Opowiadania

Lot srebrzystej mewy


Życiorysy osób TS w gruncie rzeczy są łudząco do siebie podobne - mój nie był wyjątkiem - ani bardziej wzruszający - bogatszy w cięgi, razy, ani ciekawy. Tak, krzyczałam, ryczałam, nie rozumiałam - dlaczego jestem inna (?), ale do wewnątrz siebie, niemo - jak większość "pomylonych z płcią". Mógł mi współczuć co najwyżej jakiś przechadzający się, bezrobotny anioł.

Przewracało się to wszystko bezładnie przez długie lata, nawarstwiało, plątało, słowem - narobiło bałaganu godnego ciężkiego sprzętu budowlanego. Jakby jakiś niezgrabny golem potrącił nie ten co trzeba rząd wielkich, ciężkich kostek domina mojego życia, ale tak paradoksalnie kruchych zarazem fundamentów osobliwego mikroświata, w którym próbowałam się zamknąć, aby nic nie słyszeć, nic nie czuć. Warownia postawiona na lotnych piaskach musiała runąć. Wyszedł z tego rozgardiasz targających mną sprzeczności, dziwacznych splotów okoliczności, relacji z kilkoma setkami ludzi w morzu przypadków. Tymi, którzy zatrzymali się na dłużej koło mnie i przechodniami - "jednorazowymi przyjaciółmi" - lubiane przeze mnie zapożyczenie z pewnego filmu z Pittem i Nortonem - którzy jednak pozostawili po sobie jakiś ślad. Zaś, żeby iluzja księżycowej scenerii była pełna, wszystko pokryło się grubą warstwą opadającego pyłu w jaki rozsypała się moja bierna, czasem histerycznie niedojrzała osobowość. Drobinkami lęków determinujących wieczną ucieczkę przed najważniejszym - rozmową ze sobą samą. W końcu wypadało zacząć sprzątać to rumowisko, bo - jak mawiają - wóz, albo przewóz...

Orzeczenia w szkole: zdolny, ale leniwy. Wygodne w swej ułudzie zdanie się na podejmowanie decyzji przez innych. Koszmarne, napełniające panicznym strachem wizje: "wojsko zrobi z ciebie ludzi", ale przede wszystkim ta jedna - jedyna tak głęboko skrywana tajemnica, że czuję się straszliwie zagubiona w męskim - chłopięcym świecie. Świecie piłki nożnej, opowieści o udanych próbach podglądnięcia dziewczyn na basenie, ekscytowania się przygodami Godzilli. Tam gdzie zostałam zgodnie z ruchem sztancy przyporządkowana. Nikt mnie nie pytał o zdanie, bo czemu by miał (?) - na pozór wszystko było przecież normalnie. 20 lat później Ewelina Flinta zaśpiewa: "Matko Ziemio, Ojcze w niebie, Czy słyszycie mój krzyk, to ja, Gonię swój cień i kręcę w kółko, Głową uderzam o mur, Nieuchronnie spadam w dół, Czy złapiecie mnie?".

Nie byłam książkowym "wzorcem" osoby TS - przysłowiowym "małym babskim królem". Bardzo się starałam, żeby w niczym nie podpaść najbliższym, reprezentującym konserwatywny ład. A że czasem nie do końca to się udawało - inna sprawa. Tak samo przed rówieśnikami - warsztat aktorski doprowadzony do wirtuozerii. Non stop pełna samokontrola. Nikomu nie zdradziłam, że blond włosa Agnetha z Abby nie była dla mnie ucieleśnieniem chłopięcych - niewinnie infantylnych marzeń o dziewczynie z plakatu z jaką chciałoby się chodzić, ożenić, gdy będzie się dorosłym. Ja chciałam być taka jak ona... Dlatego i dziś uśmiecham się sama do siebie na wspomnienie uczty zmysłów, jaką zafundowała mi mama, gdy poszłyśmy do nieistniejącego od dawien dawna kina na pełnometrażowy film o mojej ukochanej grupie z trasy koncertowej po Australii (Abba - The Movie).

Pierwszą i na długo jedyną osobą, której zwierzyłam się, że mam takie różne dziwne myśli, obsesje był ksiądz-spowiednik, a jednocześnie opiekun grupy ministrantów. No to dostałam niewspółmiernie dużą pokutę w stosunku do wcześniejszych "3 zdrowasiek i Ojcze-Nasz na krzyż" i na parę lat moją wyobraźnię przepełniły wizje udręki wiecznego potępienia w najgorętszym piekielnym kotle. Ksiądz też już od tego czasu inaczej - jakimś takim chłodnym, beznamiętno-niechętnym wzrokiem patrzył na mnie w czasie, gdy asystowałam mu do mszy i siłą rzeczy musieliśmy się spotkać.

Wpadki w domu - awantury o "tajemnicze" zniszczenie drogiego kosmetyku, sytuacje w których mylono mnie na ulicy z osobą z moich snów, którą jestem, bo dziedziczyłam po swojej starszej o zaledwie 5 lat cioci kurtki obszywane "babskim" misiem, czapki. Czy natrafienie w ukradkiem podczytywanej "Kobiecie i Życiu", na ostatniej stronie pigułkowych ciekawostek - także ze "zgniłego moralnie Zachodu", że jakaś zjawiskowa kobieta na maluteńkiej fotce była kiedyś mężczyzną. Cała ta nużąca "klasyka", której nie warto roztrząsać z ckliwością. Lepiej obejrzeć "Różowe lata" (Ma Vie en Rose) o małym Ludovicu i wszystko jasne, a przy okazji też strawne bez tej PRL-owskiej siermiężności, szaro-burej biedy w tle.

Jest rok 1990. W jednej z księgarń na starówce, podczas rutynowego wertowania ułożonych na wielkich stołach woluminów, mój wzrok zostaje zahipnotyzowany przez szczególną okładkę. Grafika przedstawia kolaż - połówkę męskiej twarzy przechodzącą w kobiecą, a tytuł brzmi jeszcze bardziej intrygująco: "Apokalipsa płci", duetu autorów: Dulko i Imielińskiego. Nie, nie rzuciłam się na nią z zapalczywością wygłodniałego zwierzęcia. To byłoby za proste dla mojej pokręconej jak serpentyna psychiki. Wracałam do księgarni z 4, 5 razy, robiąc swoiste podchody, tocząc kolejne i kolejne przegrywane w myślach bitwy. Tak bardzo chciałam ją mieć, ale jak to wykonać, skoro nie byłam w stanie nawet jej musnąć palcami, sprawdzić cenę? Tak silnie byłam sparaliżowana strachem, że zemdleję w momencie, w którym kasjer, a zarazem właściciel tej małej świątyni ducha wyjmie ją z koszyka i spojrzy z pewnością wymownie na mnie. W końcu, gdy po miesiącu stosik książek bardzo stopniał - widząc że to już nie przelewki - że zostały dwa marne egzemplarze. Po wykonaniu nie wiem już ilu komicznych dla postronnego obserwatora okrążeń stołu - znalazła się w moich rękach! Momentalnie żar wstydu ogarnął policzki, uszy musiały być w odcieniu najbardziej buraczkowych buraczków. Stałam na nogach z waty z dowodem mojej "winy" - nikt nie podniósł wzroku...
Książkę połknęłam w trzy noce. Kolejne też były nieprzespane, bo głowa huczała od myśli coraz bardziej niepokojących. Byłam już zatruta na amen, choć jeszcze w swej naiwności nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Łudząc się, że może mi przejdzie, próbowałam walczyć z rozchodzącą się po wszystkich komórkach mojego ciała toksyną dziwnego deja vu. Przecież tak bardzo znajome mi były rozterki, wspomnienia bohaterów z listów do doktora. Do tego stopnia toczyłam "krwawą" wewnętrzną batalię, że któregoś razu wyszukuję w domu największą ceramiczną donicę i organizuję prawie że podniosły ceremoniał wypalania ogniem z mojej duszy wszelkich mrzonek. Teraz to już była krucjata! Płonie Apokalipsa, z dymem miała pójść ta prześladująca mnie od lat zagadkowa dwoistość twarzy. Nie wiedziałam, że będzie jak z Feniksem...

Kilkanaście lat później, pewnego wyjątkowo zimnego styczniowego popołudnia, pierwszą informacją jaka dociera do mojej świadomości na sali pooperacyjnej jest wiadomość o śmierci "Księdza od biedronki" - Jana Twardowskiego, z jakiegoś ledwo szemrzącego radyjka należącego do pacjenta. Sacrum i profanum - już na zawsze będę miała to "bulwersujące" skojarzenie - on umarł, ja się narodziłam. Święty i demon. Demon opętany kumkającą, ćwierkającą, szeleszczącą listowiem mistyką poezji kapłana...

Leżę sobie w noc po zabiegu, nie mogąc przełknąć śliny przez rurę sondy dożołądkowej rozpychającą gardło i widzę jak czyste nocne niebo - okno na galaktyki, po których chciałam właśnie pospacerować, zaczyna znikać w dramatycznym tempie, mając gdzieś moje protesty. Wypełnia się z sekundy na sekundę złowieszczo pędzącymi warkoczami biało-szarych chmur. Zaraz potem zafunduję personelowi małą akcję ratowniczą z wyprowadzaniem mnie z zapaści po powikłaniu farmakologicznym. Dziwne uczucie, gdy ciśnienie tak gwałtownie opadnie, ale pamiętam, że nie było wtedy lęku. Szum w uszach, łomot serca, jakby przyłożyło się ucho do własnej klatki piersiowej i uczucie spadania - szybowania w dół głębiej i głębiej aż po krawędź przeznaczenia - wypełnienia własnego losu. Czy to już teraz? Jednak nie - nie tym razem... W następne dni z okien kliniki urologii patrzę na zamrożony świat minus 25 - wyludnioną krainę śmierci, ale ja w bezpiecznym ciepełku szpitala zachowuję się jakbym wbiła się głęboko w podłoże czekanami, pazurami na samym szczycie cyklofrenicznej sinusoidy nastrojów. Już nigdy nie pozwolę nikomu zepchnąć się stamtąd, obiecuję sobie.

Gdy trzy tygodnie później pierwszy raz wychodzę na spacer z psem, napotykam leżącą na śniegu przy drodze martwą mewę srebrzystą. Stanęłam. Jej imponujących rozmiarów skrzydła były rozpostarte niczym krzyż. Miała też otwarte oczy w których zdawać było, że można dostrzec jej ostatnie dumne spojrzenie. Mróz zabił ją w locie i jeszcze w przestworzach przemienił w skalną rzeźbę. Była nieżywa, a wciąż pociągająco piękna w swym majestacie, nieskalanej bieli piór przechodzącej w popiel narzuconego płaszczyka. Cud ewolucji - uosobienie wolności, siły. Wyglądała wręcz nierealnie przez tę pozę - jakby była utrwalona na porzuconym, trójwymiarowym marynistycznym obrazie, zupełnie nie pasującym do otoczenia. Dotknięcie czarodziejskiej różdżki i znowu jest tam, skąd została ukradziona - ponad falami morza. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się znowu, Mewo...

Justyna

edzamieszczono: 2009.05.26

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2888 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj