opowiadania

"Inna" - odcinek 2


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."

TEATR WIELKI
Bardzo lubiłam śpiewać. Babcia często nuciła piosenki, które natychmiast podchwytywałam. Miałam piękny, wysoki i czysty głos. Śpiewałam ładniej niż niejedna prawdziwa dziewczyna, więc już po pierwszej szkolnej lekcji muzyki, nauczycielka zaproponowała rodzicom, by zapisali mnie do chóru. Wylądowałam w pierwszym sopranie Centralnego Zespołu Artystycznego ZHP przy Teatrze Wielkim w Warszawie. Dużo koncertowaliśmy. Uświetnialiśmy swoimi występami najważniejsze uroczystości państwowe: jak Zjazdy Partii, czy wizyty głów obcych państw.

Ponadto najgrzeczniejsi brali udział w spektaklach operowych Teatru Wielkiego. Nawet ja kilkakrotnie zostałam w ten sposób wyróżniona.
To była „bajka”. Przekraczałam progi tajemniczego Świata... Widziałam prawdziwe garderoby z ogromnymi lustrami, piękne suknie, baśniowe dekoracje oświetlone tysiącem kolorowych świateł.

Nagle zapominałam o wszystkim.
- Jestem „tu i teraz”. W samym centrum Wyśnionego Świata. Czas się zatrzymał. Życie płynie inaczej. Co dzień od nowa. Nawet powietrze jest tutaj inne. Mgliste, barwne, pachnące. Nigdy wcześniej nie widziałam królowej, o której opowiadała mi babcia, a teraz mogę jej dotknąć. Ma cudowną, długą suknię, o jakiej nie śmiałam nawet pomarzyć.

Po spektaklu, teatralny samochód odwiózł mnie do domu. Była dziesiąta, albo jedenasta w nocy. Zwykle o tej porze już spałam, a teraz czułam się tak, jakbym wróciła z krainy snów. Leżąc w łóżku, zaczynałam marzyć.

Moje sny odzwierciedlały marzenia i lęki dnia codziennego.
Biegałam po łące, ubrana w zwiewną, kolorową sukienkę, zrywałam kwiaty, tańczyłam. Nagle pojawiał się ktoś, kto rozpoznawał we mnie chłopca. Wskazywał palcem i głośno się śmiał. Budziłam się mokra, dziękując Bogu, że to tylko sen.


PODSTĘP
Miałam osiem lat, kiedy rodzice dostali dwupokojowe mieszkanie na Żoliborzu. Były wakacje. Razem z chłopakami z bloku biegałam po okolicy. Byłam bardzo sprawna, więc bez większego trudu zdobyłam miano „przywódcy”. Wymyślałam zabawy, dowodziłam wojskiem, choć tak naprawdę nie zależało mi na tym. Chciałam być po prostu w grupie i coś sobą znaczyć.

Kiedy wakacje dobiegły końca, poszłam do nowej szkoły. Znalazłam się w klasie, w której nikogo nie znałam, a wszystkie dzieci mieszkały w drugim końcu osiedla. Niebawem w ramach lekcji, mieliśmy rozpocząć naukę pływania. Wychowawczyni powiedziała, że mamy kupić kostiumy kąpielowe i czepki.
Powiedziałam mamie, że mam chodzić na basen w jednoczęściowym białym kostiumie. Mama poszła do sklepu i taki kostium kupiła. Po powrocie natychmiast kazała mi go przymierzyć. Zniknęłam w łazience. Stałam przed lustrem, ubrana w pierwszą, własną, dziewczęcą rzecz. Szczęśliwa i dumna.
- Dlaczego dumna?..
Bo podstępnie zrealizowałam swoje wielkie marzenie. Posłużyłam się zwrotem: „Pani kazała.”
Do łazienki wpuściłam tylko mamę.

Tata postanowił ze mną pójść na pierwsze zajęcia. Bałam się, czy się nie zacznie śmiać, kiedy zobaczy, że ze wszystkich chłopców tylko ja będę wyglądać jak dziewczynka?.. Nie śmiał się. Był nawet dumny, bo instruktor uznał, że świetnie pływam i jako jedynej pozwolił oddzielić się od grupy.
Po zajęciach ratownik głośno licząc, popychał nas w kierunku odpowiednich szatni. Przyszła moja kolej. Popchnął mnie tam, gdzie znikały inne dziewczyny, więc szybko wróciłam. Znowu mnie popchnął, a ja znowu wróciłam i szybko pobiegłam gdzie indziej. Usłyszałam tylko serdeczny śmiech rozbawionych sytuacją rodziców. Może sądzili, że nie miałam spodenek, a kostium „odziedziczyłam” po starszej siostrze?..
Na następne zajęcia poszłam tak samo ubrana. Już się nie bałam. Tym razem ratownik był już mniej wyrozumiały. Poprosił, bym za tydzień przyszła w spodenkach.

Kostium został w domu, co nie znaczy, że leżał w szafie. Wręcz przeciwnie. Prawie go nie zdejmowałam. Stanowił najważniejszą część mojej garderoby. Bardzo lubiłam kłaść się w nim spać, by potem się w nim budzić. Zakładałam go nawet do szkoły pod ubranie. Na lekcjach WF pełnił funkcję koszulki. Był dla mnie czymś więcej niż dziewczęcym kostiumem.
Stanowił symbol mojej tożsamości.


PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE
Dwa razy w tygodniu chodziłam na religię. Najbardziej lubiłam kiedy ksiądz opowiadał o Jezusie. Samotny, w ogromnym świecie, nigdy nie wyparł się wiary i Boga. Był odważny i dobry. Podziwiałam go. Ja też chciałam być tak odważna i dobra. Ksiądz mówił, że nie ma złych ludzi. Trzeba tylko umieć z nich to dobro wydobyć. Bardzo w to wierzyłam.

Zbliżała się Pierwsza Komunia Święta.
Bałam się spowiedzi, oraz wyznania grzechów. Miałam pięć lat, kiedy zamęczyłam małego kotka. Wrzucałam go do sadzawki i patrzyłam jak pływa. Był przemoknięty i słaby, kiedy zaniosłam go tacie. Nie uratował go. Nie pomogło rozgrzewanie elektrycznym słoneczkiem.
Tata mnie nie zbił. Kazał kotka pochować. Bardzo to przeżyłam. Ta zbrodnia ciążyła, jak śmiertelny grzech. Ksiądz udzielił mi rozgrzeszenia.

Tak naprawdę nigdy nie chciałam zrobić krzywdy żadnemu zwierzęciu. Jeśli znalazłam jakieś pisklę, zaraz próbowałam wsadzić je do gniazda, lub zanosiłam tacie. Wiedziałam, że mu pomoże. Podobnie było z bezdomnymi psami i kotami. Kiedy któryś biegał bez opieki, starałam się mu pomóc. Przynosiłam jedzenie, a jeśli miał napisany adres na obroży, odprowadzałam do domu.

Po pierwszej komunii musieliśmy pozować do pamiątkowego zdjęcia. Wszystkie dziewczynki miały piękne sukienki, na głowach wianuszki, a ja garniturek i krótko ścięte, przylizane włosy. Robiłam głupie miny, aby nic ze zdjęcia nie wyszło. Moi rodzice tak się wstydzili, że nawet go nie odebrali. Jedno z nich stało później u kolegi w kredensie i straszyło moją głupotą.


SZKOLNA SPRAWIEDLIWOŚĆ
Telewizja poszukiwała śpiewającego chłopca. Chodziło o wykonanie piosenki do programu dla dzieci. Byłam bezkonkurencyjna, więc już po kilku dniach znalazłam się w studio na Woronicza. Stałam przed mikrofonem i śpiewałam. Po nagraniu pojechałam z ekipą na miasto. Chodziłam po warszawskich ulicach, pozując do zdjęć. W tych latach widok kamery, był czymś wyjątkowym, a ten kogo filmowała, to był dopiero ktoś!
Pierwszy raz widziałam siebie w telewizji. Nazajutrz w szkole zbierałam pochwały. Byłam najważniejsza.

Po jakimś czasie wzięłam udział w nagraniu Teatru Telewizji. Znowu pojechałam na Woronicza. To było takie magiczne miejsce. Sławni aktorzy byli wszędzie. Na korytarzach, w bufecie, w charakteryzatorni. Co i raz pani kierownik planu oddawała mnie któremuś z nich pod opiekę. Cieszyłam się, bo opowiadali o swojej pracy, oprowadzali po magazynach kostiumów. Czy gdziekolwiek mogłabym przeżyć podobną przygodę?.. Po zakończeniu nagrań, znów zobaczyłam siebie na ekranie. Nadeszły kolejne propozycje. Niestety musiałam z nich zrezygnować. Wychowawczyni powiedziała, że nie będzie mnie więcej zwalniać, bo to „źle wpływa na moją naukę.”
To kłamstwo.
Nie cierpiałam tej baby. Co roku wysyłała mnie do psychologa na badania, aby sprawdzić czy się nadaję do normalnej szkoły. Drażniło ją moje mruganie. Psycholog stukał się w czoło, bo wyniki przeprowadzanych testów nie tylko były poprawne, ale znacznie przekraczały mój poziom wiekowy. Materiał godzinnej lekcji mogłam przyswoić w ciągu kilku minut.
Wystarczał jeden przykład, bym zrozumiała o co chodzi. Wychowawczyni co do jednego miała rację. Nie nadawałam się do jej klasy. Powinnam mieć nauczyciela, który oszczędziłby mi stresów. Podczas jej lekcji nigdy nie miałam spokoju. Czułam, że mnie nienawidzi i tylko czeka, aby zapytać o coś, czego mogę nie wiedzieć. Uczyła matematyki, z którą nie powinnam mieć żadnych problemów, a było wręcz odwrotnie. Nie umiałam nic. Nawet w domu nie potrafiłam się jej nauczyć, bo kojarzyła mi się z konkretną osobą.
Wraz ze zmianą nauczycielki, zmieniły się moje stopnie.
(Matematykę wybrałam jako dodatkowy egzamin maturalny. Zdałam na piątkę. J.B.)


MAŁA CÓRECZKA
Nauczyciel WF był jednocześnie trenerem skoków do wody. Sprawniejszym uczniom proponował wstąpienie do swojej sekcji. Pierwsze zajęcia były potwornie nudne. Skakaliśmy z metrowej trampoliny na nogi, kiedy tuż obok nas wpadali do wody starsi zawodnicy. Patrzyłam z zazdrością, jak kręcili różne ewolucje. Marzyłam by wejść na sam szczyt wieży i skoczyć.
Pod koniec zajęć przyszła oczekiwana chwila. Pierwsza rzuciłam się do drabinki, by po chwili znaleźć na dziesięciu metrach. Tam opuściła mnie odwaga. Stałam na krawędzi pomostu, trzymając się kurczowo barierki. Czułam że nie skoczę. Przepuściłam innych, oni następnych. Nikt nie skoczył. Zeszliśmy na niższe piętro - pięć metrów. Stąd skoczyły tylko dwie osoby - ja i ktoś jeszcze. Reszta poddała się i zeszła na dół. To był sprawdzian naszej odwagi.
Zajęcia się skończyły.
Jeszcze nie wróciłam do domu, a już myślałam o następnych skokach. Spodobał mi się ten sport. Wymagał sprawności, odwagi, dając w zamian odrobinę swobody. Treningi odbywały się nie tylko na basenie, ale i na specjalnych przyrządach do akrobatyki sportowej, w sali gimnastycznej. Ćwiczyliśmy na batucie, równoważni, wszystko to, co miało się potem przydać na basenie.
Po dwóch miesiącach trener przeniósł mnie do grupy zaawansowanej, gdzie było mniej osób, a treningi przebiegały intensywniej. Doszły trudniejsze ewolucje i większe wysokości. Wtedy po raz pierwszy skoczyłam z dziesięciu metrów. W locie podkurczyłam nieznacznie nogę i gruchnęłam w wodę. Cały pośladek zrobił się fioletowy i bolał przez kilka dni. Nabrałam do wieży szacunku. Wiedziałam, że z wysokością nie ma żartów. Że każdy skok musi być precyzyjny, a woda potrafi być bardzo twarda.
Koledzy ze szkoły już dawno zrezygnowali z treningów, a ja ćwiczyłam dalej. Robiłam postępy, co było widać na kolejnych zawodach. Plasowałam się w czołówce swojej grupy wiekowej.

Poza treningami w klubie, ćwiczyłam w domu. Rozkładałam na podłodze koc i wieczorami, oglądając telewizję, gimnastykowałam się. Wykonywałam ćwiczenia podobne do tych, jakie robiły na szkolnym WF dziewczyny. Mostki, stójki, szpagaty. Marzyłam by mieć podobny do nich kostium gimnastyczny. Któregoś dnia poprosiłam mamę, by mi taki kupiła. Przemówiły do niej konkretne argumenty. Po pierwsze taki kostium mniej się brudził, po drugie nie zsuwał podczas ćwiczeń, a po trzecie był cieplejszy niż zwykła koszulka. Poza tym, gimnastyce poświęcałam dużo czasu, no i wygrywałam zawody.
Nie musiałam długo czekać. Z nowym kostiumem, natychmiast zniknęłam w łazience. Tym razem musiałam się w nim pokazać również tacie. Nieśmiało weszłam do pokoju. Tata popatrzył, uśmiechnął i jak nigdy dotąd, posadził mnie na kolanach. Potem po raz pierwszy w życiu, sam z siebie przytulił i powiedział: - „Moja mała córeczka”.

Nie wiedziałam jak się zachować. Prędzej bym się spodziewała śmiechu, lub czegoś gorszego niż takiej reakcji. Zawstydziłam się. Do dziś nie wiem, czy to był z jego strony żart?..
Żeby mój kostium sprowokował go do takich zachowań? A może mama go poprosiła, by mnie tym razem nie wyśmiał?

A gdybym wtedy powiedziała: „Tak tato. Jestem twoją małą córeczką. Kochaj mnie taką, bo nie jestem i nie chcę być chłopcem.” - Jak by zareagował? Czy potrafiłby się z takim wyznaniem pogodzić? I czy moje życie potoczyłoby się inaczej? Spokojniej? Prościej?

Kostium był śliczny. Czarny, z czerwonymi oblamówkami. Zakładałam go ilekroć miałam ochotę. Pretekstem były ćwiczenia, a prawdziwym powodem to, że go po prostu lubiłam. Oczywiście nigdy w nim na trening nie poszłam. Byłam za duża na taki wyskok. To, na co mogłam sobie pozwolić podczas lekcji pływania w drugiej klasie, dziś z pewnością by nie przeszło. Na treningach obowiązywały slipy. Kostium mógł mi służyć wyłącznie w domu.
(Ze skoków do wody musiałam po dwóch latach treningów zrezygnować. Zaczęłam chorować. Zimna, chlorowana woda wywoływała przeziębienia, zapalenia oskrzeli i spojówek. J.B.)


SUKNIA KSIĘŻNICZKI
Co roku w szkole odbywał się bal przebierańców. Dzieci przychodziły w kolorowych kostiumach. Widziałam chłopców poprzebieranych za dziewczynki. Wszyscy bawili się doskonale i tylko ja, w stroju Indianina, smutna podpierałam ścianę. Pod koniec zabawy ogłaszano konkurs na najładniejszą postać. Marzyłam o tym by wygrać. I nie jako Indianin, czy Zorro, ale jako księżniczka.
Zbliżała się kolejna szkolna zabawa, więc poprosiłam mamę, by kupiła mi na gwiazdkę sukienkę księżniczki.

Nadeszła Wigilia. Ledwo pod choinką pojawiły się prezenty, złapałam za swój i pobiegłam do pokoju. W środku była książka i jakieś słodycze. Rozpłakałam się. Tak bardzo wierzyłam, że będzie co innego. Tak czekałam. Przyszła mama. Usiadła obok. Przytuliła.
- Sukienki nie kupiłam, bo by się z ciebie śmiali chłopcy.


SZKOLNA DYSKRECJA
Co roku, w szkole przeprowadzane były okresowe badania lekarskie. Wchodziłam do gabinetu razem z chłopcami i stawałam w kolejce. Mierzenie, ważenie, osłuchiwanie i zaglądanie w gardło. Mnie jako jedynej dodatkowo zaglądano w majtki. Swoją drogą szkoda, że jeśli już musiało się odbywać takie badanie, to nie było przeprowadzane na osobności. Moich kolegów intrygowało, co też tam widzi pani doktor?.. Unikałam tematu.

(Urodziłam się z pewną „wadą” narządów, o której nie będę pisać. Wystarczy jeśli powiem, że moja budowa fizyczna nie była stuprocentowo męska. Mam również inne, zewnętrzne cechy, które mogłyby wskazywać na pewien stopień dwupłciowości - min. odmienne zabarwienie tęczówek oczu - jedno oko po mamie, drugie po tacie; oraz przebarwienia skórne podobne do tych, jakie nosiła mama. J.B.)

Nie korzystałam ze szkolnych toalet. Wiedziałam, że chłopcy będą mnie podglądać. Jeśli już musiałam, to biegłam do domu, lub czekałam do końca przerwy, by wszyscy poszli do klas.


PEDAŁ
Na podwórku już dawno utraciłam zdobytą pozycję. Do naszego grona dołączyło kilku starszych chłopaków, którzy jak magnes przyciągali do siebie młodszych, zarażając nowoczesną muzyką, czy sportami walki. Mnie już interesowały wyłącznie sukienki. Widziałam je wszędzie. W szkole, w sklepie, na ulicy, w tramwaju, w kinie, no i... w mamy szafie. Odkąd dostałam od rodziców klucze i miałam do nich dostęp, zaczęłam je przymierzać. Z czasem samo założenie sukienki przestało mi już wystarczać. Wkładałam bieliznę i wypychałam biust. Mamy staniki były za duże, więc musiałam je „dopasowywać”. Robiłam zaszewki, lub na ramiączkach zawiązywałam supełki. Późnej wszystko doprowadzałam do porządku.

Któregoś wieczora, odrabiałam lekcje, kiedy w drzwiach pokoju nagle pojawił się tata. Na sobie miał mamy stanik. Zapytał:
- Ładnie wyglądam?.. Nie wiesz kto i po co zawiązał na tym staniku supeł?...
Rozpłakałam się.
- Nie tato!.. Nie wiem!..
Roześmiał się, nazwał mnie „pedałem” i wyszedł. Długo nie mogłam się uspokoić. Obiecywałam sobie, że już nigdy w życiu niczego z szafy nie ruszę. Więc jednak słusznie obawiałam się taty.

Wiedziałam co słowo „pedał” oznacza. Teraz dodatkowo poczułam jak bardzo może zaboleć i skaleczyć.
Ja?.. Pedał?.. Ale dlaczego?! Przecież takim określeniem nazywa się chłopaka, którego coś łączy z innym chłopakiem. Dlaczego więc ja?.. Przecież ja z żadnym chłopakiem nie jestem! Jestem zupełnie sama i chłopaka nie potrzebuję!.. Nawet ani razu o żadnym nie pomyślałam!


DYSCYPLINA
Tata tylko raz stanął w mojej obronie, kiedy pani ze świetlicy za wyrwanie kartki z Płomyczka, uderzyła mnie w twarz. Poszedł wtedy do szkoły i zrobił awanturę. Poza tym, nigdy.
Za to był pierwszym od bicia. Chwytał mnie tak, bym się nie mogła wyrwać i bił. Bił aż się zmęczył. Dopóki nie opadł na fotel. Szkoda mu było ręki, więc bił mnie „dyscypliną” - gumową rurą od pralki, rączką trzepaczki do dywanów, lub grubym kablem z ołowianym rdzeniem. Dyscyplina stała w kącie, oparta o ścianę. Czekała na „specjalne okazje”. Ile razy ją schowałam, tata wymyślał następną. Bardziej bolesną.

Przyszedł dzień, kiedy próbował mnie ostatni raz uderzyć. Nie uciekłam jak zawsze. Byłam szybsza. Kopnęłam go w pośladek i odskoczyłam gotowa do zadania następnego ciosu. To było jak ostrzeżenie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach strach. On się wystraszył. I to kogo?.. Mnie?.. - Dwunasto, czy trzynastoletniego dziecka..? Ten twardziel?!!

Opuścił rękę z dyscypliną i powiedział:
- Tego kopniaka jeszcze sobie przypomnisz. Przypomnisz sobie, kiedy mnie już nie będzie. I będziesz żałował, że kiedykolwiek podniosłeś na mnie rękę.

Ten dzień był przełomowym dniem w naszych stosunkach. Zniknął wszechobecny terror.

Teraz ja zaczęłam budować pomiędzy nami most porozumienia. Uczyć własnego ojca, że może mieć we mnie partnera i przyjaciela.
Któregoś dnia niechcący uszkodziłam jego regał. Uderzyłam czymś w miejsce, gdzie leżała koronkowa serwetka, więc śladu nie było widać. Postanowiłam zrzucić na niego winę, by natychmiast stanąć w jego obronie. Tata miał zwyczaj chowania dokumentów do najwyższej części regału. Robił to zaraz po powrocie z pracy. Oprócz aktówek z papierzyskami, stało tam ciężkie, metalowe pudełko. Ustawiłam je tak, by po otwarciu drzwiczek spadło na serwetkę.
Pozostało czekać. Kiedy tata przyszedł z pracy, siedziałam w swoim pokoju, udając że odrabiam lekcje. Nagle rozległ się huk. Przybiegłam natychmiast. Na podłodze, u jego stóp leżało pudełko. On zaś, z serwetką w ręku, stał jak zamurowany i patrzył na głęboki odprysk. Nie potrafił uwierzyć w to co się stało. Zawsze tak dbał o swój regał, wycierał go, czyścił, a teraz tak go uszkodził..? Spojrzał na mnie jak małe, bezbronne dziecko, które nie wie co przeskrobało. Nigdy go takim nie widziałam.
- Nie martw się tato. Powiem mamie, że to moja sprawka. Na pewno mi wybaczy.

Zawarliśmy w ten sposób układ. Połączyła nas jakaś zależność, wspólna tajemnica. Coś, czego wcześniej nie było. Tata chyba zrozumiał, że może na mnie liczyć. Ten przykład nie był odosobniony. Celowo prowokowałam sytuacje, by zachwiać jego pewnością siebie.

Kiedyś wymyślił mi karę:
- Dopóki nie wrócę, masz siedzieć w domu.
Ani myślałam. Ledwo zamknął za sobą drzwi, dopadłam do wizjera. Wiedziałam, że zrobi coś, by mieć pewność, że nie wychodziłam z mieszkania. Zobaczyłam jak pochylił się nad progiem. Kiedy poszedł, zawołałam przez okno kolegę.
- Przyjdź na chwilę pod moje drzwi i zobacz, czy coś tam jest?
Tata oparł zapałkę.

Kiedy wrócił, był pewien, że nigdzie z domu nie wychodziłam, bo zapałka była na miejscu. Stracił pewność, kiedy po kilku dniach, zapałka ciągle była tak samo oparta. Sterczała, mimo że nawet drzwi były otwarte. Przykleiłam ją dolnym końcem do progu, więc się nie mogła przewrócić.

Zbliżał się lany poniedziałek. Dzień, w którym mogłam tacie „odpłacić” za cały rok. Czułam, że zachowa się podobnie jak poprzednio i już dzień wcześniej zabarykaduje w moim pokoju, abym go za bardzo nie zmoczyła. Tata postąpił jak sądziłam. W niedzielny wieczór wykorzystał chwilę „mojej nieuwagi” i kiedy wyszłam z pokoju natychmiast się w nim zabarykadował. Był szczęśliwy, że znów mnie przechytrzył. Że znowu spokojnie się wyśpi i potem pierwszy zaatakuje, by natychmiast powiedzieć „stop”.
Byłam przygotowana. Rano poprosiłam mamę, by podeszła ze mną pod drzwi. Zapukałam cichutko:
- Tato! Śpisz?..
Tata wydał z siebie tylko dźwięk, oznaczający, że śpi i zamierza tak sobie spać i nic mu nie mogę zrobić, bo jest bezpieczny.
Kiedy pociągnęłam za wychodzącą z pokoju żyłkę, ze środka dobiegł potężny chlust. Przy okazji padło kilka niecenzuralnych słów i w końcu wyszedł kompletnie zmoczony tata. Był wesoły. Pierwszy raz przyznał się do porażki.

(W jednej z wiszących nad moim łóżkiem kartonowych reklamówek papierosów, ukryłam dużą puszkę z wodą. A żyłkę przywiązałam do odpowiednio wbitej szpileczki. J.B.)


ZAWAŁ
Tata trafił do szpitala. Rozpoznano zawał serca. Jeszcze nie wiedziałam co to może oznaczać. Do tej pory wszelkie choroby, na jakie zapadaliśmy, pojawiały się i równie szybko znikały. Tak było z zapaleniem oskrzeli, grypą, czy anginą. Kaszel, katar, kilka dni gorączki i człowiek był zdrów.
Do tego wszystkiego, po tacie choroby nie było widać. Leżał w szpitalu i wyglądał na znacznie zdrowszego niż kiedykolwiek. Uśmiechał się, żartował jak nigdy. Nawet przytulał mnie, gdy siadałam przy nim na łóżku. Zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego ten zawał pojawił się dopiero teraz?”

Choć już po kilku dniach, wyszedł ze szpitala, niewidoczna choroba w widoczny sposób zmieniła całe nasze dotychczasowe życie. Badania, diety, sanatoria, komisje lekarskie, a w końcu renta i pobyt w domu. Tacie nie było wolno pracować, dźwigać ciężarów, no i przede wszystkim denerwować się. Musiał się bardzo oszczędzać. Nawet na drugie piętro nie wchodził po schodach, tylko wjeżdżał windą.
Sądziłam, że przesadza. Że wykorzystuje sytuację, by zwalić na nas część swoich obowiązków.


SKLEP
Mama otworzyła sklep. Było w nim wszystko, o czym zawsze marzyłam: sukienki, bielizna, rajstopy, trochę obuwia i pasmanteria. Tata sam zaprojektował wystrój i wykonał większość prac związanych z remontem. Zaangażował się tak, jakby zupełnie zapomniał o chorobie. Zawsze chciał mieć „coś”, co mógłby kształtować, rzeźbić, udoskonalać i w co nikt by mu się nie wtrącał. Pierwsi klienci, byli wprost zachwyceni, a tata dumny, bo osiągnął cel. Praca w sklepie była ciężka. Samo przyjęcie towaru i rozłożenie go na półkach było nie lada wysiłkiem, a tu jeszcze trzeba było osiem godzin stać, sprzedawać, robić serdeczną minę do każdego i codziennie sprzątać. Do tego dochodziły nerwy, bo kasa się nie zgadzała, bo kontrola, bo komuś się przewidziało, że akurat przywieziono coś atrakcyjnego.
Za ladą miała stać mama. Tata zaś miał wyłącznie odbierać telefony i... odpoczywać.
Ale gdzie tam. Nie mógł patrzeć jak mama się męczy, więc robił wszystko, aby ją wyręczyć. Chwytał za szczotkę, uzupełniał towar, lub stawał za ladą i sprzedawał. Przy tym tak potrafił oczarować klientkę, że nie odeszła z pustymi rękami.
- Nie znałam go z tej strony.

W tych czasach ciężko było kupić coś ładnego. Tandety i dziadostwa było w bród, a atrakcyjny towar rozchodził się błyskawicznie. Mama miała trochę znajomości, więc w sklepie zawsze było w czym wybierać. Niektóre rzeczy przynosiła do domu, dzięki czemu i jej szafa prezentowała się znacznie okazalej. Przewijały się przez nią kreacje, o jakich wcześniej mogłam tylko pomarzyć. Bałam się, ale pokusa była silniejsza. Dzwoniłam pod byle pretekstem do sklepu, aby upewnić się, czy rodzice nie planują wcześniejszego powrotu i zabierałam się do przeglądania „nowinek”. Często znajdowałam sukienki w moim rozmiarze. W nich się czułam najlepiej. Do niektórych tak się już zdążyłam przywiązać, że kiedy nagle znikały, chciało mi się płakać.


c.d. za tydzień

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.06.12
bielizna konrad

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.2808 s
bielizna erotyczna w diores.pl
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj