opowiadania

"Inna" - odcinek 20


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."


[...]W okolicy nie widziałam dla siebie miejsca. Za dużo bym musiała o sobie powiedzieć.
- Przyznać się, że ukończyłam tyle szkół, z łódzką Filmówką na czele, znaczyło ściągnąć lokalną prasę i wzbudzić podobną sensację, jak powiedzieć prawdę!
- Co wśród pól może robić kobieta, która zna osobiście co drugą osobę z telewizji?.. - Której koleżanki i koledzy ze studiów, pną się w aktorskiej karierze? [...]


JA I DZIECKO

Nadeszło lato. Widziałam, jak uszkodzone przez koparkę brzegi stawów zaczynają obrastają trzciną i tatarakiem. Jak pokaleczona przyroda wraca do równowagi. Brałam koc i kładłam się nad wodą. Przychodziła chwila, kiedy uświadamiałam sobie, że sama się okłamuję sądząc, że znalazłam szczęście, próbując żyć jak we własnym raju. Nawet raj zamieni się w piekło, kiedy znajdziesz się w nim sam.


Czasami na naszym stawie odpoczywały łabędzie. Z daleka obserwowałam je przez lornetkę. Nie przeszkadzałam im. Marzyłam aby zostały.

Nic z tego. Instynkt kazał im lecieć tam gdzie przyszły na świat. Na Mazury. Tam gdzie i ja się wychowałam.

Mnie również ciągnęło nad jeziora. Nad Nidzkie. Na polanę,  na którą jeździłam z rodzicami. Tam, gdzie później zabierałam Szymona. Tęskniłam do tego miejsca i ludzi. Nawet do tych, którzy wyrządzili mi tyle krzywdy. Brakowało mi ich bliskości. Wspólnych wypraw na ryby, wieczorów spędzanych przy ognisku.

Choć pragnęłam, nie mogłam już tam pojechać. Odstąpiłam swe miejsce dziecku w imię jego spokoju. Czy Szymon wciąż tam jeździł?

Miałam ochotę pojechać i sprawdzić. Rozbić się z namiotem na przeciwległym brzegu, by choć przez lornetkę móc na niego popatrzeć. Nie odważyłam się. A gdyby przypadkiem mnie zobaczył i rozpoznał, pomimo fizycznych zmian i upływu czasu?..


Któregoś dnia Piotr wrócił od sąsiadów przerażony:

- Kazik mi powiedział, że nie wolno mu do nas przychodzić, bo mamy AIDS.


Podobna plotka mogła równie łatwo utrudnić nam kontakty z ludźmi, jak odkrycie mojej tajemnicy.


Kazik miał pięć lat. Bardzo lubiłam z nim przebywać, bo przypominał mi Szymona. Był wspaniałym, bardzo inteligentnym i energicznym chłopcem, którego największym nieszczęściem była wiejska bieda, oraz brak oświaty. U mnie po raz pierwszy w życiu, zobaczył prawdziwe książki! Miałam dziesiątki przeróżnych albumów, o tematyce przyrodniczej. Dotykał ich, jak największych skarbów. - Otwierał, oglądał i zadawał pytania.

Interesowało go wszystko.


U mnie po raz pierwszy zobaczył prawdziwą łazienkę i sedes z bieżącą wodą. Natychmiast poszedł zobaczyć jak działa. Z wnętrza dobiegał odgłos wielokrotnie spuszczanej wody.

- Pani. A to je nowy kibel?..

- Nie. A dlaczego pytasz?..

- Bo przede mną nikt nie srał.


Później opowiadał wszystkim:

- U pani Julity w kiblu, to się woda gotuje.


Śmieszne?.. - 2000 Rok. - Polska.


Któregoś dnia zawołałam Kazika do siebie.

- Powiedz mi. Czy ty wiesz co to jest AIDS?..

- Nie wiem.

- To bardzo groźna choroba, ale nią nie tak łatwo się zarazić.

Widziałam jak słucha uważnie, jak sobie przyswaja każde, wypowiedziane przeze mnie słowo.

- A wiesz po czym można poznać, że ktoś ma AIDS?

- Nie.

- Taki człowiek bardzo cierpi, bo nie chce mu się pracować. Całe dnie włóczy się po podwórku, lub siedzi i myśli. Aby nie rozbolała go od tego myślenia głowa, nosi beret.


Kazik spojrzał na mnie swoimi wielkimi oczami i nagle krzyknął.

- To dziadek ma AIDS?!!!

- Nie martw się. Dziadka na szczęście można wyleczyć. Trzeba mu tylko pomóc wstać i zachęcić do jakiejś pracy.


Kazik natychmiast do niego pobiegł, powiedzieć, w jaki sposób będzie go leczył.


Drażnił mnie ten człowiek. Całe dnie przesiadywał przed domem i patrzył co się u nas dzieje, by później się pośmiać, lub gdzie indziej wygłosić swoje mądrości. Przypuszczam że to on był autorem większości krążących o nas plotek.

- „Na co komu tak sprzątać?”

Jemu faktycznie nie przeszkadzał bałagan na podwórku. Żaden walający się złom, żadne szkło, czy sterta śmieci, nie były w stanie zmusić go do pracy.

- „Po co?.. I tak się nabrudzi.”

Gnił już za życia, w przekonaniu, że nic oprócz chlania i robienia dzieci, się nie liczy. I to jest właśnie ta najgorsza odmiana społecznego AIDS. - Brak oświaty i zacofanie. Do tego dochodzi głupota wynikająca z faktu, że wiedza przekazywana „z dziada pradziada” ma większą wartość niż prawdziwa nauka.


Kazik więcej do nas nie przyszedł..


Bardzo chciałabym móc adoptować chłopca, chociaż nie odważyłabym się tego zrobić w Polsce. Ze względu na jego bezpieczeństwo.

(Nie wierzę w dyskrecję urzędników państwowych, mających dostęp do moich danych osobowych.)

Co by było, gdyby wyszła na jaw moja przeszłość? Czyż nie znalazłby się zaraz ktoś, kto zechciałby go skaleczyć?..


Czy dla własnego egoizmu, miałabym moralne prawo skazywać go na szykany?.. - W szkole?.. Wśród kolegów?..


- Jaką mogłabym być matką?..

Nie wiem.

Odczuwałam ogromną potrzebę kontaktu z dzieckiem. Przytulenia go. Sprawowania nad nim opieki. Przekazywania mu wiedzy. Doświadczeń.


Czy nie mogłabym zaopiekować się choć jednym osieroconym malcem z domu dziecka?..


Ktoś zaraz powie: „Nie ma żadnej gwarancji, że wychowałabym zdrowego chłopaka.”

Ano nie ma.


Z drugiej strony, w moim wieku, nie byłabym w stanie zagwarantować dziecku opieki do jego pełnoletności. - Mój organizm starzeje się inaczej, niż organizm zdrowej kobiety, a obecna wiedza medyczna nie ma jeszcze takiego doświadczenia, aby się w tych kwestiach wypowiadać.

Dlatego dziecko w moim przypadku, to wyłącznie egoizm i szaleństwo.



NIE JESTEM FIKCJĄ !

Postanowiłam kontynuować publikację historii. Rozesłałam oferty po całym kraju.

Już po kilku dniach zaczęły nadchodzić odpowiedzi.

(Nie odezwała się ani jedna łódzka redakcja.)


Dopóki nie było rozmów o konkretach, podpisywałam się pseudonimem - „Julita Borowska”, a korespondencję kierowałam na adres moich znajomych. Dopiero tam była odpowiednio przepakowywana i dosyłana na miejsce. Chodziło o gwarancję zachowania anonimowości, oraz utrzymanie w tajemnicy miejsca mojego pobytu.


Nazwisko i adres ujawniałam w ostatniej chwili. Były strzeżone specjalnym zapisem. Podobnie jak tytuł: „Kanalia”.


Odbiór społeczny publikacji był już zdecydowanie inny. Do redakcji zaczęły napływać listy. Kilka z nich pozwolę sobie zacytować:



Z tolerancją

(...) Powieść „Kanalia” zamieszczoną w Magazynie czytam z zainteresowaniem, choć moja rodzina (rodzice i żona) są przeciw i mówią, żeby tych świństw nie czytać. Tymczasem nie ma tam żadnych świństw, autor wyraża się bardzo oględnie i nie stosuje scen perwersyjnych. Może nawet jest za bardzo grzeczny, bo jakby świntuszył i skandalizował to ludzie którzy lubują się w pornografii kupowaliby Magazyn jak ciepłe bułki. Tylko wątpię czy redaktorom na takich zależy. Bohater(ka) „Kanalii” opisuje swoje przeżycia głównie w sferze duchowej i chociaż jej dramat jest trudno zrozumiały dla zwykłego, zdrowego człowieka, to należy go traktować z tolerancją, ponieważ nic co ludzkie nie powinno nam być obce.

Artur L.


Dostaję mdłości

.....to była kiedyś gazeta zajmująca się poważnymi ludzkimi problemami. Ostatnio jednak coraz bardziej stawiacie na tandetę, wzorem chyba krzykliwych brukowców, których sporo się pojawiło. Po co te wszystkie horoskopy, wróżki, znachorzy, duchy i marne dowcipy? A jeszcze do tego te zwierzenia (czy naprawdę autentyczne, bo zalatuje mi fikcją?) osoby niewiadomej płci w pamiętniku „Kanalia” - nie mogę tego czytać bo dostaję mdłości. Jeżeli taka osoba ma takie problemy to powinna je zachować dla siebie, a nie chwalić się w prasie czy w telewizji. Pewnie ona chce zarobić i stosuje metodę wszystko na sprzedaż, ale dlaczego ja mam to kupować? Skończcie z tym, bo Czytelnicy się od Was odwrócą.

Natalia W.


Sianie grzechu

I wy też zatruwacie społeczeństwo, bo piszecie o różnych sektach i zboczeniach nie zdobywając się na słowa potępienia. Nie ujawniacie ile szkód przynoszą tacy ludzie rozsiewający dokoła grzech, demoralizując dzieci i rodzinę. Niedawno reklamowaliście jakiś klub pedałów i lesbijek, a teraz puszczacie wypociny jakiegoś obojnaka i co chwila na łamach jakieś obrzydlistwo.

Teresa K.



Podobny problem

Chyba mam bardzo podobny problem jak Julita Borowska. Mieszkam w małej zacofanej miejscowości i nie mogę nikomu napomknąć o tym ani słowa, bo boję się skandalu. Także trudno mi o wiele potrzebnych informacji, dlatego bardzo proszę o jakiś kontakt z tą Panią (adres, telefon). Może będzie mogła mi wyjaśnić pewne sprawy.

C.C.



Ja sobie tego problemu nie wybierałam. Pracując na scenie jako Eryk, zdobyłabym większy rozgłos i zarobiłabym więcej, niż jako Julita, po tego rodzaju przejściach!!!



Spośród wielu redakcji, z jakimi miałam do czynienia, pozwolę sobie wyróżnić jedną:

Redakcję Gazety Wrocławskiej, która uszanowała wszelkie zasady partnerskiej współpracy, oraz stawiane przeze mnie warunki:

- Żadnych pieczątek redakcyjnych na kopertach.

- Żadnego udostępniania mojego adresu.

- Żadnego samowolnego skracania tekstów.

- Żadnych innych niespodzianek.


Zespół redakcyjny to wspaniali Ludzie, z którymi zawsze będę chciała pracować, bo mam już do nich pełne zaufanie.

Nasze spotkanie Gazeta tak podsumowała:


Gdy gościła w naszej redakcji, niejeden z panów (nie wiedzących o jej przeszłości) oglądał się za nią z uznaniem. Choć prawdę mówiąc, ci, którzy tę przeszłość znali, przyglądali się jeszcze uważniej.”


Nie cytuję tego fragmentu po to, by sobie „wlewać”, że jestem piękna, zgrabna, itd. Zewnętrzny wizerunek człowieka i jego odbiór jest sprawą bardzo indywidualną. Każdemu podoba się coś innego. Cytuję dlatego, że słowa te padły na łamach prasy i świadczą o tym, że i w takim przypadku można zachować klasę.


Przy okazji jednej z publikacji, redakcja poprosiła, bym na antenie radiowej, „na żywo” odpowiadała na pytania czytelników.

Odmówiłam. Niech mój wizerunek i głos póki co pozostaną moją wyłączną własnością. W ten sposób uniknę wytykania palcem, czy gwizdów za plecami. A tak w ogóle, co kogo obchodzi jak wyglądam, czy jak brzmi mój głos?.. Czy to naprawdę takie istotne?.. Niech mówi za mnie dusza i sama buduje swój wizerunek.


Oprócz pracy, nazwijmy „literackiej”, szukałam innej, poprzez ogłoszenia. Oczekiwałam przede wszystkim propozycji współpracy, oferując przy okazji powierzchnię magazynową.

Praktycznie rzecz biorąc mogłam robić wszystko, a moja wiedza i posiadane umiejętności pozwalały dostosować się niemalże do każdej oferty. - Zwłaszcza z zakresu techniki.

Ogłoszenia pozostawały bez echa. Otrzymywałam jedynie listy z „innymi” propozycjami.


W okolicy nie widziałam dla siebie miejsca. Za dużo bym musiała o sobie powiedzieć.

- Przyznać się, że ukończyłam tyle szkół, z łódzką Filmówką na czele, znaczyło ściągnąć lokalną prasę i wzbudzić podobną sensację, jak powiedzieć prawdę!


- Co wśród pól może robić kobieta, która zna osobiście co drugą osobę z telewizji?.. - Której koleżanki i koledzy ze studiów, pną się w aktorskiej karierze?..


I z takim wykształceniem miałam szukać pracy w sklepie?.. - Prowadzić miejski ośrodek kultury?.. - Wierząc, że moja przeszłość pozostanie nie odkrytą?..

- Nie.


Piotr pracował u ludzi, którzy mieli konie. Zaproponowałam, że mogę je ujeżdżać, lub prowadzić jazdy.

- Pani sobie nie poradzi. Nawet nasz zięć nie ma siły, by utrzymać się w siodle. Poza tym, my potrzebujemy mężczyzny.



BEZ MOJEJ ZGODY

Doszły mnie wieści, że jedna z gazet bez mojej wiedzy i zgody, drukuje moją historię. Wysłałam pismo, żądając natychmiastowego zaprzestania druku.

Otrzymałam list:

- Przepraszamy. Zgodnie z Pani wolą, wstrzymaliśmy publikację.


Wkurzyłam się, bo już wcześniej pewna białostocka gazeta, zamiast uzgodnić ze mną warunki, chapnęła materiały i natychmiast wypłaciła tzw. „wierszówkę” - czyli wynagrodzenie, jakie otrzymuje dziennikarz za objętość wydrukowanej pracy. Redaktor na mój telefon zareagował:

- A czego się Pani spodziewała?.. Że zapłacę więcej, niż sam dostaję za swoje publikacje naukowe?..

Nie chciałam z nim rozmawiać. To nie był partner do rozmów, ani przeciwnik do walki, więc nie zrobiłam użytku z takiego postawienia sprawy. Obiecałam sobie jednak, że po raz ostatni ktoś mnie traktuje w taki sposób.


Postanowiłam sprawdzić informację o wstrzymaniu publikacji. BINGO! - Redakcja mimo zapewnień, wydrukowała jeszcze kilka odcinków, skracając je do minimum, by czytelnicy nie zauważyli, że historia raptownie się urywa.


Nie darowałam. - Napisałam pismo z żądaniem odszkodowania, do którego dołączyłam kopię sądowego pozwu.

Złamanie praw autorskich, oprócz formy odszkodowania, pociąga za sobą odpowiedzialność karną, zagrożoną karą pozbawienia wolności do lat dwóch! - O tym, czy zostały naruszone prawa, decyduje autor i to on nadaje bieg sprawie, kierując ją do prokuratury. (W tym przypadku ja.) Dałam Redaktorowi dwa tygodnie czasu do namysłu.

Przyjechał osobiście.

- Byłem przekonany, że Pani nie istnieje, a cała historia została przez kogoś wymyślona.

- To teraz będzie pan wiedział.

- To koledzy z innej redakcji powiedzieli żebym się nie przejmował.

- To niech im pan podziękuje.


Przyznam, że cała sprawa spadła mi trochę jak z nieba. Samochód już się rozsypał. Poza tym moje leki kosztowały nie mało, pochłaniając znaczącą część zarabianych przez Piotra pieniędzy.

Niecierpliwie czekałam na przelew. Nie operuję kwotami, bo nie są one tak istotne, jak ich wartość nabywcza i konkretne potrzeby. Nigdy nie szastałam pieniędzmi, ale też nie przywiązywałam do nich większej wartości. Były niezbędne i tyle. Ale gdyby tylko dało się bez nich żyć?.. W ogóle bym się nie przejmowała.


c.d.n.

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.10.14

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.2577 s
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj