opowiadania

"Inna" - odcinek 5


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."

TYLKO ONA
Więcej w akademiku nie nocowałam. Spędzałyśmy z sobą noc, po czym rano wychodziłyśmy z domu. Barbara szła do pracy, ja na zastrzyki i badania. Rozchorowałam się. Zapalenie oskrzeli. Dostałam gorączki i prawie nie wychodziłam z łóżka. Stan zapalny nie dość, że zniweczył dotychczasowe leczenie oka, to jeszcze znacznie je pogorszył. Okulistka aż jęczała oglądając tęczówkę przez specjalny aparat. Dała nowe krople, zakleiła oko i skierowała na następne zastrzyki.
- Jeśli w najbliższych dniach stan nie ulegnie poprawie, trzeba będzie pójść do szpitala.

Do szpitala?.. Nie miałam żadnych widocznych objawów, które mogłyby sugerować aż tak poważną chorobę! Póki co położyłam się znowu do łóżka. Barbara dosłownie skakała wokół mnie, nie pozwalając bez wyraźnej potrzeby wstać. Karmiła, biegała po lekarstwa, wyciągała wciąż świeże koszulki do spania.

Choć od spotkania w pociągu upłynęły zaledwie dwa tygodnie, miałam wrażenie, jakbyśmy się znały od lat. Postanowiłyśmy oficjalnie z sobą zamieszkać i najszybciej jak można, wziąć ślub.
- Co nam dawał ten związek?.. W zasadzie nic poza papierkiem, którym można pomachać przed nosem rodzinie. Ona - swojej, a ja - swojej.
Barbara dzięki małżeństwu odzyskiwała status mężatki. A ja?.. Papierowy „dowód” męskiej normalności. Nic poza tym.
Tymczasem stan oka nie uległ poprawie, więc dwa tygodnie spędziłam na okulistyce w szpitalu. Tortur, jakim mnie poddano, nie da się z niczym porównać. Co drugi dzień miałam robione zastrzyki, bezpośrednio pod oko. Leżałam nieruchomo na stole i bym nie drgnęła, trzymało mnie kilka osób. Lekarz znieczulał oko specjalnymi kroplami, po czym wbijał pod gałkę, zakrzywioną igłę. Ból pojawiał się kilka godzin później, kiedy przechodziło znieczulenie i był wprost nie do zniesienia. Jakby chciał głowę rozsadzić od środka. Najmniejsze drgnienie oka było jak porażenie piorunem. Uderzało nagle i roznosiło się echem po całej czaszce.
Dzień w dzień przychodziła do mnie Barbara. Jej bliskość dodawała mi odwagi przed każdym następnym zabiegiem i przynosiła ulgę. Była jak kojący, chłodny okład na poparzone rany. Kochałam ją. Kochałam jak nikogo wcześniej.
Bardzo.

Leczenie szpitalne przyniosło efekty. Antybiotyki umieszczane za tylną ścianą oka, zrobiły swoje. Po stanie zapalnym tęczówki nie było śladu. Pozostały mikroskopijnej wielkości ranki, które musiały się jeszcze zagoić, nie powodując zrostów i blizn.

Pojechałyśmy do Warszawy. Barbara nie przypadła mamie do gustu.
- Jest natrętna. Narzuca się swoją przymilnością. Widać, że starsza od ciebie. Poza tym, to bałaganiara. Zdjęła z wieszaka ręcznik, który później rzuciła na pralkę. Niedokładnie pozmywała naczynia i nie wytarła okolic zlewu.
- ...?
Uznałam, że mama się czepia mało istotnych szczegółów. Dziwne, że ja nie zauważyłam u Barbary oznak bałaganiarstwa. A gdyby nawet?.. To czy mogłyby one ją przekreślić?.. Zadecydować o tym: „być z nią, czy nie?!”
Różnica wieku również nie grała roli. Fakt, że była o sześć lat starsza przemawiał za większym rozsądkiem w podejściu do życia. Był więc w tej sytuacji raczej zaletą, niż wadą.

Przy okazji pobytu w Warszawie, Barbara postanowiła przedstawić mnie swojej ciotce Elżbiecie. - Matce chrzestnej byłego męża, z którą utrzymywała kontakt, mimo rozpadu związku.
To była bardzo dostojna i zamożna kobieta. Urodziła się w Wilnie, w bogatej rodzinie. Mąż, oficer Wojska Polskiego zginął w Katyniu. Ogromny majątek ziemski zagarnęło państwo sowieckie, a ona mimo tych wszystkich tragedii i podeszłego wieku, nadal trzymała fason.
Ciotka Elżbieta zasypała mnie istną lawiną pytań z przeróżnych dziedzin. Pytała o literaturę, teatr, muzykę, o najnowszą historię. Jakby starała się znaleźć lukę w moim wykształceniu. Czułam się jak na egzaminie z wiedzy ogólnej.

W trakcie spotkania ani razu nie padł temat byłego męża Barbary. Ciotka się go wyrzekła i całą swą miłość przelała na dziewczynę. Nie miała dzieci, więc traktowała ją jak własną córkę. Dała na przechowanie swoje kosztowności, a w testamencie zapisała cały majątek.

BAŁAGANIARA...?
Przez kilka pierwszych dni nie widziałam Barbary mamy. Jedynie wyczuwałam jej obecność. Tak, jakby celowo unikała naszego spotkania. Słyszałam jak przemyka pomiędzy swoim pokojem i stale zamkniętą kuchnią. W końcu ją poznałam. Była starszą i bardzo zniszczoną kobietą. Mimo to na jej twarzy stale gościł ciepły, serdeczny uśmiech. Miała prawie siedemdziesiąt lat, spracowane dłonie i ciągle jeszcze siedziała przy maszynie do szycia. Spod jej igły wychodziły wspaniałe bluzki i sukienki dla kilku stałych klientek. W szyciu nie miała sobie równych. Każda rzecz leżała jak ulał i musiała być wykończona perfekcyjnie. Żadnej nie zaplanowanej fałdy, wiszącej nitki, czy krzywo przyszytego guzika. Słowem: perfekcja.

Do kuchni i mamy pokoju obowiązywał mnie całkowity zakaz wstępu....? Czułam, że Barbara coś przede mną ukrywa, więc kiedy tylko zostałam w mieszkaniu sama, natychmiast zajrzałam do kuchni. Pomieszczenie było przedzielone w poprzek wielką szafą, tworzącą niewidoczne od strony drzwi, dodatkowe pomieszczenie. W części, służącej do przyrządzania posiłków panował totalny bałagan. Brudne naczynia walały się dosłownie wszędzie. Na blatach szafek nie było wolnego miejsca, gdzie nie stał talerz, czy kubek. Płyta kuchenki gazowej pokryta grubą warstwą tłustego brudu.
- Szok!
Zajrzałam do części za szafą, gdzie kiedyś mieścił się warsztacik Barbary ojca. Wszędzie walały się obudowy starych radioodbiorników, transformatory, płytki z elektroniką, kable, książki i sterty ubrań. Nie można było wejść, aby na czymś nie stanąć. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby przed chwilą odbyła się totalna, szybka rewizja. Wyszłam przerażona.
Poszłam do pokoju mamy. Tam było jeszcze gorzej. Ubrania, ścinki materiałów i różnych szmat pozwijane razem do kupy wyglądały tak, jakby przed chwilą wypadły z ciężarówki. Były wszędzie. Wyłaziły z szeroko otwartej szafy, zwisały z regału, za maszyną do szycia. Leżały nawet na łóżku, pozostawiając do spania jedynie wąski pasek wolnego miejsca. Jak w takim miejscu mógł mieszkać człowiek?.. Nigdy w życiu nie widziałam takiego bałaganu. Wróciłam do pokoju Barbary. Po kolei otwierałam wszystkie szuflady. Było podobnie. Jedynie szafa wyglądała jako tako. Może dlatego, że miałam do niej oficjalny dostęp?
Czy przypadkiem bałagan nie był powodem tego, że zwlekała kilka dni z zaproszeniem mnie do siebie? Czy wcześniej również jej pokój nie wyglądał podobnie? Czy nie biegła na górę, by sprzątać?..

Nie powiedziałam Barbarze o swoich „odkryciach”. Miałam nadzieję, że po cichu posprząta. Że przyjdzie dzień, kiedy sama zaprosi mnie do kuchni. Tymczasem zaczęłam ją obserwować. Szczególnie interesował mnie „mechanizm powstawania bałaganu”.
To był paniczny pośpiech. Barbara wszystko odkładała na ostatnią chwilę. Zaczynała się ubierać, kiedy już dawno trzeba było wychodzić z domu.
Podobnie było z jedzeniem. Przypuszczam, że kiedy szła do kuchni, zaczynała szukać czystych talerzy. A ponieważ takich nie było, więc zmywała te, z którymi było najmniej roboty. Tak właśnie rósł bałagan.

Poszłam z Barbarą, do kolegi z Uczelni. Było miło, dopóki ktoś nie poruszył tematu prezentowania w malarstwie twarzy starych ludzi. Barbara zareagowała natychmiast. Za nic nie chciała się zgodzić, by coś takiego można było nazywać „sztuką”.
Kiedy powiedziałam:
- Mnie się to podoba.
Barbara wpadła w szał. Zerwała się z miejsca, zabrała swoje rzeczy i wybiegła, trzaskając drzwiami. Kiedy dogoniłam ją na ulicy, zaczęła robić mi awanturę, że śmiałam w towarzystwie powiedzieć coś innego, niż ona. Że jej nie poparłam. Pędziła przed siebie, nie zwracając uwagi na moje argumenty.
- Być z kimś, to nie znaczy, we wszystkich sprawach mówić tak samo. Ja również mam prawo powiedzieć to, co naprawdę myślę, a nie tylko to, co ktoś chce usłyszeć.
Nie słuchała. Biegła, wylewając na mnie potok pretensji. Kłótnia przerodziła się w awanturę, której uległyśmy obie. Zabiegłam jej drogę. Próbowałam zatrzymać, by jak małemu dziecku wyjaśnić, o co chodzi. Wyrwała się i mówiąc swoje, dalej biegła. W końcu złapałam ją, potrząsnęłam i widząc że dalej bełkocze to samo, pchnęłam w śnieżną zaspę, a sama z całej siły walnęłam pięścią w mur. To był nasz pierwszy konflikt i od razu przybrał tak dramatyczny przebieg. Nigdy wcześniej nie podniosłyśmy na siebie głosu. I teraz nagle coś takiego?.. Żałowałam tego zajścia. Przynajmniej ja mogłam spróbować się opanować. I nie spróbowałam. Jak koń z klapkami na oczach, który nie widzi nic poza drogą przed sobą, tak ja nie pomyślałam o jakimkolwiek innym rozwiązaniu i doprowadziłam do eksplozji. Barbara leżała w zaspie, jakby nie wiedziała skąd się w niej znalazła.
Podałam jej rękę, której nie przyjęła. Wstała sama, próbując się uspokoić. Zapytała, jak mogłam ją tak pchnąć?.. A ja miałam żal, że ona doprowadziła mnie do takiego stanu, że wyładowałam swoją bezsilność na ścianie, by nie uderzyć jej.
Wraz z powrotem do domu, powrócił spokój. Tylko ból ręki i sińce na ramionach Barbary przypominały o przebytej awanturze. W końcu i one znikły i znowu wszystko było jak dawniej.

PORZĄDKI
Barbara była w kuchni, kiedy nagle weszłam do środka. Zamarła w bezruchu. Stała z otwartymi ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale głos utkwił jej w gardle. Wiedziała, że już jest za późno. Rozpłakała się. Podeszłam i przytuliłam ją. Czułam, że sama sobie z tym wszystkim nie poradzi. Że muszę jej pomóc.
- Porządki trzeba zacząć, nie od uprzątnięcia tego, co na wierzchu, ale od tego co w szafkach. Żeby tam poukładać to, co jest potrzebne, a tutaj zbyteczne. To samo się tyczy tamtego kąta. To mówiąc, wskazałam na pomieszczenie za szafą. Przyznała mi rację. To już było coś.

Nie wiedziałam od czego zacząć. Najlepiej byłoby otworzyć okno i wszystko wyrzucić.
- Musisz mi pomóc. Żeby się nie okazało, że wyrzucę coś, o co ma dla ciebie szczególne znaczenie.
Barbary ojciec pracował w zakładzie naprawy sprzętu elektronicznego. Po przejściu na emeryturę, swoje zamiłowanie kontynuował w domu. Kupował na rynku popsuty sprzęt, który potem naprawiał i sprzedawał jako sprawny. Robił to bardziej dla przyjemności, niż pieniędzy.

Pierwsze wiadro rupieci wylądowało na śmietniku. Za moment drugie i trzecie, a ja nie dokopałam się jeszcze do podłogi. Wiadra były ciężkie, bo wypełniały je transformatory i składające się na nie blachy, więc nosiłam je sama. Po kilku kursach już miałam dosyć. Zabrałam się więc za obudowy radioodbiorników, które były lżejsze i zajmowały dużo więcej miejsca, więc i efekty porządków były bardziej widoczne. Barbara w tym czasie przeglądała sterty ciuchów, włóczek, ścinków materiału i różnych szmat.
Nie mogłam na nią patrzeć. Każdą jedną rzecz oglądała na wszystkie strony, rzadko którą decydując się wyrzucić. Jeśli już, to najpierw odcinała guziczki, haftki, suwaczki i odpruwała wszystkie koronki. Z boku układała następną stertę. Stertę „rzeczy potrzebnych”.
- Ta bluzka będzie jeszcze modna.
- Tą sobie przerobi.
- Ta należy do mamy.
- Tą sprzeda.
- Ta będzie pasować do czarnej spódnicy.
Obłęd!!. Sterta rosła w zastraszającym tempie. Lądował na niej każdy, najmniejszy ścinek materiału!
- Tym będzie można wykończyć karczek.
- Ten się wstawi jako klin.
- Ten będzie na łatkę.
- Włóczki zostaną wszystkie. Będę robiła na drutach swetry.
Postanowiłam zabrać się za powtórny przegląd, już raz przebranych rzeczy. Kierowałam się ich stanem.
Zniszczone?.. - Darłam na strzępy.
Zżółknięte?.. - Na strzępy.
Po chwili pełne wiadro wyniosłam na śmietnik.
Kiedy wróciłam, nie było już całej sterty...? Barbara gdzieś zdążyła ją schować!

Kiedy zostałam w mieszkaniu sama, znowu weszłam do pokoju mamy. Wiedziałam, że to miejsce również trzeba będzie posprzątać. Zajrzałam za szafę i... Złapałam się za głowę.
Oprócz popsutej froterki do podłogi, było wiele innych rzeczy, które osobiście wyniosłam do śmietnika. Barbara przyniosła je z powrotem!!! Nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać?...
Odtąd biegałam z wiadrem na sąsiednią ulicę.

„Potrzebnych rzeczy” nadal było tyle, że nie było mowy o znalezieniu dla nich miejsca w mieszkaniu. Poupychałyśmy je więc do worków i postawiłyśmy w kuchni. Wyglądały jak efekt publicznej zbiórki ubrań dla bezdomnych. Przyszedł czas na poważną rozmowę na temat pokoju mamy. Barbara była oburzona, że śmiałam tam w ogóle zaglądać.
- To nie twoja sprawa, jak wygląda jej pokój.
Poniekąd miała rację. Przecież to nie była moja mama. Ale w jakimś stopniu miała nią być. Czy jej los, oraz warunki w jakich mieszka i śpi, nie powinny mnie interesować?.. W końcu Barbara się zgodziła. Musiałam jednak obiecać, że się nie będę wtrącać.
- Dobrze. Ale pod warunkiem, że osobiście zobaczę efekty porządków.

To już było sprzątanie „systemowe”. Barbara przynosiła od mamy ogromne partie rzeczy, z których usypywała na środku pokoju ogromną stertę i zabierała się za selekcję. Coraz łatwiej przychodziło jej coś wyrzucić. Jakby sama zorientowała się w sytuacji i zdała sprawę ile tego wszystkiego jest. Że i tak we wszystkim chodzić nie będzie i choćby nie wiem jak się starała, wszystkiego w szafach nie upchnie. Powoli odzyskiwałam nadzieję, że w mieszkaniu zapanuje porządek.
Mamy pokój wyglądał teraz zupełnie inaczej. Nawet ona czuła się swobodniej. Już tak szczelnie nie zamykała drzwi, bo nie miała się czego wstydzić.

Najważniejszą wojnę wygrałam. Bez awantur, niepotrzebnej agresji, krzyków, czy płaczu. Czekała mnie druga. Niemniej poważna, o której jeszcze nie miałam pojęcia.

Barbara poprosiła, abym przywiozła jej ciotkę z sanatorium, więc pojechałam i przywiozłam. Zaskoczyła mnie zbieżność nazwisk z byłym mężem Barbary..? Kobieta okazała się być jego drugą ciotką, również bardzo przywiązaną do dziewczyny. Nie powiem, bym była szczęśliwa z powodu kontynuowania tych znajomości, ale też póki co, specjalnie się nie sprzeciwiałam, sądząc, że mają charakter czystej sympatii.

Któregoś dnia przyjechała do Łodzi ciotka Elżbieta i zaczęła wprost wybijać Barbarze z głowy myśl o związaniu się ze mną.
- Ty musisz mieć przy sobie kogoś ustawionego finansowo. Z konkretnym zawodem. Z pozycją. Kogoś w twoim wieku.
Brakowało, by w końcu powiedziała kogo ma na myśli. Wstałam i wyszłam z domu. Czekałam aż Elżbieta opuści mieszkanie.
To nie była czysta sympatia. To była walka o powrót do byłego męża. Najważniejszym argumentem miały być kosztowności, pieniądze i spadek. Trzeba było tylko powtórnie podpisać cyrograf.

Postawiłam sprawę jasno.
- Masz natychmiast oddać ciotce biżuterię i zerwać z nią wszelki kontakt. W przeciwnym razie nie ma mowy o jakimkolwiek ślubie.
Nie wiem jaki miała przebieg rozmowa telefoniczna z ciotką, ale była na tyle skuteczna, że po kilku dniach przyjechała ponownie, zabrała kosztowności, wykreśliła Barbarę z testamentu i więcej się nie pokazała.
Podobnie kazałam postąpić z drugą ciotką, po czym sprawę uznałam za zamkniętą.

MAŁŻEŃSTWO
Nasze życie intymne nie stało w miejscu. Było żywym odbiciem bieżącej sytuacji. Im piękniejszy był dzień, tym piękniejsza stawała się noc. Nie będę zagłębiać się w szczegóły. Powiem tyle, ile muszę. Kochałam Barbarę, bo w pełni akceptowała moją kobiecość. W najbardziej intymnych chwilach nazywała mnie „Zuzi”.

Pojechałam do Warszawy, by porozmawiać z mamą o ślubie.
- Co??? Przecież wy się znacie zaledwie miesiąc! I już podejmujecie taką decyzję?!..
- Nie miesiąc Mamo, ale prawie pół roku.
To i tak było absurdalną różnicą, zwłaszcza, że postanowiłyśmy się pobrać po dwóch tygodniach. Mama robiła wszystko, aby mi wybić z głowy myśl o małżeństwie. Żadne argumenty do mnie nie docierały, chociaż wiedziałam jak wiele w nich racji.
Bałaganiarstwo, to mało powiedziane. Gdyby mama zobaczyła, co się tam faktycznie działo, nie wiem jak by zareagowała. Wiedziałam jednak, że i z tym problemem sobie poradzę. Kilka ostatnich tygodni, było najlepszym dowodem.
Kiedy rozsądek nie pomógł, mama zaczęła prosić:
- Jeśli już chcecie być razem, to po co wam ślub? Poznajcie się w zwykłym, codziennym życiu, a z czasem przemyślcie wszystko raz jeszcze.
Znałam Barbarę ze wszystkich stron i było mi z nią bardzo dobrze, więc na cóż ja miałam czekać?.. W końcu mama zorientowała się, że nic nie poradzi i dała spokój. Kilka dni później mama dostała zawału serca. Leżała na tym samym oddziale szpitala bielańskiego, na którym przebywał i umarł tata. Byłam przerażona. Mama nigdy nie chorowała. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek była na zwolnieniu, a teraz, nagle..?

Całe szczęście już po kilku dniach wróciła do domu, gdzie powoli dochodziła do siebie. Nagle zmieniła do Barbary podejście...? Już nie próbowała mnie od niej odciągać, a wręcz przeciwnie. Chciała ją lepiej poznać, by łatwiej zaakceptować i pokochać. Szukała argumentów „ZA” naszą przyszłością. Jakby oswajała się z myślą, że i tak w końcu będziemy razem.

Ślub zaplanowałyśmy na czerwiec. Wydrukowałyśmy zaproszenia i po kolei informowałyśmy jedną i drugą rodzinę. Gdyby nie fakt, że Barbary mama szyła ślubną sukienkę, w ogóle byśmy nie odczuwały zbliżającej się ceremonii. Bardziej szykowałyśmy się do wyjazdu na Mazury, niż do ślubu.

Ja również zaczęłam szyć sukienkę. Marzyłam o długiej, czarnej sukni wieczorowej, która by pasowała do moich szpilek. Podczas robienia porządków znalazłam odpowiedni materiał, więc usiadłam do swojej maszyny. Szycie nie sprawiało mi większych trudności. Problem pojawił się z upięciem pleców, z którymi nawet Barbara nie mogła sobie poradzić.
- Poczekaj. Zawołam mamę.
Wystraszyłam się, bo choć nie miałam makijażu, nie wiedziałam jak na mój widok zareaguje. Barbara puściła oko i powiedziała, że szyję suknię na sprzedaż, aby zarobić na wakacje. Kobieta pochwaliła mnie i zabrała się do pracy. Po chwili plecy miałam upięte. Po dwóch dniach, sukienka była gotowa. Wyglądała super. Barbara zaproponowała, by pójść z nią do butiku.
Sprzedawca obejrzał ją na wszystkie strony, sprawdził gatunek materiału, dokładność wykonania i spytał, ile za nią chcemy.
- A ile Pan może zaproponować?
Kiedy podał cenę, natychmiast sprzedałyśmy. Obiecał kupić następne.

Ciężko mi było pogodzić się z myślą, że każdą którą uszyję, będę się cieszyć tylko przez moment. Jednak oferta była na tyle korzystna, że przystałam na propozycję. Po kilku dniach, dostarczyłam następną. Jeszcze piękniejszą i bardziej wyrafinowaną w kroju. Również czarną, mocno dopasowaną, sięgającą prawie do ziemi, z długim rozcięciem, odsłaniającym lewą nogę do wysokości bioder. Plecy miała odkryte, opasane siecią krzyżujących się wąskich paseczków, wykończonych jak wszystkie krawędzie złotą, błyszczącą nitką.
Właściciel sklepu był zachwycony. Natychmiast powiesił suknię na wystawie i wypłacił pieniądze. To była ostatnia sukienka, jaką uszyłam na sprzedaż. Nie miałam więcej materiału, by uszyć podobną nawet dla siebie.

Odkąd byłam z Barbarą mój sposób patrzenia na własną kobiecość uległ ogromnym zmianom. Ze skromnej, domowej myszki, ubierającej się i malującej podobnie, przerodziłam się w wyrafinowaną, odważną kobietę. Uwielbiałam czerń. Do niej dobierałam kontrastujące dodatki: złoto, czerwień i biel. Całość wykańczałam wyszukaną fryzurą i ostrym makijażem.
Wieczorami siadałam przed lustrem i wciąż coś zmieniałam, poszukując wymarzonego ideału. Właśnie ta ostatnia, sprzedana sukienka była przeznaczona dla kobiety, jaką chciałabym być. Kobiety seksownej, uwodzicielskiej, kuszącej. Takiej, której pragnąłby dotknąć każdy mężczyzna, a jednocześnie drapieżnej i nieprzystępnej, o którą musiałby walczyć.
Przypuszczam, że śmiało mogłabym się zabrać za tworzenie podobnej mody.

Kiedy byłam zadowolona z uzyskanego efektu, Barbara robiła mi zdjęcie. Nie wszystkie zdjęcia mi się podobały. Zostawiałam wyłącznie te „dobre”. Jedno z nich pokazałam koledze - artyście fotografikowi.
- Fajna dupa!.. Twoja?..
- Tak. Moja.

Do ślubu zostały dwa tygodnie, kiedy mama dostała kolejnego zawału! Powiedziałam, że przełożymy ceremonię do chwili, kiedy wyzdrowieje, ale zaprotestowała.
- Nie życzę sobie, by z mojego powodu wszystko odwlekać.

Ślub się odbył w wyznaczonym terminie. Barbara miała na sobie krótką, białą sukienkę.
A ja?.. No cóż. Garnitur, koszulę, muszkę. Za to pod spodem miałam pończochy.
Mama była obecna na ślubie. Starała się nie dać po sobie poznać, że dopiero co wyszła ze szpitala. Przyjęcie odbyło się w mieszkaniu Barbary. Oprócz najbliższej rodziny, przyjechało kilku kolegów z mojego bloku.
W prezencie ślubnym wręczano nam przede wszystkim pieniądze. Akurat wystarczyło na nową pralkę i dofinansowanie wakacji.

W lipcu pojechałyśmy na Mazury. Było świetnie. Sprawiałyśmy wrażenie szczęśliwej i bardzo zgranej pary, bo tak było w istocie. Wszędzie chodziłyśmy razem: na ryby, grzyby, jagody, a nawet za potrzebą. Barbara zaczęła narzekać na zdrowie, więc musiałyśmy wracać.
Była w ciąży.

Zawsze marzyłam o dziecku, chociaż nie bardzo wierzyłam, że kiedykolwiek będę je miała. Prócz względów zdrowotnych, nie sądziłam, że w ogóle zwiążę się z kimś na stałe. I teraz wszystko się nagle zmieniło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Mam kogoś, kogo kocham, kto doskonale mnie rozumie.
Mam przyjazny dom, w którym czuję się bezpiecznie.
I oto za chwilę, pojawi się ktoś trzeci. Jeszcze bliższy. Jeszcze bardziej kochany.

Natychmiast zabrałam się za remont mieszkania, by zdążyć przed przyjściem dziecka na świat. Chciałam uporać się z bałaganem, który dalej panoszył się po wszystkich kątach. Tak naprawdę, to w mieszkaniu oprócz dwóch szaf, komody i pawlacza, nie było miejsca, w którym można by pochować walające się rzeczy. Gdzież więc marzenia o jakimkolwiek porządku? Mimo że był środek lata, przedpokój był zawalony całą masą zimowych okryć, z którymi nie było co zrobić.
Tuż obok drzwi wejściowych znajdował się obszerny, niewykorzystany kąt, który z racji na usytuowane tam liczniki prądu i gazu, nie nadawał się na szafę ubraniową. Za to z powodzeniem mógł pomieścić wakacyjny sprzęt - namiot, ponton, plecaki, a nawet rowery. (A to już by było coś.) Zabudowałam go dwupoziomową zamykaną szafą, umożliwiającą dostęp do liczników. W następnej kolejności zajęłam się drzwiami wejściowymi. Ich ogólny stan, konstrukcja i brak jakichkolwiek zabezpieczeń umożliwiały otwarcie przy użyciu niewielkiej siły. Wystarczyło mocniej pchnąć, by wejść do środka. Obiłam je blachą, zamontowałam solidne blokady, oraz system wchodzących głęboko w futrynę rygli. Od środka obłożyłam gąbką i wykończyłam brązową, pikowaną dermą. Nie dość że poprawiły wygląd całego przedpokoju, to jeszcze stały się solidną przeszkodą dla ewentualnego złodzieja. Problem wiszących ubrań nadal nie dawał mi spokoju. W przedpokoju nie było miejsca na postawienie szafy, czy choćby przymocowanie do ściany wieszaka. Tu krzyżowały się szlaki, wiodące do różnych miejsc. - Do pokoju, łazienki, WC i kuchni.
Jedynym rozwiązaniem mogło być skasowanie którychkolwiek drzwi...? To był strzał w dziesiątkę. Zlikwidowałam drzwi do WC !!!
Rozebrałam prowizoryczną, drewnianą ściankę sąsiadującej łazienki. Powstałe w ten sposób pomieszczenie, połączyło obydwie funkcje, ustępując zarazem miejsca wygodnej szafie. W łazience obudowałam wannę, zyskując na estetyce, a zarazem uniemożliwiając składowanie pod nią brudnych rzeczy, dla których wygospodarowałam oddzielny schowek.
Właściwie cała moja praca zmierzała w dwóch kierunkach: Po pierwsze - stworzenia warunków do umieszczenia czegoś w konkretnym miejscu. A po drugie, uniemożliwienia chowania czegokolwiek, gdziekolwiek.

Największym problemem była kuchnia, czy raczej część, pełniąca rolę magazynu. Nie było szans, aby ją odgracić. Worków z ciuchami było tam nadal tyle, że z powodzeniem mogłyby wypełnić oddzielne pomieszczenie. Propozycja Barbary, aby umieścić je u mamy, nie wchodziła w grę. Myślałam nad innym rozwiązaniem. Pomysł, jaki mi kiełkował był dosyć karkołomny.
Kuchnia była na tyle długa i wysoka, by można było w jej części zbudować antresolę. W ten sposób na górze znalazłaby się część jadalna, a pod spodem metrowej wysokości oddzielne pomieszczenie - schowek. Pomysł spodobał się Barbarze, więc zabrałam się do pracy.
Konstrukcja była gotowa już po kilku dniach. Pozostała do zrobienia drewniana balustrada, schodki, oraz front z prowadzącym pod spód, ukrytym w boazerii wejściem. To już wymagało więcej czasu. Tak, czy tak, wstępne prace zostały ukończone. Nowopowstały kącik, stał się bardzo przytulny. Na codzienny obiad może się nie nadawał, ale na wieczór przy kawie, z pewnością tak. Bez problemu mogło tam usiąść kilka osób i spokojnie spędzić czas, bez obaw że się obudzi dziecko.
Antresolę chciałam wykończyć na wzór tylnego pokładu starego okrętu. Miało się tam znaleźć koło sterowe, busola i fragmenty sznurowych drabin, prowadzących w kierunku bocianiego gniazda. To jednak już była odleglejsza przyszłość. Wymagała sporych nakładów finansowych. Samo koło sterowe nie było znowu aż tak łatwe do zdobycia, a jeśli już, to kosztowało bardzo dużo. Tymczasem miałyśmy inne, poważniejsze wydatki.
Większość prac wykonałam podczas wakacji. Resztę robiłam po nocach. W ramach jedynego, wolnego czasu.

c.d.n.

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.07.02
bielizna erotyczna w diores.pl

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.5059 s
bielizna Obsessive
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj