opowiadania

"Inna" - odcinek 7


"Nieważne kim człowiek się rodzi. Ważne kim umiera."

WIĘC JEDNAK ROZWÓD

Nagle Barbara zdała sobie sprawę z możliwości, jakie otwierało moje fikcyjne małżeństwo.

Na Zachodzie kupić, w Polsce sprzedać i odwrotnie...?

Natychmiast zgodziła się na ślubne machinacje i sama wystąpiła o rozwód. Jako podstawę podała „rozpad pożycia, oraz inną kobietę, która pojawiła się w moim życiu”. W sformułowaniu pozwu pomógł adwokat, który sam najlepiej wiedział, co w takiej sytuacji napisać.


Świadkiem w sądzie zgodził się być brat Barbary. Chodziło nam o ciche załatwienie sprawy, bez niepotrzebnego rozgłosu i denerwowania bliskich.

Rozwód otrzymałyśmy po czterech miesiącach.


Przez cały czas intensywnie uczyłam się niemieckiego. Kupiłam masę podręczników, kilka błyskawicznych kursów na kasetach i kiedy się tylko dało wkuwałam słówka i zwroty.


Ślub z Karen musiał się odbyć w Polsce. Służbowy paszport, oddałam do Pagartu, a starania o nowy wiązały się z ogromnymi problemami i wymagały iście benedyktyńskich zabiegów. Znacznie prostsze było ściągnięcie Karen do Polski, chociaż wiązało się ze sporym wydatkiem. Nie mogła przyjechać pociągiem, bo NRD nie zgodziło się na przejazd przez swoje terytorium. (NRD-owska straż graniczna wysadziła ją z pociągu. Figurowała na liście „wrogów narodu”.)

W grę wchodził jedynie samolot, za który rzecz jasna musiałam zapłacić.


Kiedy już miałyśmy komplet dokumentów wymaganych do zawarcia związku, stała się rzecz nie do pojęcia. Zachód otworzył granice dla Polaków!!! Każdy mógł wystąpić o paszport i jeździć, gdzie tylko chciał. W tej sytuacji wzięty rozwód w ogóle nie miał sensu. Ale kto to wiedział?..


Natychmiast wyrobiłam paszport i pojechałam do Berlina. Odnalazłam kolegę, który do tej pory czekał na wyjazd do Kanady. Znalazł się wśród szczęśliwców, których wnioski o przyznanie azylu zostały rozpatrzone, zanim w Polsce zmieniła się sytuacja. Inni, którzy mieli mniej szczęścia, mogli już spokojnie wracać do kraju.

Spotkałam się również z Karen. Po raz pierwszy, bez pomocy tłumacza, mogłam z nią w miarę swobodnie porozmawiać. Wtedy też opowiedziałam jej o swoich problemach.

- To dlaczego nie zmienisz płci?!.. Cóż to z problem?!.. Po co masz się męczyć?!..

Póki co, podziękowałam za wszystko i wróciłam do Polski. (Oczywiście przywiozłam kalkulatory.)


Do Berlina pojechałam jeszcze kilka razy. Z czasem polskie bazary zapełniły się od zachodniego sprzętu elektronicznego i aby sprzedać cokolwiek, trzeba było długo stać, lub zejść z ceny, niemal do wartości zakupu. To już nie było to. Poza tym ja się nie nadawałam do przemytu i takiego „handlu”. Było mi wstyd, kiedy w niemieckim markecie kupowałam kilka jednakowych rzeczy. Kasjerka już wiedziała, że jestem z Polski i nie przyjechałam po „prezenty dla najbliższych.” Dodatkowo bałam się wpadki na granicy, głupich tłumaczeń, wstydu i upokorzeń. Wolałam studiować i pracować uczciwie, niż uprawiać przemytniczy proceder.


Odkąd Szymon skończył rok, spędzałam z nim więcej czasu. Zdarzało się, że zabierałam go na Uczelnię. Posiadał magiczną moc przyciągania do siebie ludzi. Wszyscy go brali na ręce, zabawiali. Nawet wykładowcy przymykali oko na jego szaleństwa, kiedy podczas zajęć wyrywał mi się, właził na scenę i biegał z jakimś rekwizytem od kulisy do kulisy.


Już nic mnie do Barbary nie ciągnęło. Nierozerwalnie kojarzyła mi się z bałaganem. I choć próbowałam wszystkiego, nie potrafiłam już jej zmienić. Żadne prośby, czy tłumaczenia, żaden wstyd. Potrafiłam złośliwie pozbierać z podłogi jej bieliznę i rozwiesić na żyrandolu. Cóż z tego, że Barbara wszystko natychmiast pochowała, skoro za dwa dni robiła tak samo?..



PLATYNOWY BLOND

Nocami siadałam przed lustrem i „odpływałam w swój Świat”. Zawsze żałowałam, że nie mam przekłutych uszu, więc któregoś razu wzięłam igłę lekarską, spirytus, korek od wina i zrobiłam sobie dziurki. W dzień tuszowałam je fluidem, a na noc, żeby się zagoiły i nie zarosły wkładałam srebrne sztyfty. Trwało to długo i bolało, ale efekt był wart cierpienia. Odtąd mogłam zakładać wszystkie kolczyki Barbary.


Byłam najlepsza z akrobatyki, więc Uczelnia powierzyła mi funkcję Vice Prezesa AZS.

Z czym się to wiązało?.. Właściwie z niczym. Od czasu do czasu pomagałam zorganizować w środowisku teatralno - filmowym jakiś turniej tenisa, kometki, czy mecz piłkarski. W tym względzie moja rola ograniczała się do poinformowania o mającej się odbyć imprezie i późniejszego w niej udziału. Resztą zajmował się Prezes - jeden z wykładowców. Był popularnym aktorem, więc potrafił załatwić wszystko, począwszy od sali, czy boiska, na sponsorach i nagrodach skończywszy.


Najbardziej spektakularną imprezą był mecz towarzyski rozegrany na stadionie Widzewa.

(Chyba pierwszy z cyklu tak popularnych dziś meczów aktorzy - dziennikarze. itp. Stałam na bramce. O ile dobrze pamiętam, przegraliśmy.)


Wojewódzki Zarząd AZS, zaproponował mi wakacyjny wyjazd do pracy w NRD. Razem z kilkunastoosobową grupą studentów Politechniki Łódzkiej, wyjechałam do Zwickau, do fabryki Trabanta!

Śmiech nas ogarnął, kiedy tamtejsza FDJ wyzwała nas do rywalizacji o miano „najlepszej brygady regionu”!

(FDJ. - Wolna młodzież niemiecka.)


Rozłożyliśmy na łopatki wszystkie niemieckie grupy przodownicze! A ja w tej całej rywalizacji wygrałam! Wygrałam własną, Polsko - Niemiecką wojnę. Podczas trzytygodniowej pracy wyrobiłam 160% - niemieckiej normy! Brygadziści nie mogąc uwierzyć cyferkom, gromadzili się przy moim stanowisku. Jedni mieli kalkulatory, inni stopery i patrzyli. A ja?.. – przy pracy śpiewałam i tańczyłam.

Po dwóch tygodniach, postawiono mnie już w cyklu pełnych automatów, więc tak, czy tak wykonywałam 100%. Przypuszczam, że się bano, by po naszym wyjeździe nie zwiększono dotychczasowych norm i nie wprowadzono lekcji śpiewu i tańca.

Znaczy - jak Polak chce, to potrafi!!!

Na koniec otrzymałam dyplom z pieczątką FDJ. „Przodownik pracy socjalistycznej”!.. (Dobrze, że mój tata tego nie doczekał.)


Ale odbiegłam od tematu.

Zaprzyjaźniłam się z dziewczyną z grupy. Razem chodziłyśmy po mieście wydawać zarabiane pieniądze. Wspólnie też postanowiłyśmy rozjaśnić sobie włosy. Kupiłyśmy „platynowy blond” i w hotelu, zabrałyśmy się do roboty. Po pierwszym rozjaśnieniu, nie byłam zadowolona z efektu, więc powtórzyłam zabieg. Potem jeszcze raz, aż uzyskałam piękny, bardzo jasny kolor. Grupa kolegów dziwnie patrzyła na moje włosy. Ktoś w końcu zapytał:

- Czy jesteś „pedałem”?

- Nie.

Odpowiedziałam i na tym się sprawa skończyła.


Cieszyłam się, kiedy Niemcy zwracali się do mnie „pani”. Problem pojawił się po powrocie do Polski, kiedy podczas jednej z rodzinnych uroczystości wujek na powitanie pocałował mnie w rękę, a potem musiał się bardzo starać, by po raz któryś nie zwrócić się „ona”.



WZÓR MĘSTWA

Pod koniec września chwyciłam nożyczki i obcięłam się „na zero”.

Na Uczelni było rzeczą normalną, że ktoś od czasu do czasu wyglądał trochę inaczej. Akurat w tym czasie w Łodzi kręcono kilka filmów o tematyce obozowej, więc łysych nie brakowało. Co innego, gdybym przyszła w blond włosach. Z pewnością bym wzbudziła sensację. Wolałam się nie wychylać. Jakiś czas wcześniej jeden z chłopaków w tajemnicy wyznał koledze, że jest homoseksualistą. Wkrótce „tajemnicę” znali już wszyscy, a on sam padł ofiarą uśmieszków i głupich docinków. Jak zareagowaliby studenci na wiadomość o mnie?.. Wolałam nie sprawdzać i na wszelki wypadek chodzić bez włosów, niż się przekonać i ściąć je o jeden dzień za późno.


Tymczasem mój nowy wygląd ogromnie zmienił sposób podejścia ludzi. Wyczuwałam to zwłaszcza w tramwaju, kiedy starsze kobiety na wszelki wypadek zaciskały kurczowo dłonie na paskach torebek i odchodziły dalej, lub nagle rezygnowały z siedzącego miejsca, byle nie zostać w pobliżu. W tych czasach brak włosów oznaczał kontakt z kryminałem, lub co najmniej półświatkiem. Nic więc dziwnego, że nawet przechodnie schodzili mi z drogi, a stojący w bramie „sąsiedzi” pierwsi mówili „dzień dobry”.


Natychmiast otrzymałam kilka propozycji zagrania drobnych ról. Filmowcom podobał się mój „męski” wizerunek. W jednym epizodzie zagrałam złodzieja, który kradnie z kiosku jakieś kolorowe pismo i ucieka drwiąc sobie z widzących to ludzi.


Jak wielki wpływ na sposób postrzegania człowieka, ma jego zewnętrzny wizerunek? Jak wiele można w nim ukryć? I jak bardzo nim można kogoś oszukać?

Kilka dni wcześniej śmialiby się ze mnie ci, którzy teraz schodzili z drogi. Podobne doświadczenia wyniosłam z innych, zagranych ról, które wiązały się ze zmianą wyglądu. Choćby blizną na policzku, czy postawionymi na sztorc kolorowymi włosami.


Ludzie z Barbary podwórka już się przyzwyczaili do moich częstych przemian. Wiedzieli że jestem aktorem, więc nie zwracali zbytniej uwagi na taki, czy inny wygląd. A jeśli już, to wiązali go z jakąś nową rolą.


WIĘCEJ LUZU!

Trzeci rok studiów wspominam najmilej. Przestałam się w końcu bać, że wylecę, przez co zyskałam więcej wewnętrznego luzu. No i w końcu poczułam się w pełni zaakceptowana przez grupę. Już nie stałam z boku. Nawet Profesor - opiekun to zauważył:

- Cieszę się, że zaczynasz się otwierać.


Najgorsze, że ja nie tylko na scenie zaczęłam się otwierać, ale i w codziennym życiu. Ogromny wpływ na zmianę mojego podejścia do świata mieli Ludzie, którzy stanowili o wielkości Filmówki. Znakomici Wykładowcy, z którymi miałam bezpośredni kontakt.

Studia aktorskie są dogłębną analizą ludzkich zachowań. Ciągłym zgłębianiem procesów myślowych. Nauką poszukiwania dobra wśród zła. I stałym obcowaniem z Największymi Autorytetami Tego Świata! – Żyjącymi i tymi z historii. I próbą dotrzymania im kroku.

Teatralnych twórców cechuje doskonały intelekt, ogromny temperament i „silny kręgosłup”.

- Co to oznacza?.. W ogromnym skrócie. To mądrość, wiedza i siła charakteru. To przekonanie o słuszności własnych poglądów, oraz umiejętność i odwaga do ich głoszenia i obrony.


Kiedyś podczas zajęć powiedziałam, że nie lubię Żydów. Profesor zapytał:

- Dlaczego?.. Możesz mi coś powiedzieć na temat ich kultury?..

- Nie.

- To za co ich nie lubisz?

Nie wiedziałam. To przecież absurdalne, żeby do kogoś, kogo się zupełnie nie zna, z góry nastawiać na „nie”. Czym się kierowałam?.. Opinią innych. Więc właśnie za nich i za własną głupotę, oberwałam po nosie.


(Dzisiaj wiem znacznie więcej Panie Profesorze. Jestem zafascynowana kulturą żydowską. Odwiedzam cmentarze. Nawet wiem, co oznaczają składane na grobach zmarłych, małe kamyczki. Dziś z czystym sumieniem, mogę Panu powiedzieć, że nic do Żydów nie mam. Szanuję ich i wiem za co.)


Dziekan nauczył mnie, jaką wartość może mieć jedno słowo. Pani woźna, oburzona zachowaniem mojego kolegi, poszła do Dziekana na skargę. Ten wezwał chłopaka:

- Jeśli nie przeprosisz, wylecisz z Uczelni.

Kiedy kolega przeprosił, Dziekan zapytał go na osobności:

- Ty naprawdę tak się do niej zwróciłeś?

- Nie.

- To dlaczego ją przeprosiłeś?... Pamiętaj, że żadna Szkoła. Nawet Filmówka. Żadne pieniądze. Nic nie ma większej wartości, niż słowo i honor Człowieka.


W pracy na scenie, do tej pory bazowałam jedynie na naśladownictwie. Starałam się powtórzyć dokładnie to, co pokazywali inni. Nie potrafiłam się szczerze rozpłakać, roześmiać, opieprzyć, zapytać. Bez przerwy kontrolowałam każde słowo i każdy gest.


Co było tego przyczyną?.. Mogę przypuszczać, że to echa moich kontaktów z ojcem, który w dzieciństwie ogromnie zaburzył moją samoocenę. Nie chwalił. Nie nagradzał. Tylko śmiał się, karcił i krytykował.

Takie zachowanie wpłynęło na potrzebę ciągłej samokontroli: Czy to, co robię, robię dobrze?..


Paradoks mojej „scenicznej poprawy” polegał na tym, że byłam tym prawdziwsza i lepsza na scenie, im bardziej olewałam to, jak na mnie patrzą ludzie. Słowem, im mniej zabiegałam o swój męski wizerunek, tym lepiej!


Koleżanka podczas próby o mały włos nie rozszyfrowała mojej tajemnicy. Siedziała tuż obok i najwyraźniej się nudziła. Bawiła się jakąś szpilką, którą co i raz chciała mnie ukłuć. Zapytała po cichu:

- Zrobić ci dziurkę w uchu?..

Zbliżyła się i nagle dokonała odkrycia.

- Ty już masz dziurkę?... Pokaż drugie.

Zaczęła mną prawie obracać.

- Nosisz kolczyki?..

- Tak. W domu. Kiedy nikt nie widzi.

Odparłam od niechcenia i wtedy zrozumiałam, że powiedziałam prawdę. Prawdę, w którą chyba nie uwierzyła, uznając ją za dobry żart. Innym razem ta sama dziewczyna zawadziła dłonią o mój paznokieć. Chwyciła moją rękę i zaczęła oglądać.

- Masz paznokcie jak kobieta. Nie możesz ich obciąć?..

- Nie. Na krótkich źle lakier wygląda.


Zauważyłam, że mówienie prawdy sprawia mi przyjemność! Że robi mi się wtedy dziwnie lekko. To nieprawdopodobne, ale głośne wyznawanie najbardziej skrywanej tajemnicy, jest jak zrzucanie ogromnego ciężaru! Jak pozbywanie wszystkiego, co dręczy!



TEATR MUZYCZNY

Byliśmy bardzo muzykalnym rokiem, więc prowadzący przedmiot piosenki aktorskiej, znakomity kompozytor i aranżer, zaproponował w miejsce tradycyjnego egzaminu, stworzenie prawdziwego, muzycznego widowiska. To była praca, o jakiej marzyliśmy wszyscy. Świetna muzyka, wspaniałe teksty i masa ruchu. Reżyserią i choreografią zajął się znakomity młody Artysta, który wyciągnął z nas tyle, ile tylko mógł.

Mnie wykorzystał do nadania całości bardzo żywiołowego charakteru. Skakałam salta i fiflaki. Oprócz tego śpiewałam piosenkę, z którą za nic nie potrafiłam sobie poradzić. Była tak prosta i spokojna, że aż bałam się tak ją wykonać. - Bałam się „puścić farbę do końca” i obnażyć delikatną naturę. To jeszcze nie był etap, kiedy publicznie potrafiłam się rozluźnić. Otwierałam się wyłącznie przed bardzo wąskim gronem, znajomych osób.

(Od początku studiów miałam ogromne problemy z wymową i śpiewaniem. Nie chodziło o czystość głosu, lecz o jego brzmienie. Starałam się mówić i śpiewać „po męsku”. W rezultacie spinałam krtań i nie można mnie było słuchać. J.B.)


Premiera odbyła się na deskach Teatru Muzycznego, który gościnnie użyczył nam swojej sceny. Spektakl, który był jednocześnie naszym egzaminem z piosenki aktorskiej, nie „umarł” jak to zazwyczaj bywało, z chwilą wystawienia oceny z przedmiotu.

Zaraz po premierze został zarejestrowany przez telewizję, a następnie jeszcze przez jakiś czas wystawiany na teatralnych deskach. Później pojechaliśmy z nim na festiwal do Smoleńska, gdzie z powodu swych treści, o mało nie wywołał skandalu. Zebrana na widowni rosyjska publiczność mogła po raz pierwszy, oficjalnie usłyszeć nawoływanie do walki o wolność.


W trakcie studiów świetnie zaśpiewałam tylko jedną piosenkę. Po niemiecku. „Przyszedł do mnie mężczyzna”. Dziekan miał pretensję, że śpiewałam z kartką w ręku.

- Ciężko ci się było nauczyć tych kilku zdań na pamięć?!..

Znałam tekst doskonale. Udawałam, że czytam, aby ludzie znający język niemiecki, nie pomyśleli, że dobrze wiem, o co w piosence chodzi. Zaśpiewałam ją lekko i z uczuciem.



ROBERTA

Któregoś dnia usłyszałam na korytarzu żywą dyskusję, związaną z Robertą - bohaterką książki „Świat według Garpa”, która w wyniku operacji zmieniła płeć. Dyskusja krążyła wyłącznie wokół samego zabiegu, oraz jego efektów. Czy coś czuje i czy może mieć orgazm?..

Ponieważ nie znałam tej książki, natychmiast pobiegłam do biblioteki. Roberta była pierwszą tak prawdziwą postacią, z jaką zetknęłam się w literaturze, reprezentującą podobny problem. Zaintrygowało mnie to, jak w nowej roli potrafiła się odnaleźć, wśród przyjaciół i w otaczającym ją świecie. Natychmiast sięgnęłam po inne książki, związane z zagadnieniem transseksualizmu, które oprócz zagadnień czysto medycznych, przedstawiały dotkniętych nim ludzi. Wszystkich łączyły te same problemy! Brak akceptacji ze strony najbliższego otoczenia i rodziny. Drwiny, szyderstwa, prześladowanie, upokorzenie,.. to wszystko nierozerwalnie kojarzyło się z opisywanymi przypadkami.

Przerażające, że opisywane historie, często kończyły się tragicznie. Samobójstwem!

Równie przerażające, że ci ludzie nie potrafili już dłużej żyć w ciągłej niezgodzie z własną fizjonomią! Czyżby i mnie miały do końca życia czekać podobne cierpienia?.. Do tej pory wciąż walczyłam z sobą, budując pozory męstwa, w których się czułam potwornie. Przecież życie intymne z Barbarą układało się, tylko dzięki mojej wyobraźni. Dzięki temu, że kochała się ze mną jak mężczyzna i ja tak sobie ją wyobrażałam.

Przecież w łóżku nigdy nie było Barbary i Eryka!

Ostatnio nie było nawet wyobraźni. Miłość stłumiłam nienawiścią. Do bałaganu doszło podejście do dziecka, w którym prym wiodła babcia.

- Simuś. Cio się dziećku śtało?.. Ksiwduchna się śtała?.. Palusiek si?.. Nie płakuchna malutki,..

Dostawałam szału. Od kilku lat uczyłam się poprawnej polszczyzny, by biernie słuchać, jak się kaleczy język mojego dziecka!!!

Śmietnik w chałupie i teraz jeszcze śmietnik w słownictwie. „Bo dziecko nie zrozumie jak się do niego powie w normalny sposób.”


Czułam się jak intruz we własnym domu. Agresja, wrzaski, bicie i płacz Barbary. Nawet Szymon zaczął się mnie bać. Z tego wszystkiego, już zaczął nerwowo mrugać oczami!!! Przyczyniłam się do powstania u niego podobnej nerwicy, jaką sama miałam!!!

Któregoś dnia z całej siły przywaliłam ręką w syntezator, aż rozsypała się po podłodze klawiatura i wyszłam. Kiedy ochłonęłam, natychmiast poszłam do psychiatry. Chciałam, by przepisał mi jakieś środki na uspokojenie, abym następnym razem nie zrobiła sobie, lub co gorsza, Barbarze krzywdy. Lekarz powiedział, że leczyć trzeba „układ” - Barbarę i mnie, bo „problem pewnie leży po środku”.

Gdzie tu może być środek?! „Bałagan do połowy”?.. Bałagan zniknie, to ja się uspokoję. Skoro w całym domu nie ma miejsca, bym mogła odpocząć i poczuć się jak w rodzinie, to gdzie tu mowa o środku?

Lekarz przepisał mi „coś” na uspokojenie. Jedna tabletka „uspokoiła” mnie tak skutecznie, że nie tylko w domu byłam spokojna. Przez trzy dni można było do mnie mówić i nic nie docierało. Oczy miałam podobne do spaniela, a język sam wysuwał się do pół brody. Wyrzuciłam natychmiast to świństwo, by więcej po nie nie sięgnąć.



Bardzo lubiłam niedzielne spacery i wypady za miasto. - Gdziekolwiek, byle dalej od domu. Tam stawałam się inna. Spokojniejsza, weselsza, żywsza. Organizowałam czas tak, by wszyscy mieli frajdę. Przede wszystkim Szymon. Zimą jeździł na swoich nartosankach, podczepionych do uprzęży Szatana. Krzyczał z radości, mając prawdziwy zaprzęg. Innym razem jeździł na dachu samochodu. Wychodził przez szyberdach i siadał jak na wieżyczce czołgu. Trzymałam go za nogi i powoli jechałam. Rzecz jasna miało to miejsce gdzieś na polnych, nieuczęszczanych drogach. Nigdy podczas zabawy nie przekraczałam granicy zaufania, jak to uczynił tata, przewożąc mnie motocyklem. Chciałam, by Szymon czuł się przy mnie bezpiecznie.

Lubił wchodzić na drzewa, więc przerzucałam linę przez gałąź, by stanowiła zabezpieczenie i wiązałam jej koniec w formę uprzęży. Czuł się tak bezpiecznie, że potrafił celowo odepchnąć się od pnia, by przez chwilę zawisnąć jak taternik.

Jednego go nie nauczyłam.

Mimo, że co roku byliśmy na Mazurach, nie nauczyłam go pływać. Wbrew pozorom, nie miałam wtedy dla Szymona czasu. Do szewskiej pasji doprowadzało mnie zachowanie Barbary, która ilekroć znalazła się w towarzystwie, zgrywała wielką damę - malarkę, próbując wcielać się w duszę towarzystwa. Nie mogłam słuchać jej słodkiego szczebiotu i chichotu z dłonią przy ustach: -”Ciu, ciu, ciu”,.. - „ę i ą”.

Mówiła takie rzeczy, że aż mnie skręcało.

- O swym „szlacheckim pochodzeniu”. (Znalazła herb związany z jej nazwiskiem.)

- O znakomitej kuchni litewskiej i kołdunach, jakie potrafi robić. (Jej kuchnia rzeczywiście była wyjątkowa! Szczególnie pod względem ilości zgromadzonych produktów.)

- O znajomości sztuki malarskiej. (Dwie nieukończone kopie obrazów z albumu o Szyszkinie.)

Po co kłamała?.. Przecież znałam ją doskonale. Dlaczego za wszelką cenę starała się być lepsza od innych?.. Nawet od siebie?..

Mało tego! Oczekiwała że będę siedziała obok i przyklaskiwała we wszystkim, co mówi! Tyle, że ja nie chciałam. Dlatego uciekałam, byle dalej od namiotu. Byle tego wszystkiego nie słuchać. Chodziłam na ryby, grzyby. Brałam sprzęt i szłam nurkować, albo pływałam na desce z żaglem.

Cierpiały na tym przede wszystkim moje kontakty z dzieckiem.


Nawet kiedy byliśmy we trójkę, sytuacja coraz częściej stawała się nie do zniesienia. Kiedy Szymon zapytał o jakąś roślinkę, padał cały szereg określeń, gatunków, grup, rodzin, itd. Całe kompendium wiedzy, do niczego dziecku niepotrzebnej. Przed kim się chciała popisać?.. Przede mną?..


Nie odzywałam się, bo to natychmiast prowadziło do konfliktu. Na przyrodę patrzyłam w zupełnie inny sposób. Tata zajmował się fotografią. Robił zdjęcia dla różnych wydawnictw. Wielokrotnie zabierał mnie do ZOO, czy różnych rezerwatów, gdzie mogłam zobaczyć zwierzęta z bliska. - Żubry, sarny, jelenie, węże, żółwie. Bywaliśmy w instytutach naukowych, zajmujących się ochroną i ratowaniem ginących gatunków. Widziałam jak znakuje się bobry. Mogłam pobawić się z młodą sarenką, przytulić ją, pocałować, pogłaskać. Wspólnie z tatą przemierzałam przybrzeżne szuwary czy bagna, w poszukiwaniu ptasich gniazd, wchodziłam na tereny lęgowisk, niedostępne dla zwykłych ludzi. Stąd wzięła się moja wiedza i miłość do przyrody. A jakże inna od tej, jaką prezentowała Barbara.

Teoretycznie powinnyśmy w tej kwestii doskonale porozumieć i uzupełnić. A nawet ten jeden niedzielny spacer, spędzony poza domem przestawał tak cieszyć jak dawniej.


c.d.n.

Julita Borowska

edzamieszczono: 2009.07.20

szukaj

menu

Namaluj mi wiatr

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

kalendarium

! gdzie się spotykamy

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie

Mieszkanie w Warszawie

Mało kogo stać na samodzielne wynajęcie mieszkania w Warszawie. Ale razem w dwie, trzy osoby już jest szansa. Jeśli jesteś zainteresowana/y wynajęciem mieszkania wraz z kimś, chętnie pomożemy skontaktować ze sobą takie osoby. Szukasz sublokatora lub "współmieszkacza" napisz: kontakt@transfuzja.org.

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

polecane

generowano:
0.4183 s
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj