieniane sporty! Ale też nic nie stało na przeszkodzie, bym mogła dalej uprawiać te same sporty!!!
Ludzie! To przecież w dalszym ciągu byłam ja.
Ta sama, co przedtem.
Wywiadów udzielałam bezpłatnie, prosząc jedynie o zwrot kosztów przejazdu. Wierzyłam, że moje działania mimo wszystko przyniosą jakąś korzyść i zmienią ludzkie podejście. Nie zależało mi na popularności. Przeciwnie.
Kilku łódzkich dziennikarzy na wieść o mojej „przemianie” poprosiło o wywiady. Odmówiłam. Wdzięczna im jestem za to, że niczego nie napisali.
Milczenie też jest sztuką.
DZIAŁKOWE PODCHODY
Barbara coraz częściej wspominała o „przepisaniu na nią działki”. Chciała, aby dziecko miało zagwarantowany letni wypoczynek.
Powiedziałam:
- Działki nie przepiszę. Możesz z niej korzystać do woli, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze, że będziesz o nią dbać, a po drugie, że będę miała stały kontakt z synem. Z mojej strony masz gwarancję, że nie będę się tam pokazywała.
Użytkowanie działki nie bez powodu uzależniłam od moich kontaktów z Szymonem. Przecież w bezpośrednim sąsiedztwie znajdowała się działka Teresy. Nie chciałam, by w którymś momencie dziecko znalazło się pod wyłącznym wpływem mojej rodziny!!
Rodzina jasno określiła swoje stanowisko wobec mnie, więc nie miałam żadnych złudzeń, że podobnego podejścia będzie uczyła Szymona. Chciałam, by on sam, mógł na bieżąco weryfikować swoje poglądy, w bezpośrednim kontakcie ze mną. Osobiście uważałam, że byłam dla niego znacznie mniejszym zagrożeniem, niż oni wszyscy razem wzięci.
Barbara słysząc stawiane przeze mnie warunki zaczynała płakać i tulić dziecko.
- Widzisz synku? Nie będziemy już jeździć na działkę. Tata ją sprzeda. Musimy stamtąd zabrać rowerek. Nie będziesz już się spotykał z kolegami. A mamusia tak sobie na działce rączki urabiała.
Szymon płakał. Miał żal, że znowu jestem wszystkiemu winna.
Poznałam Piotra, którego pokochałam. Połączyła nas czysta miłość, bez seksu i fizycznej bliskości. Uczucie zbliżone chyba do tego, jakie łączy brata i siostrę. Piotr nigdy nie miał nic, a jego cały dobytek mieścił się w malutkim plecaku. Mimo to jest znacznie bogatszy od wielu, opływających w luksusy ludzi. Ma wspaniałe serce, którym naprawdę potrafi kochać. (Piotr poprosił, abym o nim nie pisała.)
JESTEM PANNĄ...?
Otworzyłam firmę, której zakresu usług nie da się zawrzeć w kilku słowach. Od projektu i produkcji najróżniejszych mebli, poprzez aranżacje i remonty wnętrz, po wykończenie stanu surowego budynków, włącznie.
Właściwie, to nie ja wybierałam, co chcę robić. Odwrotnie. Robiłam to, co tylko było do zrobienia: meble do gabinetu kosmetycznego, do przychodni lekarskiej, zabudowy wnęk, przedpokoje, kuchnie, podłogi, drewniane schody domów jednorodzinnych, glazury, itd. Słowem wszystko, byle wpadło trochę grosza. (Jedną z najładniejszych moich prac, jest bufet w foyer Teatru Muzycznego. Mój projekt i moje wykonanie.)
Pracowałam tak, by nikt mnie nie widział. Krępowałam się ludzi, kiedy na rusztowaniu, wykonywałam typowo męskie prace. Źle się w takich sytuacjach czułam. Miałam świadomość, że spadłam z wyżyn. Z teatralnych desek, na dno budowlanego wykopu. A ponieważ chciałam żyć, więc wolałam pracować choćby tu, ale z honorem, niż żebrać o litość i łaskę w teatrze.
Z czasem otoczyłam się gronem chłopaków, których zatrudniałam do różnych prac. Byli lepsi i gorsi. Samodzielni i tacy, którym wszystko musiałam pokazać. Piotr, choć był znacznie wolniejszy od pozostałych chłopaków, to nigdy niczego nie popsuł. Nie bał się powiedzieć, że czegoś nie wie, lub nie potrafi zrobić. Za to go ceniłam.
Moje spotkania z Szymonem raptownie się urwały. Ilekroć dzwoniłam zawsze był chory, szedł na czyjeś imieniny, lub z jakiejś innej przyczyny nie mógł się ze mną zobaczyć. Ponieważ nigdy nie mogłam spokojnie z Barbarą porozmawiać, napisałam list, w którym zażądałam jasnego postawienia sprawy.
- Szymon jest moim dzieckiem i jako rodzic, chcę mieć z nim kontakt. Ojcem - jako mężczyzną, dla niego nigdy nie będę i z tego zdaję sobie sprawę, ale go kocham i chcę, abyśmy byli razem. Jeśli Barbara uważa, że kontakt taki jest niewskazany i może dziecku zaszkodzić, niech podejmie decyzję popartą opinią specjalistów. Jeśli specjaliści uznają, że powinnam zniknąć z jego świata, to zniknę.
Odbyła się druga sprawa. W sądzie zjawił się inny lekarz z Instytutu. Kolega i uczeń tamtego!!!
Pytam, po co? Skoro już na pierwszej sprawie znalazła się ta sama dokumentacja, co teraz?.. I skoro drugi biegły powiedział dokładnie to samo, co pierwszy?..
W końcu otrzymałam nowy akt urodzenia.
Zmianie uległy: płeć - w miejsce „męskiej”, wpisano „żeńską”; oraz imiona: zamiast Eryk, Gerard - wpisano nowe.
(Nie przyjęłam imienia „Julita”. Przyjęłam inne. Natomiast drugie przyjęłam po mojej Mamie.)
Zmieniłam dowód osobisty, prawo jazdy i inne dokumenty. Zmianie uległ również mój numer PESEL. Od razu odczułam ulgę. To był koniec problemów z papierami.
Ciekawostka: W tym całym sądowym zamieszaniu, mój były związek z Barbarą, rozpłynął się w powietrzu...? Zniknął ślad ślubu i rozwodu. Zostałam „panną”...?
Luka prawna w przepisach, które nie przewidziały podobnej sytuacji. Bo niby w jaki sposób prawo miało zinterpretować poprzedni związek?.. Choćby nawet jako przeszły, ale oficjalnie zawarty ślub homoseksualny?.. W Polsce?..
Kiedy odbierałam nowy dowód osobisty, zwróciłam urzędniczce uwagę, że nie figuruje w nim dziecko! Kobieta wzięła dokument i bez słowa wpisała Szymona.
Kim w obliczu prawa miałam dla niego od tej pory być?.. Drugą matką?.. Powiem szczerze, że nawet bym nie chciała. Matką była Barbara. I tak powinno zostać. Tu się pojawia następna luka prawna. Niezgodność formalna dwóch dokumentów: Mojego i dziecka.
O ile jako Eryk, czyli „ojciec” zniknęłam ze świata, o tyle jako Julita, przejęłam wszelkie prawa do dziecka. W dziecka dokumentach nadal figuruje Eryk, którego de facto już nie ma. Nie figuruje zaś Julita.
W jego metryce i dokumentach nie zmienia się nic. I Broń Boże, żeby się miało zmienić! Pierwsza bym była przeciwna! Zwracam tylko uwagę na formalną gmatwaninę, jaka wiąże się z zaistniałą sytuacją.
Uważam, że Polskie Prawo zezwala na coś, do czego jest zupełnie nieprzygotowane!
Załóżmy, że dopiero teraz poszłabym z Barbarą, celem wyrobienia dziecku paszportu. Jakim imieniem bym się miała podpisać pod wnioskiem?.. Imienia „Eryk” już mi użyć nie wolno!.. a „Julity”?.. (Nie będę się zagłębiać. Jeśli ktoś ma ochotę?.. to proszę.)
Uważam, że można by powołać rodzaj instytucji „prawnego opiekuna”, której w dyskretny sposób Sąd mógłby powierzyć dziecko. To ułatwiłoby wszelkie formalności, w których wymagana byłaby nasza wspólna obecność. Moja i syna. Bez konieczności posługiwania się w sposób pośredni, postanowieniem sądu o zmianie mojej metryki.
Oddałam książeczkę wojskową. Przyjął mnie ten sam komendant WKU, który przed laty odmówił wydania paszportu. Przypomniałam mu całe zdarzenie.
-
Takie mieliśmy czasy. Nam też nie było wolno wyjeżdżać na
Zachód. No i proszę. Mam z Panią dzisiaj poważny problem.
Powstała sytuacja, której przepisy wojskowe nie uwzględniły. Nie
mam innego wyjścia, jak jako pierwszą osobę, za życia umieścić
w archiwum! Pozostaje mi życzyć dużo szczęścia.
c.d.n.
| ed | zamieszczono: 2009.09.07 |
Nowa monografia nt. praw osób transseksualnych
Fotorelacja z debaty ''Różne barwy trans''
Prośba o pomoc w pracy magisterskiej nt. tożsamości płciowej
Euro Pride za nami
Nowy program telewizyjny
Projekt ''k/m (niepotrzebne skreślić?)''
Wydarzenia w ramach POMADY - Warszawa - 8-18.07.2010
Lambda Cafe - program działań Lambdy Warszawa podczas EuroPride
Pride House - w Nowym Wspaniałym Świecie w Warszawie 10-18 lipca
Indywidualne spotkania dla osób transpłciowych oraz ich bliskich w Warszawie
ester:
me:
me:
ester:
ester:
unknown:
freja:
me:
unknown:
nikita:
freja:Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.Antony Hegarty