Opowiadania

PŁEĆ? WOTEVER: Ukobiecenie


Totalitarny heteroseksualizm kojarzy mi się ze śmiercią. Tak jak religia uśmierca ludzi za życia, pozbawia siły sprawczej i witalnej, i tak jak mit o końcu historii tworzy iluzje, że może istnieć coś ostatecznego i niezmiennego.
J. (Wypowiedź jednej z osób sportretowanych do projektu „Becoming”)


Zakochując się w kolejnych chłopakach, popełniałam wciąż ten sam błąd. Upodabniałam się do nich. Bezwiednie, intuicyjnie, automatycznie.

Zaczęłam palić, bo Kuba palił. Moja miłość, z racji bliskości między obiektem i papierosem, obejmowała też tytoń, bibułkę, filtr, dym, żółć palców, papierosowy smak ust, smród oddechu. Nawiązanie intymnego związku z papierosami było sposobem na bycie bliżej palącego człowieka – nie tyle jego osoby, co raczej jego esencji. Tego, co go konstytuuje, co decyduje o tym, że jest, że jest, jaki jest i jest tym, kim jest. Dzięki paleniu mogłam być bardziej taka jak on. Od wewnątrz, bo przecież nie chodziło jedynie o naśladowanie jego sposobu trzymania peta, miny przy zaciąganiu się, przechylania głowy przy podpalaniu, przydeptywania niedopałków, obchodzenia się z popielniczką. To też. Przede wszystkim jednak palenie dawało nadzieję, że jakiś jego kawałek przeniesie się we mnie. Gdyby nagle znikł z mojego życia (a znikł prędko) – rozumowałam – ból braku nie będzie tak straszny, bo będę już miała w sobie choć część tego, co tak bardzo mnie w nim pociągało. Nie wiem, czy był mniejszy, bo bolało tak, że żaden duchowy ibuprom nie podołał. W końcu podołałam ja, ale zajęło mi to dwa lata.

Jego stosunek do papierosów, ich nieustająca w jego życiu obecność i waga były integralną częścią całości, w której po uszy się zabujałam. W moim kosmosie Kuba wylądował na miejscu słońca, a ja orbity. Wraz z nim w centrum znajdowały się fajki. Zarażenie się paleniem miało być sposobem, by choć odrobinę przywilejów centrum uszczknąć dla siebie. Ukradłam ogień z Olimpu wraz z zapałkami: jak on zaczęłam palić na czczo, jeden po drugim, mocno się zaciągając. Sępy w postaci wrzodów żołądka wyżerają mi flaki do dziś.

Zaczęłam robić melancholijne zdjęcia przy rozproszonym świetle wypranego nieba, bo takie robił Michał. Więcej: jemu zrobiłam serię fot w stylu od niego zapożyczonym. Oszczędnym i tak smutnym, że do dziś wieje od tych portretów rozpaczą.

Obcinałam włosy na bardzo krótko, bo takich włosów lubiłam dotykać na głowie Roberta. „Główka jak makówka”, myślałam. Ta główka w moich rękach, tak wyczuwalny kształt czaszki, tak namacalna kulistość, rozczulały mnie. A czułość była w tym związku jak kominek w zimnym pokoju. Moją główkę też robiłam na makówkę. Sama, przed lustrem, nożyczkami z bazaru. W tym samym lustrze lubiłam oglądać nas razem, bo byliśmy do siebie tacy podobni. Dwie ciemne, szczeciniaste kule. Do kiziania, przytulania, tarcia. Dotyk działał jakby mocniej, bo nie oddzielały nas od siebie włosy. Tak blisko skóry ma się wrażenie, że zaraz dosięgnie się środka.

Kiedy zakochałam się w rapie, zaczęłam go robić, a nie, jak moje koleżanki, szukać chłopaka wśród raperów. Upodabniałam się do tych, co robią rap, bo oni wydawali mi się rapu najbliżej. Kupowałam kolejne kasety, potem przegrywałam od znajomych płyty, a wraz z nimi wygrzebywałam coraz większe bluzy w lumpeksach, coraz luźniejsze spodnie, coraz bardziej przepastne kaptury. Dodawały pewności, robiły mi w świecie gniazdko. Miały sprawić, by nikt nie pomyślał o mnie, że jestem tylko kobietą. Bo w rapie kobiety są dodatkiem umilającym życie: seksem, wyglądem, ciepłem. Ja chciałam żyć, a nie być dodatkiem do życia czyjegoś. Żyć życia samą esencją. Zachłystywać się nią, w niej pływać i nurkować.

Chodziłam na punkowe koncerty i przeczytałam książki o anarchizmie, bo mój najlepszy przyjaciel był z punkowej sceny. Chciałam mu towarzyszyć w tym, co dla niego ważne. Ufałam mu, a skoro tak, to i jego ideałom. Wiedziałam, że nie mógł wybrać czegoś idiotycznego. Wkrótce wycinałam szablony tak samo dobrze jak on, pojechałam na antyszczyt, żyłam życiem, które wtedy określało się pogardliwie mianem: frywolne.

Starałam się wyszperać takie ubrania, jakie nosiły kolejne obiekty moich zrealizowanych lub niezrealizowanych uczuć. Uwielbiałam pożyczać te ciuchy od nich. Miały na sobie ich zapach, miały w sobie ich sposób kołysania biodrami, noszenia ciała, zadzierania głowy. Ich powolność, posuwistość, luz. Ich królowanie. W moim sercu, ale i w świecie, w którym mężczyźni są na prawach gospodarza. Nosząc ich ubrania, byłam jak żebrak przebrany za księcia. Dokonywałam aktu straszliwej uzurpacji, krzyczałam: ja też tak chcę, też chcę być królem! Bo królów się kocha. Wiem, bo sama ich kocham. Gdy będę taka jak oni, ktoś obdaruje mnie taką miłością, jaką sama potrafię obdarować.

Królów kochałam, czy życie, do którego mieli dostęp, a którego kobiety nie mają prawa dosięgać?

Nie zadawałam sobie takich pytań. Nie myślałam tak. W każdym razie nie świadomym siebie samego rozumem. Tak myślał za mnie mój brzuch, moje serce, moja płeć i mój rodzaj. Tak szumiały płyny mojego ciała, taką piosenkę śpiewały moje kiszki.

Jakież były moje zdumienia, gdy kolejni chłopcy, w których się zakochiwałam lub których kochałam jak braci, pewnego dnia objawiali się ze swoimi dziewczynami. Zaczynali chodzić z takimi, co to są do niczego niepodobne. Do niczego, to znaczy do nich. Całkowicie od nich różne. Oni wiązali się z dziuniami. Panienkami. Kokietkami. Dziewczęcymi Dziewczętami. Kobiecymi Kobietami. W wąskich spodniach, krótkich spódniczkach, o piskliwych głosach, pomalowanych twarzach, ogolonych nogach i małych kroczkach. Takimi, co zamiast odparowywać żartem na żart, śmiały się perliście z żartów przez nich rzucanych. Takimi, które na ciemnej klatce schodowej łapały ich z przestrachem za rękę, zamiast wskakiwać po dwa stopnie na poddasze, z kieszeniami wypchanymi piwem. Takimi, co miały torby zamiast plecaków, albo małe torebunie zamiast przepastnych toreb. Takimi, co owijały się wokół chłopców jak bluszcze, zamiast iść obok jak psy w podwórkowym stadzie.

Ja zostawałam najlepszym kumplem. Równym gościem. Ze mną budowało się przyjaźń, paczkę, ekipę. Miałam kolejno ksywy: „młody”, „małolat”, „ziomerek”. Ksywy jakby męskie. Na miejscu ich dziewczyn lądowały dziunie. „Kobiece kobiety pełne kobiecości”, jak mawia pewien raper. Inny gatunek człowieka. Ja byłam z tej samej gliny.

Z tej samej, ale i nie z tej samej. W rozkroku, pomiędzy, z zawieszonym na kołku pożądaniem, pragnieniem bliskości innej niż ziomerska, potrzebą relacji intymnej, a nie przyjacielskiej.

Ja chciałam być jak oni. W tym wyrażała się moja miłość, szacunek, podziw. Tak budowałam z nimi wspólnotę. Całe moje jestestwo dawało do zrozumienia: chcę żyć tak jak Ty. Być tak samo wolna, piękna, odważna, niezależna. Podpatrywałam, jak to się robi i uczyłam się. Z trudem, w śmiechu lub z płaczem, ale się uczyłam. Na tyle skutecznie, by mieć wystarczająco dużo siły, gdy musiałam odchodzić z ich życia, bo pojawiała się w nim kobieta. Żadna nie była w stanie zaakceptować takiej hybrydy jak ja w okolicach swoich wybrańców.

Banalne wyjaśnienie brzmi: byłam dla nich zagrożeniem. Byłam, ale to nie takie proste. Nie chodziło o zazdrość. Raczej o natarczywą obecność kogoś, kto mimo bycia kobietą nie zajmuje przypisanego kobietom miejsca. Zbyt nachalnie przypominałam im swoim wyglądem i zachowaniem, jak poniżającą rolę odgrywają. Jaki teatr odstawiają. W jakich przebraniach chodzą. Łamałam zasady damsko-męskiego kontredansu, a tam, gdzie on się odbywa, muszą panować szklarniowe warunki. Świat musi być po horyzont udekorowany różnicą płciową. Jasną, klarowną, dookreśloną, gdzie każda z płci – koniecznie dwóch – ma swoje zadania, uroki, zalety i wady.

W trakcie żałoby po kolejnym mężczyźnie – nie pamiętam już, czy był to kolega, przyjaciel, narzeczony – który zniknął z mojego życia, udając się w objęcia heteryckiego świata, zrozumiałam, że istotą heteroseksualności jest binarna różnica. To ona ich kręciła, fascynowała, wciągała jak fale do morza. To właśnie inność od siebie samego decydowała o tym, jakie partnerki wybierali mężczyźni, których znałam. Tego szukali, tego pożądali. To chcieli mieć przy sobie, posiadać, co dzień móc się wobec tego ustanawiać. Jak wobec komplementarnego lustra, które pokazuje odwrotność, dopełnienie, czyjś brak i czyjeś posiadanie.

W obrębie heteroświata, płeć, która nie jest rozpoznawalna, funkcjonuje na prawach obiektu zoologicznego. Cyrkowego popisu, na który ledwo można patrzeć, na który patrzy się ze wstrętem dorównującym fascynacji. W heteronormatywnym kosmosie, by być bezpieczną, a może nawet szczęśliwą, trzeba wybić się na męskość lub stoczyć w kobiecość.

Fizyczne oznaki płci są jak wyrok. Masz ciało nazywane kobiecym – choć przecież tak różne są ciała wrzucone do tego worka, a różnorodność ta mogłaby zostać uznana za bogactwo i piękno – i od tej pory jesteś traktowana jak kobieta. A im częściej jesteś tak traktowana, tym bardziej się kobietą stajesz. Analogicznie z mężczyznami.

Ludzie, którzy nie chcą ulepić się na modłę dwóch dostępnych rodzajów, są traktowani jak uciekinierzy od wyroku. Hardzi dezerterzy z odwiecznego układu sił, których tym bardziej należy przywrócić właściwemu porządkowi rzeczy. Że przywoływanie do porządku binarnej różnicy płciowej odbywa się przemocą – dobitnie pokazał film „Nie czas na łzy”(2000, reż. Kimberly Peirce). Gdy główny bohater zostaje przez kolegów „zdemaskowany” jako człowiek o żeńskich, a nie męskich organach płciowych, jest przez nich zgwałcony. A właściwie „zgwałcona” – gwałt jest sposobem na przymusowe „ukobiecenie” tego, kto nie chciał wejść w kobiecą rolę.

Podobna przemoc spotyka bohaterkę/bohatera „XXY” (2008, reż. Lucía Puenzo). Kilku chłopców zdziera z Alex ubranie, ogląda nagie ciało i naśmiewając się z jego inności symuluje akt seksualny. Można zaryzykować twierdzenie, że nie dochodzi do najdosłowniej pojętego gwałtu tylko dlatego, że ofiara tej genderowej przemocy ma cechy płciowe żeńskie i męskie. Te drugie stają się swoistą ochroną przed jednoznacznym sprowadzeniem do kobiecości, tzn. seksualnym użyciem, które z kolei jest znakiem i potwierdzeniem władzy. Sytuacja, która spotyka bohaterkę/bohatera „XXY” nosi jednak wszelkie znamiona przemocy seksualnej.

Na zdjęciach i obrazach Lidii Krawczyk i Wojtka Kubiaka (cykl „Becoming”) są właśnie takie „obiekty”. Wyraźne, ujęte z bliska, wyostrzone twarze osób, których płeć nie jest rozpoznawalna. Możesz zobaczyć na jednym i tym samym portrecie kobietę, możesz zobaczyć mężczyznę. Jak na uwielbianych przez dziewczynki trójwymiarowych pocztówkach, gdzie raz widać jednorożca, a pod innym kątem bukiet kwiatów. Lub sprytnych rysunkach, na których można dojrzeć i żabę, i królika – w zależności od tego, co pierwsze wyłapie twoje oko. Tyle że na portretach z serii „Becoming” nie ma namalowanych dwóch osób. Nie ma efektów specjalnych. Są za to ludzie. Osoby. Human Beings.

Zaraz po tym, gdy przestajemy zgadywać, czy na danym rysunku lub zdjęciu jest kobieta czy mężczyzna, przechodzimy do dużo poważniejszego ćwiczenia. Prędko orientujemy się bowiem, że ta gra jest bezcelowa: nie uda nam się. Zatem nie o to tu chodzi.

Chodzi o coś dużo poważniejszego: w jaki sposób jesteśmy w stanie traktować innych, gdy znika pryzmat płci, przez który na nich patrzymy? Wedle jakich kryteriów? Gdy płeć staje się niejasna lub nierozpoznawalna, gdy nie tyle chowa się, co raczej zanika, zanika wraz z nią schemat poznawczy, dzięki któremu automatycznie przypisujemy osobie, którą widzimy, setki cech i dyspozycji. Nagle nie wiemy, jakie możemy mieć wobec niej oczekiwania, jakie mamy wobec niej zobowiązania. Czy wraz z unieważnieniem tej wiedzy nie unieważniamy człowieczeństwa osób, których nie potrafimy płciowo zidentyfikować?

Siła prac z cyklu „Becoming” polega na tym, że wygląd sportretowanych osób wykracza poza wszelkie kody, także te mniejszościowe. Nie są to „kobiecy mężczyźni”, „męskie kobiety”, kobiety w stylu butch, mężczyźni w stylu femme, drag queens ani drag kings. Nie da się tych ludzi zaklasyfikować. Nie da zdeszyfrować, bo nie chowają oni swojej płci jak tajemnicy. Nie są przebrani. Nie udają kogoś innego, niż naprawdę są. Z pomocą sztuki Krawczyk i Kubiakowi udało się stworzyć grono poza kategoriami. Dwudziestą piątą godzinę doby. Wykroczenie poza płciową binarność, która jest fundamentem heteronormatywności.

Heteronormatywności, której nie da się sprowadzić ani do heteroseksualności, ani do homofobii. To pole, w obrębie którego i heteroseksualność, i homofobia mają swoje poczesne miejsce. Normatywność to jednak dużo więcej: to zbiór zasad, wedle których postrzegamy i oceniamy innych, ale i samych siebie. Zestaw naszych oczywistości – tak głęboko zapisanych w podświadomości, w reakcjach naszego ciała, w językowych przyzwyczajeniach, w codziennych nawykach, żebyśmy nigdy nie zdali sobie sprawy z ich istnienia. I fundamentalnej roli, jaką odgrywają w naszej interpretacji świata, rozumieniu samych siebie i innych.

„Becoming” zadziwia różnorodnością. Gdy nie możemy sprowadzić osób do ich płci, płci robi się tyle, ile osób. Każdy portret przedstawia kogoś radykalnie innego od poprzedniego. Nie da się założyć jakiegokolwiek podobieństwa między przedstawionymi. Nie znaczy to, że podobieństw nie ma, ale by je znaleźć, musielibyśmy poznać tych, których widzimy. Kobiecość i męskość okazują się zasłonami, które nie pozwalały nam naprawdę spotkać innych. Autorzy „Becoming” zdejmują je.

To prezent, ale i wyzwanie, bo Krawczyk i Kubiak pozbawiają nas dróg na skróty, gotowców, szablonów, skryptów i ściągawek. Czy bez całego tego instrumentarium nawiązanie kontaktu, relacja są w ogóle możliwe? Czy jest możliwe poznanie? Jak się do tego zabrać? Do jakiej części siebie sięgnąć, skoro jesteśmy na wskroś przesiąknięci obwarowaną dotąd wiedzą, że ludzie tworzą dwa zbiory i w obrębie jednego zbioru są do siebie podobni? A jednak chciałabym spróbować, bo jestem wielce ciekawa ludzi, których oglądam na tych portretach! Są tak pełni, mięsiści, namacalni, konkretni, wyraziści, ukształtowani. Realni.


Tekst ukazał się w nieregularniku lesbijsko-feministycznym FURIA nr1:



http://furia.org.pl/

Anna Zawadzka

edzamieszczono: 2010.05.26

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.263 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj