opowiadania

"Inna" - odcinek 3


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."

MICHAŁ
Skończyłam podstawówkę. Miałam za słabe stopnie na ogólniak, więc musiałam poszukać innej szkoły. Do tej pory nie zastanawiałam się co bym chciała w przyszłości robić. Właściwie było mi to zupełnie obojętne. Mogłam robić cokolwiek. Byle nie grzebać się w smarach.
Psycholog z poradni wychowawczo-zawodowej poradził mi zawodówkę o kierunku elektronicznym. Technikum odpadało, bo mogłam nie skończyć, a tak przynajmniej miałam zapewniony ciekawy zawód...
- Lutowanie kabelków?.. - Czemu nie?
Po wakacjach poszłam do nowej szkoły. To był szok. Sami chłopcy. Do tego wszyscy przynajmniej o głowę wyżsi ode mnie. Podczas przerw musiałam uważać, aby nie dostać się pod nogi jakiegoś rozpędzonego dryblasa. W całej szkole nie było miejsca, w którym mogłabym poczuć się bezpiecznie, poza toaletą. Przebywanie w kiblu też mi się nie podobało. Tam panował wieczny smród i aż kłębiło się od dymu z papierosów, ale przynajmniej nikt nie biegał.
Byłam najniższa i najdrobniejsza z klasy, więc każdemu się wydawało, że może bezkarnie mnie popychać.
Któregoś dnia nie wytrzymałam i walnęłam w pysk chłopaka, który akurat na mnie wleciał. On mi oddał i zaczęliśmy się szarpać.
I tak zostaliśmy przyjaciółmi.

Miał na imię Michał. Od tej pory siedzieliśmy w jednej ławce, a po lekcjach wspólnie spędzaliśmy czas. Nawet na wagary chodziliśmy razem. Michał miał dziewczynę. Siadała mu na kolanach i nie krępując się moją obecnością, wymuszała głębokie pocałunki. To mnie drażniło.
Byłam o niego zazdrosna!
Pierwszy raz w życiu odczułam brak bliskiej osoby. Ale dlaczego pragnęłam właśnie Michała?.. Chłopaka?.. Dlaczego właśnie jego?!..
Czyżby tata miał rację?..
Przecież takie pragnienie mogło oznaczać jedno!
Nie!!!
Samo słowo „pedał” napawało mnie obrzydzeniem. Za nic bym nie chciała być nazywana w ten sposób. Nigdy nie wyobrażałam sobie sytuacji, by być z kimś w bliższym kontakcie.
Marzyłam aby być królewną, ale bez księcia! Chciałam być zdrową dziewczyną, ale bez chłopaka!

Nagle świat zawirował mi przed oczami. Zaczęłam się bać własnych myśli! Miałam ochotę Michała dotknąć!.. Wtulić się i rozpłakać!.. Uszczknąć choć odrobinę jego ciepła. Pragnęłam by spojrzał na mnie tak jak patrzył na nią.

W moich marzeniach nigdy nie było miejsca dla świata dorosłych. Ten świat był brutalny, zimny, pełen przemocy i fałszywy. Zupełnie jak tata, który przy ludziach mógł sprawiać wrażenie troskliwego, dobrego ojca. Nawet kiedy coś zbroiłam, tylko się uśmiechnął, ale nigdy mnie nie uderzył. Dopiero w domu zamieniał się w bestię.
Nie lepiej było z dalszą rodziną. Kiedyś, podczas jakichś imienin, słyszałam dobiegający z łazienki płacz ciotki. Dlaczego wstydziła się przy nas płakać?..
Innym razem rodzice wrócili z imienin z moją siostrą cioteczną. Pobił ją mąż, a okulary które nosiła połamał i wyrzucił przez okno. Szukała schronienia, by przeczekać jego gniew i bezpiecznie wrócić do domu.

Czas dziwnie szybko zacierał ślady rodzinnych awantur. Nowe okulary, na twarzy uśmiech i nikt już niczego nie pamiętał. Życie dalej płynęło spokojnie, w rodzinnej atmosferze.

W połowie pierwszej klasy miałam wypadek. Skomplikowane złamanie lewej ręki. Gips od czubków palców, aż po pachę. Kiedy weszłam do szkoły pojawił się śmiech i głupie komentarze. Nawet nauczyciele się śmiali.
Nic nie mówiąc rodzicom, zaczęłam wagarować. W rezultacie zostałam na drugi rok. Tata był wściekły.
- Powtarzać pierwszą klasę zawodówki?!.. Skandal!!

Michał też nie zdał. Wagarował razem ze mną. O to jednak nikt nie miał do niego pretensji. Jego mama nie żyła, a ojciec wychodził z założenia, że sam najlepiej powinien wiedzieć, co robi.
Wyjechaliśmy pod namiot, na Mazury. Michała dziewczyna była niedaleko na koloniach, więc postanowiliśmy ją odwiedzić. Pekaes i pociąg tak nam podpasowały, że droga zajęła „zaledwie” trzy godziny. Ledwo dotarliśmy na miejsce, Michał ujrzał swą ukochaną. Szła w objęciach jakiegoś chłopaka, tak w niego wpatrzona, że nas nawet nie zauważyła.
Odwrócił się na pięcie i poszedł. To była jego największa klęska. Dziewczyna, którą tak kochał, po kilku dniach rozłąki...?
Zrobiło mi się go żal, choć w głębi duszy się cieszyłam. Wiedziałam, że teraz nie będzie mnie już katował planowaniem następnej wizyty.
Szliśmy drogą przez las, kiedy Michał nagle wydał z siebie radosny okrzyk: „jestem wolny”!!! Wrócił mu humor i znowu był taki jak zawsze.
Doszliśmy do głównej szosy. Mimo, że ruch był spory, żaden samochód nie chciał się zatrzymać. Machaliśmy pieniędzmi, klękaliśmy, kładliśmy się na poboczu i nic. Po pięciu godzinach, kiedy już straciliśmy wszelką nadzieję, zabrała nas jakaś nyska. Michał powiedział, że przynoszę mu pecha i więcej „na okazję” ze mną nie pójdzie. Do namiotu dotarliśmy późnym wieczorem. Rozpaliliśmy ognisko i do późnej nocy siedzieliśmy komentując wydarzenia dnia. Od tej pory temat dziewczyny więcej się nie pojawił.

Kończyły się zapasy żywności. Rad nie rad, trzeba było jechać do miasta. Zaproponowałam, że przebiorę się za dziewczynę i bez trudu złapię okazję. Michał sprzed czyjegoś namiotu zwędził biustonosz, a ja pożyczyłam dżinsową spódnicę i sandałki. Miałam dziewczęcą urodę, więc nawet nie potrzebowałam się malować. Przeczesałam włosy i już mogłam iść. Kiedy szliśmy przez las, Michał żartował sobie z mojego wyglądu. Był pewien, że nikt się nie nabierze.
Kiedy doszliśmy do szosy, akurat przejeżdżał pierwszy samochód. Ledwie podniosłam rękę, już kierowca dał znak, że żałuje, ale nie ma miejsca. Następny samochód się zatrzymał.
Był ogromny. Wiózł na przyczepie drzewo z lasu. Mimo że w szoferce był komplet i dla nas znalazło się miejsce. U Michała na kolanach.
Nie wiem, czy był zadowolony?... Ja tak.

Po zrobieniu zakupów znów bez trudu złapaliśmy okazję. Michał już patrzył na mnie inaczej. Jakby mnie chciał prześwietlić. Dojrzeć coś, czego na zewnątrz nie było widać.
- Wiesz Michał?.. Zawsze marzyłam, by choć przez jeden dzień być prawdziwą dziewczyną.
Roześmiał się, bo sam pewnie nigdy o tym nie marzył. Niby z jakiej racji? Czuł się chłopakiem i było mu z tym dobrze.

Michał był wyższy ode mnie i znacznie silniejszy. Przy tym dobry, ciepły i romantyczny. Był pierwszym człowiekiem, któremu powierzyłam swą tajemnicę. Któremu zaufałam. Kochałam go. Gdybym urodziła się zdrową dziewczyną, chciałabym mieć właśnie takiego chłopca jak on. Chyba moglibyśmy do siebie pasować?..

Doszliśmy do namiotu. Ani myślałam się przebierać. Było mi zbyt dobrze. Poza tym nie musiałam się krępować czyjąkolwiek obecnością. Polanka była malutka i nikt oprócz nas tam nie mieszkał. Wieczór spędziliśmy przy ognisku. Michał opowiadał o gwiazdach. Uwielbiałam go słuchać. Miał taki cudowny, spokojny głos.

Było już późno, kiedy położyliśmy się spać. Michał wciąż gadał o gwiazdach, a ja nie mogłam zasnąć. Położyłam głowę na jego piersi, a on nawet tego nie zauważył. Słyszałam bicie jego serca. Spokojne, miarowe.
Delikatnie dotknął moich włosów. O takiej chwili właśnie marzyłam. Pragnęłam posunąć się dalej. – Najdalej. Do granic. Ale czułam, że to niemożliwe. Nierealne.

I co?!.. To wszystko?.. Właśnie teraz, kiedy mój ukochany jest obok mnie? Rozpłakałam się.
Czemu ten cholerny los tak mnie uszkodził?.. Czemu sobie wybrał akurat mnie?..
Nie wiedziałam jak się zachować. Dać mu spokój, czy wykorzystać zaistniałą sytuację i posunąć się jeszcze dalej?.. Najdalej, jak można?...

Minęła noc. Bałam się, że Michał spakuje swoje rzeczy i wyjedzie. I że już więcej go na oczy nie zobaczę. Ale nie. Od samego rana tryskał humorem. Co i raz jednak spoglądał w moją stronę. Chyba sam nie dowierzał w to co się stało.
Czy rozumiał co mi dolega?.. Zmienił się. Stał się troskliwszy. Już nie traktował mnie jak zwykłego kumpla. Nie protestował, kiedy znowu chciałam się przytulić. Choć mniej rozmawialiśmy, nasz wzrok znacznie częściej się spotykał i oboje wybuchaliśmy gromkim śmiechem.

Byłam szczęśliwa i żałowałam tylko, że ta bajka już niedługo się skończy. Że lada moment trzeba będzie wracać do domu. Do ludzi. Do szarej rzeczywistości.

Jechaliśmy pociągiem. Michał spał, a ja ciągle jeszcze błądziłam myślami po polance. Ciągle żyłam najpiękniejszą ze wszystkich nocy.
W domu czekali rodzice.
-No i co?.. Jak było?..
-Fajnie.


KIM BYŁ MÓJ OJCIEC ?
Tata czuł się coraz gorzej. Chore serce co i raz dawało o sobie znać. Nagle zlewał się potem, kładł na łóżku, a ja masowałam jego zimne stopy. W wyniku postępującej miażdżycy, stracił w prawym oku wzrok. Nie pomogła nawet operacja przeprowadzona w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Załamał się. Całymi dniami siedział przy oknie, próbując dostrzec przez chore oko choć odrobinę światła.

Pewnego wieczora stanął w drzwiach mojego pokoju i spojrzał na mnie. To nie był tata jakiego znałam. Ten miał zupełnie inny wzrok. Ciepły, serdeczny, przyjazny.
- Powiedz mi. Jak wyobrażasz sobie przyszłość?..
Zaskoczona sytuacją, uśmiechnęłam się tylko.
- Ależ tato...
Nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam zaskoczona zarówno sposobem w jaki się pojawił, jak i samym pytaniem. Popatrzył na mnie jeszcze przez chwilę, jakby wciąż oczekiwał odpowiedzi, uśmiechnął się, odwrócił i wyszedł.
Wtedy widziałam go po raz ostatni. Za chwilę pojechał do szpitala, gdzie nazajutrz zmarł.

Do naszego domu zawitała śmierć. Do tej pory jej nie znałam. Nie dotknęłam. Wiedziałam tylko tyle, że jest. Że kręci się gdzieś po świecie i kogoś zabiera.
Teraz wkroczyła w samo serce naszej rodziny i zabrała Tatę. Człowieka, który w moim pojęciu był nieśmiertelny, nietykalny i wieczny. Którego odejścia nigdy sobie nie wyobrażałam. W rodzinie powstała luka, której z mamą nie potrafiłyśmy zapełnić. Każda taty rzecz, przypadkowo wpadająca w rękę, przywoływała wspomnienia i wyciskała łzy. Okazało się, że same nie potrafimy prawie niczego zrobić. Że nawet samochód stracił duszę. Stoi na parkingu przed domem, jak bezużyteczny sprzęt.

Nagle zaczęło mi taty brakować. Miałam do siebie żal, że nie udzieliłam mu odpowiedzi na postawione pytanie. Że pozwoliłam tak odejść. W niewiedzy. W nicość. Czułam, że zmarnowałam ostatnią szansę, by nawiązać z nim kontakt.
Przecież przez tyle lat nigdy ze sobą nie porozmawialiśmy! Wymawialiśmy tylko nic nie znaczące słowa. - „Cześć.” „Co słychać?”
Nie oczekując odpowiedzi.
Teraz, kiedy było już za późno, nagle zrozumiałam, że mieszkałam pod jednym dachem z człowiekiem, którego w ogóle nie znałam! To przerażające! Nie znałam własnego ojca!!!

Więcej by o nim mogli powiedzieć koledzy z pracy, niż ja! Tata z nimi potrafił się śmiać, rozmawiać, żartować. I tylko do mnie zawsze zachowywał pełen dystans. Nie dopuszczał do własnych myśli, nie zwierzał się, nie opowiadał, nie tłumaczył. Jedynie krytykował, wymyślał kary i bił.

Tatę znałam wyłącznie z własnych obserwacji. Widziałam jak reagował na sukces, na porażkę. Kiedy uderzył się w rękę młotkiem, czy uszkodził samochód. Kiedy załatwiał jakąś sprawę w urzędzie, lub sprzedawał w sklepie. Wtedy potrafił się zmieniać. Jedynie dla mnie, stale był taki sam. - Zimny, surowy, niezmienny.

-„Jak wyobrażam sobie przyszłość?..”
Nie wiem Tato. Najbardziej bym chciała cofnąć czas i urodzić się jako zdrowa dziewczyna. Mieć Ciebie, Mamę i Babcię. Mieć tych samych kolegów, mieszkać w tych samych miejscach i uczyć się życia od nowa. - „Jak wyobrażam sobie przyszłość?..” Nie wyobrażam sobie. Czy może być dla mnie przyszłość, jakiej bym chciała?.. Nie! Dla mnie nie ma przyszłości. Może być tylko życie z dnia na dzień. Od przebieranki, do przebieranki. Od wystawy, do wystawy. Od marzeń do marzeń. Czy właśnie to, miałam Ci Tato powiedzieć?.. - „Przypomnisz sobie tego kopniaka i będziesz żałować...” Te słowa brzmiały jak skazanie na wieczne potępienie. Miałeś rację Tato. Żałuję. Żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Znacznie wcześniej. Chociaż może byś mnie i zabił? A może już wtedy zacząłbyś się zmieniać?.. A czy Ty, Tato nie żałujesz, że doprowadziłeś do takiej chwili, kiedy Ciebie, Twoje własne dziecko musiało kopnąć, abyś coś zrozumiał?!! A czy to, że katowałeś mnie od dziecka, do Ciebie nie docierało?!.. Że zabrałeś mi radość?.. Że zabrałeś mi dzieciństwo?.. I tylko ja mam teraz pamiętać ten jeden raz?.. Do śmierci?!.. Otóż zapamiętam. Ale jako moment, w którym przestałeś nade mną panować.
A czy Ty pamiętasz, jak wyżywałeś się na moich zabawkach?.. Jak rozrzucałeś je po pokoju i po nich skakałeś?.. Jak wyrzucałeś je do śmietnika?..
Pamiętasz moje wrotki?.. Moją kolejkę elektryczną?.. Moją łódkę?.. Czy pamiętasz te wszystkie zabawki, które kochałam, a które Ty zniszczyłeś?.. - „W imię wychowania?..”
Czy pamiętasz Tato, byś mnie kiedykolwiek pochwalił?.. Bym cokolwiek w Twoim uznaniu zrobiła dobrze?..
Pamiętasz, jak od dziecka naśmiewałeś się z moich tików?.. Jak przedrzeźniałeś mnie?.. Przezywałeś „Klaudiuszem”, „kręciłebkiem”?.. Jak rzucałam się na Ciebie, bezradnie wymachując w powietrzu rękami?.. Jak płakałam?.. Z czego Ty się wtedy śmiałeś, Tato?.. Miałam cztery lata, kiedy poprosiłam, byś mnie przewiózł motorem. Posadziłeś okrakiem na zbiorniku paliwa i kiedy byłam dumna, bo inne dzieci zobaczyły jakiego mam wspaniałego ojca, ruszyłeś. Jechałeś coraz szybciej. Prosiłam byś zwolnił, a Ty przekorne dodawałeś gazu. Zaczęłam krzyczeć, wyrywać się. Zatrzymałeś się, kiedy chciałam zeskoczyć!
Pamiętasz jaka byłam roztrzęsiona?.. Zapłakana?.. A wtedy z czego się śmiałeś Tato?!.
I po tym wszystkim chcesz mnie skazać na dożywocie?.. Bym po kres swoich dni pamiętała ten jeden raz?.. By mi ciążył jak piętno? A Ty chcesz odejść czysty?.. Zobacz co zostawiłeś po sobie!.. - Gorycz i ból... Czy o to Ci Tato chodziło?..
Daj mi choć jeden argument, bym mogła Cię bronić!.. Bym mogła powiedzieć: „Byłeś dobry.”
Tata przekazał mi jedną, jedyną zabawkę ze swojego dzieciństwa. Mruczącego, pluszowego misia.
Dlaczego mój tata taki był?... Może miał podobne dzieciństwo?.. - „Masz synku misia i idź się pobaw”?..
Podobne życie?.. Bo chyba nie urodził się zimny?.. Okrutny?.. Zły?..
Widziałam radość w jego oczach, kiedy wyciągał z wody ogromną rybę. Dumę, kiedy oglądał mnie w telewizji i mógł się pochwalić rodzinie. Satysfakcję, kiedy zbudował żaglówkę. Wdzięczność, kiedy wzięłam na siebie winę, ratując go z opresji. Strach, kiedy dopadł go zawał.
Więc czuł!!!.. Więc nie był bez serca! Nie był pusty! - Odarty z bólu, lęku, radości. Tylko dlaczego nigdy nie nazwał uczucia?
Nie potrafił powiedzieć, że kocha?.. A może się wstydził?..
Wykonał mnóstwo pięknych zdjęć: jezior, lasów, łąk, ptaków, koni. Czy potrafił „kochać” wyłącznie poprzez fotografie?.. Przez te ułamki sekund, kiedy przeskakiwała migawka aparatu?..
Wakacje mógł spędzać ze mną, a wybierał las i szuwary. Nawet na ryby wolał popłynąć sam. Może go coś dręczyło?.. A ja stałam się ofiarą, która była pod ręką? Na której bezkarnie wyładowywał swą złość?..
A może kiedyś także był bity?.. I teraz próbował „odbić” własne dzieciństwo?..

Cóż mam Ci Tato powiedzieć?.. Pozostawiłeś po sobie żal i poczucie wyrządzonych krzywd. Bardzo bym chciała móc o nich zapomnieć i Ci wybaczyć. Jedno na pewno wiem.
- Kocham Cię Tato!


ZNOWU TEATR
Michał wyleciał ze szkoły. Robiłam wszystko, aby pójść jego śladem. Wylecieć?.. Owszem. Udało mi się. Tyle że Michała szkoła nie chciała mnie u siebie. Pozostało przeprosić i wrócić. Mimo że uczyliśmy się już osobno, to i tak wolny czas nadal spędzaliśmy razem.

Teatr Wielki ogłosił nabór statystów. Zostaliśmy przyjęci. Po latach znowu stałam na tej samej scenie, chodziłam tymi samymi korytarzami, chociaż na sam Teatr patrzyłam od innej strony. Od strony pracujących w nim, dorosłych ludzi.
Kierownik statystów był homoseksualistą. Jego „inność” widoczna była w każdym, najmniejszym geście. Głos miał miękki, rozlazły. Obserwowałam go z uwagą, bo przecież z kimś takim kiedyś porównał mnie tata. Czy coś nas faktycznie łączyło?.. Jedno z pewnością. Interesowali go chłopcy, tak jak mnie Michał. Ale czy on kierował się uczuciem?.. Tak jak ja?.. I czy poza faktem, że poruszał się jak kobieta, czuł się kobietą?..
Przebierałam się w kącie garderoby, starannie skrywając za rzędami kostiumów. Unikałam wchodzenia do gabinetu kierownika, a jeśli już, to trzymałam się blisko drzwi, by w razie czego móc uniknąć podszczypywania i czułych uścisków. Dziwiłam się chłopcom, którzy mało, że godzili się na takie gesty, to jeszcze sami je prowokowali. Wchodzili nago, dowcipkowali, a potem zostawali po godzinach, oferując różne usługi. Za to otrzymywali najlepsze role. Zastanawiałam się, dlaczego to robią?.. Czy czerpią z tego jakąś przyjemność? Czy robią to wyłącznie dla pieniędzy?
Szybko opuściłam to miejsce. Zrozumiałam, że Teatr od tej strony nie ma nic wspólnego z tym, który pamiętałam sprzed lat .

Michał zaczął chodzić z nową dziewczyną - Moniką. Byłam zazdrosna, a oni jakby celowo mnie jeszcze drażnili. Przychodzili podzielić się wrażeniami ze swych intymnych spotkań. Wprowadzili sobie kartki „na miłość”, zrobione na wzór żywnościowych. Tyle, że zamiast kuponów na cukier, czy mięso, zawierały rysunki przeróżnych póz. - Co Michał wyrwał, musiał otrzymać i na odwrót.
Wielka miłość nie trwała długo. Monika poznała Michała ze swoją najlepszą przyjaciółką i została sama. - Sama jak ja.


SAMOTNOŚĆ...?
Któregoś wieczora, koledzy z bloku zabrali dziewczyny i zaproponowali mi wspólny wypad na starówkę. Tylko ja byłam sama. Usiedliśmy w jakiejś knajpce, przy drinkach. Było miło dopóki jeden z nich nie zapytał mnie:
- Wiesz, jak wyglądają narządy prawdziwego mężczyzny?”
Zdębiałam, bo nagle wszyscy na mnie spojrzeli. Zrozumiałam, że wiedzą.
Ponieważ milczałam, kolega z uśmiechem zadał drugie pytanie:
- Uważasz się za prawdziwego mężczyznę?..
Przeprosiłam towarzystwo i wyszłam. Usłyszałam za sobą śmiech. Kawiarniany incydent zwiększył mój dystans do kolegów. Mimo że nadal z nimi rozmawiałam, szukałam towarzystwa gdzie indziej.

W miarę upływu lat, moje przebieranki przybierały coraz poważniejszy charakter. Oprócz wypychania biustu, dochodził pełny makijaż. Coraz więcej czasu spędzałam przed lustrem malując po kolei oczy, usta, paznokcie. Zupełnie tak, jakbym się wybierała na spotkanie z Michałem. Tęskniłam za nim. Żyłam wspomnieniem chwil, kiedy byliśmy razem. Czułam, że te chwile już nie wrócą. Że jestem skazana na samotność.

Wakacje spędzałam samotnie, pływając żaglówką po Mazurach. Kierowałam się chęcią odkrycia malowniczych, spokojnych miejsc, uroczych zatoczek, stromych, piaszczystych brzegów. Na nocleg dobijałam gdziekolwiek, byle nie do zatłoczonej kei. Bywały miejsca, gdzie zatrzymywałam się na dłużej, lub wracałam.
Już taka jestem, że wolę kawałek pięknej, nietkniętej przyrody, niż najwspanialszą architekturę. Wolę szum wody, śpiew ptaków, od głośnej muzyki. Wolę bagnisty, pełen komarów brzeg, niż czyste deski pomostu, toalety z bieżącą wodą i świetlicę z telewizorem. Wolę spotkanie z sarną, czy zającem, niż z człowiekiem.
Kocham przyrodę. - Może dlatego, że nie wolno mi kochać ludzi?..


NOWA SZKOŁA
Skończyłam zawodówkę. Michał poszedł do wojska, a ja zostałam już zupełnie sama. Nie zależało mi na niczym. Nie przyjęto mnie do technikum elektronicznego, które mieściło się tym samym budynku co zawodówka. Poszłam wyłącznie po odbiór dokumentów. Przed wejściem do sekretariatu stał stolik z tabliczką: „Zespół Szkół Zawodowych Huty Warszawa”. Położyłam teczkę z dokumentami i wyszłam. O nowej szkole słyszałam tylko tyle, że jest „przechowalnią” mało ambitnej młodzieży, a jej poziom nauczania pozostawia wiele do życzenia.

„Olewałam” szkołę. Zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, pojechałam na przysięgę Michała. Wróciłam tak zmęczona, że następnego dnia mama niemal siłą wypchnęła mnie do szkoły. Pierwszą lekcję miałam z wychowawcą. Kiedy mu przedstawiłam sprawę i poprosiłam, by mnie puścił do domu, odmówił. Zaproponowałam więc, że pójdę do lekarza po zwolnienie. On na to, że takiego zwolnienia nie uzna. W końcu powiedziałam:
- Wie Pan co?.. Mam gdzieś Pana i Pańską szkołę!
I wyszłam. Poszłam do dyrektora, odebrać dokumenty. Dyrektor poprosił, bym wróciła do klasy i po pierwszej lekcji poszła spokojnie do domu. Zrezygnować ze szkoły mogłam przecież w każdej chwili. Grunt, bym kierowała się rozsądkiem.
Konflikt zakończył się rozmową wychowawcy z moją mamą:
- Sama kazałam Erykowi poprosić Pana o zwolnienie. Nauczyciel to przecież człowiek. Na pewno zrozumie.

Następne „spięcie” miałam z polonistką, która dostrzegła list, jaki podczas lekcji próbowałam przekazać koledze. Kazała położyć go sobie na biurku. Zamiast tego podarłam i wyrzuciłam do kosza. Znowu musiałam przyjść z mamą.
- Sama uczyłam Eryka, że cudzej korespondencji się nie czyta.

W głębi duszy czułam, że polonistka nie jest zła. Że tylko taką udaje, aby utrzymać w klasie dyscyplinę. Kilkakrotnie sadzała mnie w „oślej ławce”. Przy osobnym stoliku, pod rozłożystą palmą, sądząc, że mnie tym zawstydzi i się natychmiast zmienię. Z czasem już sama tam siadałam, bo to było moje ulubione miejsce. Najbardziej romantyczne w całej klasie.


ZDRADZIĆ MARZENIA ?
Koledzy coraz częściej opowiadali o swych miłosnych podbojach. Znali dziewczynę, do której wystarczyło się uśmiechnąć i powiedzieć coś miłego, a już była gotowa na wszystko.
Podobała mi się, bo sama chciałabym tak wyglądać, ale nic poza tym. Pomyślałam, że jeżeli zdradzę Michała, przestanę o nim myśleć. Zapomnę i może w końcu „znormalnieję”? Miałam już dosyć powracających marzeń, natrętnych myśli i pogłębiającej się świadomości, że coraz bardziej nie mieszczę się w żadnym kanonie.
Któregoś dnia „stało się”. Miałam to, czego chciałam. Moje wrażenia absolutnie nie pokrywały się z tymi, o których godzinami opowiadali koledzy. Może oni istotnie czerpali z tego przyjemność?.. Ja nie.
Mimo to starałam się mówić podobnie. Mało tego. Postanowiłam wziąć z nią ślub! O dziwo, nikt nie był zaskoczony..? Wszyscy potraktowali to jak coś zwykłego. Coś, co wcześniej, czy później musiało nastąpić.
Dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem, kiedy przygotowani byli wszyscy i wszystko, rozeszłyśmy się.
(Powodów takiego obrotu spraw nie mogę podać. J.B.)

Po tym co się stało, było mi wstyd przed samą sobą. Czułam się tak, jakbym zgwałciła siebie i własne marzenia. Jakbym zdradziła swój własny świat.
Czyż człowiek nie powinien za wszelką cenę bronić tego, co najbardziej jego?.. Tego co mu najbliższe?.. Najdroższe?..
O Michale i tak dalej myślałam, tyle że teraz nawet nie czułam się być jego godna.

Wielokrotnie myślałam o samookaleczeniu. Czasami telewizja donosiła o mężczyznach, którzy w taki, czy inny sposób pozbywali się przyrodzenia. „Czynili to na znak protestu przeciwko czemuś. – Przeciwko aborcji, czy totalnej biedzie..?” Dziennikarze zapowiadający podobne sensacje, mało że nie potrafili zachować powagi, to jeszcze często dorzucali coś zabawnego od siebie.
Nadchodziły chwile, kiedy i ja byłam gotowa wziąć nóż i „zrobić z sobą porządek”. Natychmiast pojawiał się strach, że stanę się podobnym pośmiewiskiem, lub po prostu umrę. A ja chciałam żyć.

Chciałam „prysnąć” na Zachód. Podobno tam zaczynała się prawdziwa wolność?.. Żyło się swobodniej. Inaczej. Wystarczyło dostać się do Czechosłowacji, a stamtąd do Austrii. – Do Wiednia. Szukałam kogoś, kto odważyłby się ze mną przejść przez zieloną granicę. Nie było chętnych, mimo że o emigracji mówiło wielu. Zawsze kończyło się na słowach.
Sama się bałam, więc szukałam innych rozwiązań. Mama sprzedała samochód i wykupiła mi wycieczkę do Paryża. Cztery dni we Francji kosztowały tyle, co nowy maluch! Nie otrzymałam paszportu. Nie puściło mnie WKU.


NIEPOKORNA
Od kilku lat grałam na gitarze. Mój repertuar stanowiły przede wszystkim piosenki „anty”, okresu stanu wojennego, oraz utwory duetu Kaczmarski, Gintrowski. Fascynowała mnie muzyka, więc równolegle z technikum, podjęłam naukę w szkole muzycznej. Zajęcia odbywały się wieczorami. Za pieniądze przeznaczone na wycieczkę, kupiłam organy, syntezator, oraz sprzęt nagłaśniający. Zakładałam słuchawki, by nie katować sąsiadów i godzinami ćwiczyłam przeróżne etiudy i wprawki. Moją muzykę przeniosłam na szkolny grunt. Dostałam własny gabinet w najdalszym skrzydle budynku, gdzie utworzyłam zespół. Kiedy zbliżał się termin ważniejszej akademii, zwalniałam z lekcji kolegów i zaczynałam ćwiczyć.

Poza tym grałam z koleżanką w kościele, na terenie zakładu dla ociemniałych w Laskach. Bardzo miło wspominam ten okres. Msze z naszym udziałem, przyciągały tłumy. Koleżanka śpiewała i grała na gitarze, a ja w zależności od utworu, na drugiej gitarze, flecie poprzecznym, lub organach. Z czasem zaczęły się pojawiać dzieci z tamtejszego zakładu, które do tej pory unikały głównych nabożeństw. Wśród niewidomych były takie, które widziały, ale trzeba było je skrywać przed światem. Dzieci niechciane - „Inne”, określane mianem „potworków”. Tutaj w Laskach, oddane pod opiekę sióstr odnajdowały spokój. Nikt im nie dokuczał, nie wytykał palcem, nie brzydził ich dotknięcia, nie krzywdził.
Czułam, że jestem do nich podobna. Że i moja cielesna, brzydka powłoka skrywa coś, czego ludzie nie chcą zobaczyć. Podchodziłam, by choć przez chwilę z nimi porozmawiać. Zapytać czy lubią nas słuchać, albo czy znają piosenki, które mogłyby z nami zaśpiewać. Czułam, że są mi wdzięczne, że się do nich odzywam. A wdzięczna byłam im ja. Za to, że chciały ze mną rozmawiać, że nie traktowały jak kogoś, kto chce na siłę złamać barierę uprzedzeń, lecz kogoś kto specjalnie dla nich gra, śpiewa, by choć w ten sposób wnieść odrobinkę uśmiechu z niedostępnego świata „ludzi pozornie normalnych”.
I tylko było mi żal, że muszą tu tkwić jak w więzieniu. Oddzielone od reszty dla ich własnego bezpieczeństwa.

Nasze występy zaowocowały różnymi zaproszeniami. Grałyśmy na Jasnej Górze, oraz kilku warszawskich parafiach. Największym wyróżnieniem, był występ podczas Mszy za Ojczyznę w kościele księdza Jerzego Popiełuszki. Wykonałyśmy bardzo odważny „Hymn do wolności Narodu”. Byłam dumna, bo w obecności tysiąca ludzi głośno wyśpiewałam coś, o czym bały się myśleć miliony. Za co bez trudu można było trafić za kratki.

Zawsze otwierałam dziób, kiedy zamykali inni. Pytałam „dlaczego?”, kiedy milczała reszta.
Padały odpowiedzi: „Dla własnego dobra”. „Jeśli wlazłeś między wrony...” „Bo takie jest życie”.
Nie potrafiłam tego zrozumieć. Dlaczego ludzie, choć doskonale wiedzą, że czerwone jest „be”, chórem krzyczą: „cacy”?! A jednocześnie tak pragną, by ktoś za nich powiedział coś, czego sami się boją?!

Nawet w szkole nie kryłam się ze swoimi poglądami „anty” i o dziwo uchodziło mi wszystko „płazem”..? Dwóch chłopaków za określenie aktywisty ZSMP mianem „czerwonego pająka” zostało relegowanych ze szkoły! Ja mówiłam gorsze rzeczy historykowi - sekretarzowi POP i nikt do mnie o to nie miał pretensji. Czułam, że nawet on myśli podobnie, tyle że mu nie wypada tego powiedzieć, lub paraliżuje go strach. Ja się nie bałam. Otwarcie walczyłam z obłudą i zakłamaniem, za co spotykałam się z szacunkiem i uznaniem. Doskonale wiedziałam, jak wygląda ta cała „szkolna historyczna prawda”. W stanie wojennym przewoziłam przez warszawskie rogatki podziemną prasę, a wieczorami przepisywałam na maszynie przeróżne ulotki, więc słyszałam, co naprawdę się działo. Kiedy historyk mówił o jakiejś „przyjaźni”?.. Śmiałam mu się prosto w twarz.
A on już się bał, ilekroć miał poruszyć następny, kontrowersyjny temat.

Polubiłam szkołę nie jako budynek, lecz grono wspaniałych ludzi, którzy polubili i zaakceptowali moją buntowniczą naturę. Którzy widząc, że nie pasuję do zwykłego programu nauki, pozwolili iść zupełnie indywidualnym tokiem. Którzy nie byli nachalni w przekazywaniu wiedzy, w zamian dając coś znacznie bardziej cennego. Tolerancję i uznanie dla odważnych, choćby odmiennych poglądów. Nie wiem, czy byłam jakąś specjalną indywidualnością, ale wiem, że tej tolerancji po części nauczyli się również ode mnie.
Uwielbiałam ich prowokować, wymuszając uśmiech wtedy, gdy nie do końca było im do śmiechu. Dyrektorowi, z którym miałam pamiętny zatarg, pokazałam zdjęcie, jak leżę rozwalona na masce jego samochodu.
- To mój najnowszy nabytek. Trochę kiepski, ale od biedy może być.

Kiedy indziej zajmowałam jego prywatne miejsce parkingowe:
- Przecież było puste, a ja nie wiem do kogo należy.

Innym razem usiadłam w jego dyrektorskim fotelu i bezczelnie, po swojemu zaczęłam ustawiać przedmioty na biurku. To była niemal profanacja, jego gabinetu. Stał i zaciskał zęby, ale zniósł wszystko.

Podczas uroczystej akademii, przy całej szkole zaśpiewałam mu prosto w oczy piosenkę Edwarda Stachury. - „Dwa teatry”.
- „Ty i ja, teatry to są dwa. Ty prawdziwej nie uronisz łzy! Bo Ty grasz.”
Widziałam jak się czerwieni. - Jak stara się uśmiechać. Jak cierpi, że nie może mnie sięgnąć, lub wstać i wyjść. Zmienił się. Stał się zupełnie innym człowiekiem, do którego można było iść z każdym problemem. I właśnie takim chcę go pamiętać.

Nawet historyk się zmienił, choć był podobno „niereformowalny”. Kiedyś podczas przerwy zauważyłam, że pozostawił otwarte drzwi od swojej klasy. Wykorzystałam sytuację i wspólnie z kolegą zamieniłam je z drzwiami od toalety.
Wybuchła afera. Przyznałam się. Powiedziałam:
- Obie pary drzwi leżały na korytarzu, więc je wstawiłam tam, gdzie pasowały najlepiej.

Po rozdaniu dyplomów podszedł do mnie:
- Dziękuję za wszystko.
Nie wiem, co miał na myśli. Może sam coś w końcu zrozumiał?..

Swoje nastawienie „anty”, zawdzięczam Tacie, który zawsze mówił głośno, co myślał o Związku Sowieckim i „wielkiej przyjaźni pomiędzy naszymi narodami”. Tata za udział w jakiejś manifestacji studenckiej, wyleciał z Politechniki i otrzymał „wilczy bilet”, który wykluczył jakiekolwiek dalsze studia, a potem potwornie utrudniał znalezienie pracy. Tata szedł do urny wyborczej tylko po karty z nazwiskami kandydatów. Aby wykorzystać je do odpowiedniego celu. (Podobnie jak drzwi od szkolnej pracowni historycznej. J.B.)

Polonistka też się zmieniła. Ta, która do niedawna była postrachem szkoły, nagle spojrzała na mnie i sama usiadła w oślej ławce?.. Aby poprowadzić ostatnią lekcję. Miała w oczach łzy. Pokochała mnie tak, jak ja Ją pokochałam.
Wręczyła mi książkę - „Vademecum teatromana”, z dedykacją:
- „Siedzę pod palmą i nie umiem pisać, a innych tym karałam”, oraz „Są na świecie lepsi i gorsi aktorzy. Ty bądź po prostu sobą”.
Wychowawczyni dostała od naszej klasy wypchanego krokodyla.
(Osobiście wybrałam prezent. Wbrew sugestiom kolegów, aby kupić coś użytecznego. J.B.)

Bardzo bym chciała się z Panią jeszcze kiedyś spotkać. Czy Pani się może czegoś domyślała?... Nigdy o Pani nie zapomnę, Pani Profesor.
- Dziękuję za wszystko.

Odchodząc ze szkoły, pozostawiłam po sobie pracę dyplomową - walcarkę do rur, oraz nadzieję. Że pójdę dalej. Że wypłynę na szerokie wody. By realizować ich skryte, niespełnione marzenia. Że nie ugrzęznę, jak oni i większość absolwentów w pyłach Huty Warszawa.

Kilka lat później koleżanka studiująca pedagogikę, wizytowała szkołę. Dyrektor pokazał jej moją „walcarkę do rur”.
- A to jest praca dyplomowa....
Podobno uśmiechnął się i dziwnie błysnął mu wzrok.

A czy walcarka dalej stoi na swoim miejscu?.. Na obronie pracy wyglądała super. Do dziś odsłoniła już pewnie, poupychane plasteliną szpary i moje techniczne oszustwo wyszło na jaw. Podobnie jak ze mną.
Powoli pozbywam się swojej plasteliny i po kawałku odsłaniam szczeliny duszy.
Całą swoją prawdę.

c.d.n.

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.06.21

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.1867 s
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj