Jest środek nocy, a ja otwieram szafę...
Jest środek nocy, a ja otwieram szafę. Mrok w środku jest tylko odrobinę gęstszy niż ten w pokoju. Gdyby nie nagła nuta lawendy w powietrzu, nic by się nie zmieniło. Powoli jednak światło latarni przesączających się przez firany zaczyna docierać do wnętrza i oświetlać zawartość. Więc biorę głęboki wdech i robię krok naprzód.
Od razu napotykam smutne spojrzenie. Pastelowe oczy łąki. Ramiączka. Delikatne zmarszczenie u dołu. A zaraz obok tak jakby wyrzut – fioletowy. Powłóczyście patrzy, bo przecież długa. Wąska, do kostek, z głębokim dekoltem. I jeszcze jedno fioletowe spojrzenie, bardziej kątem oka – krótka, z szerokimi ramiączkami. I stalowe. Zza niego, czerń. Jeszcze jedna czerń. Kolejna.
Patrzą na mnie moje sukienki. Spotykamy się w środku nocy, podczas pełni. Tak samo jak ja, nie mogą spać. Nic w tym dziwnego, bo przecież jesteśmy sobą tak nasiąknięte – one mną, ja nimi. Dopasowujemy się za każdym razem, kiedy się spotykamy. Czarna to celebracja. Fiolet kiedy krew szumi w uszach z emocji. Łąka, na lato, na upał i duszne wieczory. Stalowy chłód elegancji. Och, dobrze się nawzajem znamy.
Tej nocy patrzą jednak na mnie z ledwo uchwytną pretensją. W ich spojrzeniach widzę pytania. W niektórych cichą prośbę. Jak im powiedzieć, że nie poznają nikogo innego? Jak przekazać, nie łamiąc ich delikatnych serc, nie rwąc splotów tkaniny, nie prując szwów – że nie dla nich ulice i place mego miasta? Jak wytłumaczyć, czemu nigdy nie doznają pieszczoty cudzego wzroku?
Te sukienki umrą od moli, nie od powietrza i wysiłku. Nie będzie im dane wypoczywać na wieszakach po ciężkim całodniowym znoju. Rzadko kiedy zawróci im w głowie pralka albo dłonie. Starość ich nie będzie przepojona radosnymi chwilami wśród ludzi. Jedna, dwie, może wszystkie, zwariują z samotności. Będą czepiać się każdego podmuchu, kiedy otworzy się szafa. Błagać o uwagę. Łasić się do dłoni. Szaleńczo ciągnąć do drzwi, których nigdy nie przekroczą. Skurczone artretyzmem z braku ruchu, będą dogorywać latami, lub zginą nagłą śmiercią na stosie.
Posrebrzane księżycem, sukienki w głębi szafy. Otulone kwiatowym aromatem. Z oczami przyzwyczajonymi do ciemności, a tak pragnącymi kolorów, ruchu, blasku. Do ich wyrzutów i smutków można się przyzwyczaić. Można odmówić prośbom. Ale kiedy napotykam spojrzenie nasycone miłością… kiedy z szafy patrzy na mnie nadzieja… odwracam głowę. Tego już znieść nie mogę.
Zamykam drzwi, nawet jeśli wiem, że następnym razem będzie tak samo. Choć liczę na to, że moja miłość do nich – odwzajemniona – pozwoli im spokojnie spać dalej, wiem że tak być nie może. Bo pewnego dnia, przez moje okrucieństwo, wszystkie sukienki w końcu skoczą na dno szafy. Rzucą się ze swoich wieszaków i kiedy którejś pełni otworzę szafę, zobaczę już tylko martwe gałgany. Na samym dnie – fioletowa, czarna, stalowa, czarna i ta łąka. Samobójczynie ze smutku, z wyrzutów i z zawiedzionej miłości.
Zzuzzu