"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."
SZCZYT MARZEŃ
Złożyłam dokumenty na wydziale aktorskim Łódzkiej Szkoły Filmowej. Dlaczego akurat tam?.. Przyczyn było kilka. Choćby ta, że od dziecka ocierałam się o kulisy profesjonalnej sztuki. Teatr Wielki i jego chór, prawdziwa telewizja, film, szkoła muzyczna. (Nie o wszystkim napisałam. Przez kilka lat statystowałam przy produkcji filmów.)
Filmówka była symbolem Mount Everestu, na który pragnęłam wejść. Szczytem, o którym miałam czelność pomarzyć.
- Skąd ta bezczelność, by się tam pchać?..
Chyba z natury. Z przekory. Z chęci sięgnięcia po to, co nieosiągalne. Zdobycia tego, co jest nie do zdobycia.
Stałam przed bramą Uczelni.
O zdaniu egzaminów wstępnych mógł zadecydować chyba tylko cud. Konkurencja była tak ogromna, że o zbiegu okoliczności, czy szczęśliwym trafie nie mogło być mowy. Kilkanaście osób na jedno miejsce! I ja wśród tłumu. Cicha i raczej spokojna, chwilowo przyćmiona temperamentem innych. Mobilizował mnie fakt, że naprawdę chcę. Chcę tego dla siebie i dla mojej mamy, dla której byłby to najpiękniejszy prezent, jaki mogłabym dać. Poza tym dla nauczycieli, którzy tak bardzo mi pomogli, a teraz trzymali za mnie kciuki.
Zaczęło się piekło egzaminów. Ruszył potężny młyn, który zaczął nas mielić. Co kilka dni na chwilę przystawał, zbędnych wypluwał i mielił dalej. W końcu zatrzymał się, by oznajmić, że zakończył pracę.
Zostałam z garstką niedobitków. Tak wykończona, że nawet nie miałam sił, by się cieszyć. To był już koniec. Już nie musiałam śpiewać, tańczyć, wyginać się, klaskać, skakać, tarzać po scenie, rozmawiać z komisją.
Nie zauważyłam, że minęły już dwa tygodnie! Dwa tygodnie poprzecinane krótkimi pauzami, na sen.
Dostałam się do najbardziej elitarnej Uczelni w Polsce! Przeznaczonej dla garstki wybrańców. To był istotnie cud!
Mama płakała ze szczęścia. Ja razem z nią.
KALECTWO...?
Od dwóch lat bardzo intensywnie jeździłam konno. Pełniłam funkcję instruktora, w osiedlowym klubie jeździeckim. W wakacje poprzedzające studia, wyjechałam do Babięt na obóz jeździecki, gdzie prowadziłam wakacyjne jazdy. Dostałam pod opiekę grupę niepełnosprawnej młodzieży ze Śląska. Ludzi niezwykłych, ambitnych, zawziętych i silnych, których trzeba było wręcz powstrzymywać, aby nie robili za dużo. Widok był niesamowity. Ci, którzy ledwo chodzili, w siodle nagle gubili swoje kalectwo. Nawet jeśli ktoś spadł z konia, to natychmiast wsiadał! Nie rezygnował. Walczył! – Aby do przodu!
Pod koniec dwutygodniowego turnusu, już ich uczyłam elementów woltyżerki!
Nikt nie narzekał na bolące mięśnie, czy otarte do krwi łydki. Nikt nie powiedział, że czegoś nie zrobi, nie da rady, lub czegoś się boi.
Pożegnalne ognisko było poprzedzone „pasowaniem na jeźdźca”. Imprezą, która dla kadry była już tylko tradycyjnym punktem turnusu, a która nagle i dla nas nabrała życia.
(Od pierwszych zajęć czułam, że mam do czynienia z wyjątkowymi ludźmi, którzy przyjechali na konie w konkretnym celu - walczyć z sobą i swoim kalectwem. Miałam mały notatnik, w którym sprawdzałam obecność. Robiłam to dla zasady, bo i tak widziałam, że nie brakuje nikogo. Sprawdzanie listy, dawało młodzieży szansę do łamania moich „żelaznych zasad”.
Wymagałam, by po odczytaniu nazwiska, każdy krzyknął krótko i głośno: „jest!” Kiedy padło jakiekolwiek inne słowo, stawiałam przy odpowiednim nazwisku kropkę. Nikt nie wiedział co ona oznacza. Ja również. Póki co, kropki traktowałam jako rodzaj straszaka - prowokacji i sprawdzianu, jak bardzo ktoś jest zawzięty i odważny. Mimo to, niemal każdemu zależało, by mieć ich w notesie jak najwięcej, więc wykorzystywał każdą sposobność, by otrzymać następną. Nawet opiekun grupy, który przyjechał z młodzieżą, zawzięcie walczył o swoje kropki. Aby nie dewaluować ich znaczenia, nie wpisywałam ich ot, tak sobie, za byle co. Otrzymanie kropki nie było znowu takie proste, a i tak rekordzista uzbierał ich ponad dwadzieścia! J.B.)
Imprezę „pasowania na jeźdźca”, kończyło tradycyjnie uderzenie paskiem od strzemienia w pośladek. (Przez spodnie. J.B.) Delikwent przewieszał się przez ustawione na podpórkach siodło, a instruktor symbolicznie, jednym uderzeniem kończył ceremonię.
Kiedy przyszła kolej na moją grupę, postanowiłam wyciągnąć notes. Wtedy każdy zrozumiał, że na jednym razie się nie skończy. Nie chciałam ich bić. Chciałam nastraszyć i pobawić się z nimi do końca. Wywołałam pierwszego delikwenta i zaczęłam odgrywać scenę przygotowań do publicznej egzekucji. Pastwiłam się nad nimi, jak tylko mogłam. Kiedy powoli podwijałam rękawy, obserwując z sadystycznym uśmieszkiem reakcję, oni się śmiali. Kiedy zaczęłam wycierać pasek, śmiali się jeszcze głośniej. Kiedy wzięłam potężny zamach, w końcu zapanowała cisza.
Przewieszony przez siodło chłopak patrzył na mnie z zaciśniętymi zębami i czekał.
W końcu lekko go uderzyłam.
Wtedy to dopiero był śmiech. Najgłośniej śmiał się ten, który właśnie niby przed chwilą dostał.
- No co?.. Nie masz siły?.. Mocniej!
Drugi raz dostał faktycznie mocniej.
- Tylko na tyle cię stać?!..
Trzeci raz dostał już z całych sił. Dostał pasem tyle razy, ile miał kropek. Tłukłam wszystkich po kolei. Nikt nie poprosił, bym biła lżej! Nawet opiekun otrzymał swoją porcję.
Reszta kadry patrzyła na mnie z przerażeniem. Ceremonia „pasowania” wyglądała jak publiczna rzeź!.. Gdyby to zobaczył ktokolwiek z zewnątrz?.. Nie chcę myśleć.
W środku nocy obudziło mnie pukanie do drzwi. Kiedy tylko otworzyłam, dopadło mnie kilku chłopaków i wywlekło na dwór, gdzie już na mnie czekała cała moja grupa.
- O?.. Jak miło?.. Co słychać?..
Zapytałam grzecznie, czując, że szykuje się dla mnie jakaś „niespodzianka”.
Złapano mnie za ręce i nogi, po czym „kulturalnie” – szorując moimi plecami po jałowcach, zaniesiono przez las, nad rzekę.
Tam jeden zapytał drugiego:
- Jak myślisz?.. Jaką temperaturę może mieć woda?..
- Nie wiem. Ale nie chciałbym do niej wpaść, zaraz po wyjściu spod ciepłej kołderki.
- Ja też nie. Czy myślisz, że jest wystarczająco głęboka?..
- Chyba tak.
- Dobra. Kończymy z nim i spadamy.
- Żeby nas tylko nie ochlapał.
Chociaż wzięli potężny zamach, nie wierzyłam, że się odważą.
Uwierzyłam. Odważyli się! Nawet się nie zawahali. Nie wiem, która była godzina, ale pamiętam, że już odechciało mi się spać.
Nazajutrz wszyscy pokazywali mi ślady po pasku. Licytowali się, czyje bardziej widać! Koniec turnusu nie oznaczał rozstania. Był początkiem wspaniałej przyjaźni. Autokar, który miał ich zawieźć na Śląsk, zboczył z zaplanowanej trasy, i podwiózł mnie pod sam dom.
Natychmiast zaczęły napływać listy, na które nie nadążałam odpisywać. Tęsknili za mną. Prosili, bym odwiedziła ich w Katowicach. W końcu wsiadłam w pociąg i pojechałam na Śląsk. Na dworcu zjawili się wszyscy, wraz z opiekunem!
Z okazji mojego przyjazdu, cała klasa została zwolniona z lekcji! To było coś niesamowitego! Tydzień wspaniałych imprez, wycieczek, zwiedzania muzeów, wizyt w szkole. Pokochałam ich tak bardzo, że zapomniałam jak nienawidzę Ślązaków.
(Jachty z rejestracją „D”, na jeziorach bardzo często wymuszały pierwszeństwo, doprowadzając do konfliktowych sytuacji. J.B.)
Zmieniłam zdanie o tamtejszych ludziach. Ich gościnność i oddanie, nie miały sobie równych. Codziennie podejmowano mnie w innym domu, częstowano obiadem, kładziono spać, by następnego dnia, znowu zabrać gdzie indziej i coś nowego pokazać. Jeszcze przez kilka lat otrzymywałam listy.
- Któryś chłopak się ożenił, któraś dziewczyna urodziła dziecko, czy przeszła ortopedyczną operację.
Dlaczego tak bardzo ich zapamiętałam? Bo pomimo kalectwa byli zdrowsi i silniejsi od innych. A swoją siłę zawdzięczali być może właśnie kalectwu!
(Bardzo bym chciała jeszcze raz przeżyć podobną przygodę. Hej! Moja grupo!! Znajdzie się jeszcze jeden tydzień na Śląsku dla Julity Borowskiej?..)
Jeszcze w te same wakacje, pojechałam na Mazury. Pływałam ogromnym jachtem ze śląską rejestracją.
To nie ja wymuszałam pierwszeństwo, lecz każda inna żaglówka, widząc na moich żaglach literę „D”. Czułam się jak prawdziwa Ślązaczka, walcząca w imieniu Katowic. W końcu ja również czułam się jedną z nich.
KIM JESTEM ?
Tuż przed rozpoczęciem studiów, przeczytałam w tygodniku „Razem” artykuł o kimś takim, jak ja. To było niewiarygodne! Nie byłam na tym świecie sama!!!
Z wyglądu chłopak, a w środku dziewczyna..?
Specjalista, określił zjawisko mianem: „transseksualizm”, oraz napisał że podobne przypadki od niedawna leczone są również w Polsce. Leczenie nazywa się „zmianą płci”!
Artykuł mnie poraził. Spadł nagle, jak grzmot z jasnego nieba. Czytałam go wielokrotnie, z coraz większym przerażeniem.
Napotykałam co prawda w telewizji, czy prasie jakieś wzmianki o przeprowadzonej na Zachodzie „zmianie płci”, jednak nigdy nie miały one takiej formy. Były opatrzone zdjęciami poprzebieranych mężczyzn, oraz komentarzem - „komuś zachciało się przerobić”. Nie utożsamiałam się z nimi, więc sama myśl, że miałabym wyglądać podobnie?..
Pierwszy raz zetknęłam się z terminem „transseksualizm”. Więc to on miał odpowiadać za moje zaburzenia?.. Za wszystkie moje problemy?..
A jedynym ratunkiem miałoby być poddanie się podobnym zabiegom?.. By w rezultacie przypominać nie wiadomo kogo?!
Artykuł tylko pobieżnie określał samo zjawisko, nie wnikając w szczegóły, ale i tak mówił dużo. Do tej pory, identyfikowałam się raczej z mieszanką nietypowego homoseksualizmu i potrzebą przebierania się w damskie ciuchy. Bo niby jak zdefiniować męskiego osobnika, który ubiera się i maluje jak kobieta, po czym lądując w łóżku z mężczyzną nie pozwala siebie dotknąć?.. Przecież nawet z definicji homoseksualizmu wynika, że ktoś taki „w pełni akceptuje własną fizjonomię”. Jemu nie przeszkadzają własne narządy. Jest z nich dumny i potrafi się nimi cieszyć!
Byłam w szoku. Przez skórę czułam, że to właśnie „transseksualizm”. Cóż to mogło oznaczać na przyszłość?..
Podsunęłam artykuł dziewczynie, z którą się przyjaźniłam od dłuższego czasu. Nie wywarł na niej większego wrażenia, dopóki nie powiedziałam o wszystkim. Wtedy się rozpłakała.
- Wiesz, że nie możemy być razem?
Miała rację. Jej wizja przyszłości była zupełnie inna. Doszłyśmy do wniosku, że będzie lepiej, jeśli zakończymy naszą znajomość i rozstaniemy się w przyjaźni. Jestem jej wdzięczna za powagę, z jaką do mnie podeszła. Za to, że nie wyśmiała i nie próbowała na siłę naginać do normalności.
Znowu zostałam sama. Z tą jednak różnicą, że już coś o sobie wiedziałam. A choć było to zaledwie muśnięcie tematu, to jednak znaczące.
Boże! Żeby po przeszło dwudziestu latach, przez przypadek zidentyfikować własną chorobę?!..
Przecież wielokrotnie przeglądałam literaturę medyczną, próbując rozwiązać własną zagadkę. Niczego nie znalazłam!
Ludzie! Pierwsze zabiegi zmiany płci przeprowadzano na Zachodzie już w latach czterdziestych! A gdzie wtedy byliśmy my?.. Czy u nas nie było ludzi potrzebujących podobnej pomocy?..
Oczywiście że nie. My nie potrzebowaliśmy niczego. Wszyscy byliśmy zdrowi. U nas nie było zboczeńców, bezdomnych, kalek. (Z wyjątkiem inwalidów wojennych. J.B.) U nas wszystko było cacy. To Zachód był zgniły i chciał nas swoją zgnilizną zarazić.
FILMÓWKA
Pod koniec września pojechałam do Łodzi. Prosto z dworca udałam się do akademika przy Piotrkowskiej. Jeszcze nie rozpakowałam rzeczy, a już zaczęłam żałować, że nie jestem w domu. Jak można żyć w takim zbiorowisku? Żadnej intymności!
Prócz mnie, do pokoju wprowadziło się dwóch chłopaków. Drzwi się prawie nie zamykały. Wciąż ktoś wchodził, wychodził, zaglądał, kogoś szukał. Ruch jak na dworcu Centralnym w Warszawie.
Czy potrafię się tutaj odnaleźć?.. Już pierwsza noc była jak koszmar. Kroki na korytarzu, trzaskanie drzwi, odgłos gwiżdżącego czajnika i bezustanne rozmowy. Bałam się jutra. Co nowego przyniesie?
O studiach aktorskich krążyły legendy. Słyszałam, że nie wolno się wstydzić własnego ciała i że nago trzeba się kochać przed kamerą. Co będzie, jeśli czegoś takiego się ode mnie zażąda?.. Przecież za cholerę się nie rozbiorę. Wyrzucą mnie?.. Czy będą namawiać aż do skutku?..
Szkoła Filmowa od początku była dla mnie czymś niesamowitym, nieosiągalnym, świętym. Ilekroć przekraczałam jej progi, miałam wrażenie, jakbym wchodziła do innego, owianego mgłą tajemnicy, bajkowego świata. Widywałam znanych z telewizji aktorów, którzy tutaj wyglądali zupełnie inaczej. Pili kawę w bufecie, jedli ciastka, palili papierosy, śmiali się, opowiadali dowcipy, lub rozmawiali o czymś jak zwykli ludzie. Bez masek, bez charakteryzacji.
Nie oddzielał mnie od nich żaden ekran telewizyjny, żadna odległość, nic. Byłam wśród nich. Ze swoją kawą, szłam do swojego stolika, paliłam swoje papierosy i zajmowałam swoimi sprawami. Zupełnie tak, jakbym sama znalazła się gdzieś w środku i to co było kiedyś niezwykłe, teraz stawało się codziennością i powszedniało.
Filmówka stała się moim nowym domem. Zajęć było tak dużo, a ich intensywność tak wielka, że zupełnie traciłam kontrolę nad upływającym czasem. Tutaj nie było dni wolnych od pracy. Nawet niedziele spędzałam w szkole, ćwicząc od świtu do nocy przeróżne scenki.
- A życie prywatne?.. Rodzina?.. Jakieś wydarzenia w kraju?.. Telewizja?..
Nic nie istniało. Była tylko praca. Dopiero Święto Zmarłych i pierwszy wyjazd do domu, uświadomił, że od początku studiów minęło już tyle czasu. Że gdzieś są moi bliscy. Że tam, poza uczelnianym murem, również toczy się życie.
Październik rzeczywiście zleciał nie wiadomo kiedy. Wróciłam do mamy, by podzielić się wrażeniami. Nagle uświadomiłam sobie, że nie potrafię o niczym powiedzieć. Było tego tak wiele, a wszystko tak ważne, że wszystko dosłownie zlało się w jedną całość. Taniec, rytmika, szermierka, akrobatyka, z pracą na scenie, czy z teorią. Siedemdziesiąt godzin planowych zajęć tygodniowo, plus wiele indywidualnych, i grupowych prób.
Jak miałam z tego wszystkiego zdać relację?
Kto tego nie przeżył, nie jest w stanie pojąć. To istny młyn, w którym człowiek podlega kompleksowej obróbce, nieświadomy jak wielkiej.
Był początek listopada. Na zajęciach z prozy, czytałam jakiś tekst. „Dukałam” jak dziecko.
- Nie umiesz czytać..?
Rzeczywiście. Nie byłam w stanie rozróżnić liter. Wszystkie się dziwnie zlewały. Na lewe oko widziałam dobrze, natomiast prawe „rozmywało” obraz.
Pobiegłam do okulisty.
- „Zapalenie tęczówki. Stan ciężki. Tydzień zwolnienia, a potem badanie kontrolne. Jeśli po miesiącu nie przejdzie, nieodwołalnie urlop zdrowotny.”
To zabrzmiało jak wyrok! Już tydzień przerwy w zajęciach był prawie niemożliwy do nadrobienia. To jak wyskoczyć z rozpędzonego ekspresu i po kilku dniach próbować go dogonić, kiedy on przejechał tysiące kilometrów! Dostałam krople i skierowanie na zastrzyki. Oko musiałam zaklejać opatrunkiem.
Po tygodniu stan zapalny trwał nadal. Dostałam następny tydzień zwolnienia, następne krople i następne zastrzyki. Już nie miałam najmniejszych złudzeń. Nawet Dziekan nie widział innego wyjścia, jak złożenie podania o urlop zdrowotny. Powoli godziłam się z taką myślą.
Tymczasem mieszkałam w akademiku. Kiedy koledzy zrywali się z łóżek i półprzytomni wychodzili na zajęcia, ja leżałam dalej, próbując jakoś zaplanować nadchodzący rok. Chciałam wrócić do mamy. Do szafy. Do lustra. Po prostu do siebie. Tymczasem jeszcze przez kilka kolejnych dni musiałam chodzić na zastrzyki i badania. Mimo, że już nie nosiłam opatrunku, bardzo źle się czułam. Miałam mdłości i opadłam z sił. Końskie dawki antybiotyków osłabiły organizm, a zakraplane oko nadal zniekształcało obraz. Przestałam się pojawiać na Uczelni. Nie było po co. Mój rok dalej pędził swoim rytmem. Nikt nie miał czasu żeby usiąść i porozmawiać.
Chodziłam po Piotrkowskiej. Zatrzymywałam się prawie przy każdej wystawie. Powracały marzenia o pięknych kreacjach, wysokich obcasach, markowych kosmetykach. Były tak nierealne, a przecież niemal na wyciągnięcie ręki. Tak kusiły, by po nie sięgnąć. Odgradzała mnie od nich tylko szyba wystawy i odwieczny lęk, aby wejść do sklepu i je po prostu kupić.
Kiedyś mnie korciło, aby przyjść w nocy, wybić szybę i wszystko pozabierać, ale bałam się odpowiedzialności.
Byłam dzieckiem, kiedy zapanowała moda na zbieranie naklejek samochodowych. Koledzy mieli ich dużo, ale ja miałam najwięcej. Wieczorami chodziłam po parkingach i zrywałam naklejki z samochodów. Rodzicom mówiłam, że je dostałam, lub na coś wymieniłam. W końcu ktoś mnie zobaczył i wszystko się wydało.
Nie dostałam lania. Największą karą było naprawienie szkody. Chodziłam z tatą i rozklejałam wszystkie z powrotem. Nie było mowy, bym którąkolwiek nakleiła gdzie indziej. Tata sprawdzał, czy ślady pozostawione na samochodach dokładnie pasują. Wielokrotnie musiałam spojrzeć w oczy tych, których okradłam. To było gorsze od lania. Było nauczką, jakiej nie zapomnę.
Nie wyciągnęłam już nigdy ręki po cudzą własność. Bez względu na to, czy to pieniądze, czy rzecz, za którą oddałabym wszystko. Nauczyłam się, że nie ma takiej ceny, za którą można sprzedać swoje sumienie i własny honor. Nawet teraz, gdybym wybiła szybę i nikt by mnie nie złapał, moje sumienie nie dałoby mi żyć.
W końcu odważyłam się. Weszłam do sklepu i kupiłam piękną, różową suknię z wystawy. Ekspedientka zapytała tylko o rozmiar. Wyszłam szczęśliwa. Sama się zdziwiłam, że to było takie proste.
Na wystawie pracowni szewskiej stały piękne szpilki. Weszłam do środka i zamówiłam takie w swoim rozmiarze. Szewc wyszukał odpowiednie kopyto, przyjął zlecenie i kazał przyjść za kilka dni.
Kupiłam jeszcze kosmetyki, rajstopy i klipsy. Jednak za nic nie potrafiłam kupić bielizny. Bałam się, wstydziłam i choć w końcu weszłam do sklepu, to natychmiast wyszłam.
I tak byłam z siebie dumna. Przecież nigdy dotąd nie miałam tylu tak pięknych rzeczy. Czekałam tylko na szpilki, by natychmiast wsiąść w pociąg i pojechać do domu.
Mama bardzo zmartwiła się moją chorobą i przerwą w studiach. Z drugiej strony cieszyła się, że będzie mnie miała przy sobie. Opowiadałam jej o szkole, o znanych ludziach, których poznałam i o swoim akademickim życiu.
BARBARA
Skończyło się zwolnienie. Znowu musiałam pojechać do Łodzi. Już czułam na skórze te dwie godziny jazdy pociągiem, żywcem wyrwane z życia. Bezsensownego patrzenia w okno, lub na zmęczonych życiem ludzi.
Stałam na korytarzu, oparta o ścianę przedziału, kiedy podeszła do mnie dziewczyna i poprosiła o ogień.
Na imię miała Barbara. Zaczęłyśmy rozmawiać. O celach podróży, zainteresowaniach, itd. Nie wiadomo kiedy dojechałyśmy do Łodzi i trzeba było wysiadać. Nie chciało mi się wracać do akademika, tak jak jej do domu, więc poszłyśmy do kawiarni. Rozstałyśmy się późnym wieczorem, z postanowieniem ponownego spotkania.
Barbara była samotna. Kilka lat wcześniej skończyła studia i teraz uczyła w szkole biologii. Jej pasją było malarstwo, któremu poświęcała swój wolny czas. Malowała przyrodę i martwą naturę. Była pierwszą osobą w Łodzi, z którą nie rozmawiałam o teatrze, filmie, czy aktorstwie. Poza zabiegami, nie miałam co robić, więc z przyjemnością szłam na każde następne spotkanie. Szłyśmy do kawiarni, lub spacerowałyśmy po Piotrkowskiej. Wieczorem odprowadzałam ją do bramy kamienicy, w której mieszkała. Mimo że mała ochotę zaprosić mnie do domu, dziwnie się przed tym powstrzymywała. Mówiła że musi posprzątać i przygotować mamę.
Któregoś dnia od razu zaprowadziła mnie na górę.
Mieszkanie było oazą ciszy i spokoju. Do wnętrza nie docierał uliczny gwar. Zupełnie jakby nie znajdowało się w samym sercu hałaśliwego miasta. Najbardziej podobał mi się pokój Barbary. Był przestronny, ciepły i jasny. Ozdobiony zielenią pięknej, rozłożystej palmy. Barbara zdawała się być ucieleśnieniem dobra i spokoju. I chyba czegoś podobnego oczekiwała ode mnie. Czułam, że coś chce powiedzieć, ale nie może. Pełna dziwnego bólu patrzy mi prosto w oczy. Zastanawia się, waha, po czym spuszcza wzrok i rezygnuje. Przez chwilę znowu gorączkowo myśli, by w końcu wykrztusić:
- Jestem rozwódką.
Wypowiedzenie tego jednego słowa przyszło jej z takim trudem, jak przyznanie się do najcięższej zbrodni. W oczach miała łzy. Przytuliłam ją. Czułam że potrzebuje akceptacji. Że się boi, że sobie pójdę i ją zostawię. Uśmiechnęłam się:
- To nic strasznego. Każdemu może się zdarzyć jakiś nieudany związek. Nie widzę w tym nic, co mogłoby zaważyć na naszej znajomości.
Widziałam jak przyjęła te słowa, jak odetchnęła z ulgą, uwolniwszy się spod potwornego balastu przeszłości.
A cóż ja jej miałam teraz powiedzieć?.. Przecież dźwigałam znacznie większy ciężar. Cóż przy nim znaczył „nieudany związek”, czy nawet jakaś tam inna przeszłość? Czułam, że zawiązuje się coś, co z czasem może się przerodzić w coś poważniejszego. Lecz jak mam się w takiej chwili zachować?.. Powiedzieć wszystko i liczyć na podobną akceptację?.. Czy wyjść?.. Lub przynajmniej powstrzymać dalszy rozwój sytuacji?.. A może milczeć?.. Skrywać swą tajemnicę i dalej się kisić pod warstwą pozorów?..
Wracałam do akademika tłukąc się z myślami. Zerkałam na wystawy z ciuchami, z których musiałabym zrezygnować. Wiedziałam, że nie dam rady. Już kilkakrotnie darłam na strzępy wszystko, co wiązało się z moją kobiecością. Tak zniszczyłam kostium kąpielowy, gimnastyczny, oraz wiele innych rzeczy.
Wielokrotnie przysięgałam sobie, że już nigdy więcej. I co?.. Kilka dni wytrzymałam, aby od nowa zacząć marzyć przed wystawami sklepów?
A jeśli powiem i Barbara mnie odtrąci?.. Przecież która zdrowa dziewczyna zaakceptuje faceta chodzącego po domu w makijażu i w kiecce?! Toż to absurd!!!
Czy ja bym zaakceptowała? Z pewnością nie. Czy wobec tego mam prawo od niej oczekiwać takiej akceptacji?.. O czym tu w ogóle mowa?.. Jaki jest sens budowania jakiegokolwiek związku na takich fundamentach?..
Kiedy pokazałam artykuł z „Razem” poprzedniej dziewczynie, natychmiast wykluczyła jakikolwiek wspólny byt, deklarując mimo wszystko przyjaźń.
Czy więc źle by się stało gdybym w Barbarze zyskała podobną przyjaciółkę?.. Mówiąc o wszystkim, zaraz na początku znajomości?
Pal to sześć! Powiem! Jeśli mnie odtrąci i nie będzie chciała znać?.. To trudno. A jeśli zaakceptuje?.. Przynajmniej będzie świadoma na co może liczyć.
Nazajutrz opowiedziałam o wszystkim. O ciuchach, skrywanych przed mamą w piwnicy, o nowych szpilkach, o moich upodobaniach i problemach.
Słowem: Wyplułam wszystko, gotowa wstać i wyjść. Teraz czekałam na wyrok.
To co się stało, było wprost niewiarygodne. Barbara uśmiechnęła się i zareagowała identycznie jak ja, w chwili, kiedy poznałam jej tajemnicę. Mój problem potraktowała jakby go w ogóle nie było! Zaczęła ze mną rozmawiać o ciuchach! Otworzyła szafę i po kolei pokazywała swoje sukienki, które mogę mieć do dyspozycji.
- Możesz przymierzyć, choćby natychmiast. Obecnością mamy nie musisz się krępować. Nie wchodzi do pokoju kiedy ktoś jest u mnie.
Akceptacji?.. Owszem. Oczekiwałam. Ale nie oczekiwałam aż takiej akceptacji!
Mimo wszystko się bałam, że kiedy się w końcu przebiorę, Barbara nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. Co innego mówić, czy się domyślać, a co innego dotknąć, czy zobaczyć.
Przy najbliższej okazji przywiozłam swoje rzeczy z Warszawy. Barbara natychmiast chwyciła różową sukienkę i zaczęła przymierzać. Nie wierzyłam oczom. Jeszcze chwila, a zaczęłaby ją na siebie przerabiać. Wyszło na to, że oprócz ogromnej tolerancji, łączył nas podobny gust.
Otworzyła szafę i wyciągnęła kilka rzeczy, każąc założyć...? Aby zapewnić mi pełen spokój, wyszła do kuchni. Bałam się, wstydziłam. W końcu się przełamałam. Mimo, że potwornie trzęsły mi się ręce, już po chwili byłam gotowa. Barbara obejrzała mnie, skrytykowała makijaż i umalowała po swojemu.
Dostała od życia przy okazji pierwszego małżeństwa. Może właśnie ono nauczyło ją takiej tolerancji. Może uznała, że lepiej mnie zaakceptować taką, jaką jestem, niż dalej szukać kogoś, aby po latach dowiedzieć się jakiejś zaskakującej prawdy?... Siedziałyśmy naprzeciwko siebie jak dwie dobre przyjaciółki, nawzajem powierzając sobie przeszłość. Zrobiło się bardzo późno, a ja ciągle jeszcze siedziałam w makijażu i sukience. Była sobota, więc Barbara zaproponowała, bym została na noc.
c.d.n.
Julita Borowska