Opowiadania

Szafa - część 1


Natarczywe dzwonienie budzika przerwało mi piękny sen. Z reguły po przebudzeniu nic nie pamiętam, ale są takie sny, które w pamięci zostają bardzo długo. Na zawsze.

Cześć I


Nie toczcie beczki Diogenesowi
Niech ją sam ustawi
Choćby i dnem do dołu pod rynną osądu
Jak przyjdzie pora
Wypłynie z niej tłustym oczkiem prawdy

Lub jako topielec
Ciekawy eksponat dla młodych lekarzy

Natarczywe dzwonienie budzika przerwało mi piękny sen. Z reguły po przebudzeniu nic nie pamiętam, ale są takie sny, które w pamięci zostają bardzo długo. Na zawsze. Sytuacja, którą przedstawiają jest bardzo podobna. Najczęściej są to przepiękne bale, na których ja, starannie wymalowana i przepięknie wystrojona, ostentacyjnie pozwalam się prosić do tańca przez udręczonych moją nieprzystępnością przystojnych kawalerów. W innej wersji sennych marzeń do mojego mieszkania włamują się złodzieje i kradną wszystkie ubrania. Zostawiają mi tylko jedną sukienkę, tę, którą mam na sobie i wywożą mnie daleko za miasto, bym miała dużo czasu na dotarcie do telefonu i zawiadomienie milicji. Zdarza się, że złodzieje zastają mnie w spodniach. Wówczas siłą przebierają mnie w spódnicę, bluzkę, robią makijaż i zabierając klucze od mieszkania, zostawiają mnie na korytarzu bez możliwości dostania się do domu. Przyznam się, że pragnę, by ten ostatni sen kiedyś się spełnił na jawie. Właściwie to wszystkie moje sny powinny kiedyś stać się prawdą choćby była ona nawet bardzo brutalna. Suknie, kosmetyki, biżuteria, to elementy, które łączą moje wszystkie sny. Dzisiejszy sen daleko od schematu nie odbiegał. Było to w Domu Towarowym "SAWA". Chciałam kupić nową sukienkę na zbliżającą się prywatkę i przymierzyłam wszystkie, jakie tylko były w sklepie. W pamięci utkwiła mi twarz zdumionej ale i umęczonej tak wybredną klientką ekspedientki oraz bajecznie kolorowy stos leżących przed przymierzalnią ciuchów. Wszystkie wieszaki puste, "wymiecione" półki, pootwierane przyniesione z magazynu pudła. Nic nie kupiłam. Nawet nie miałam zamiaru. Po prostu bardzo lubię stroić się i przebierać. Kreacje mogę zmieniać nawet co dziesięć minut.

Jest siódma czterdzieści. Pora wstawać. Zaplanowałam na dziś tyle zajęć, że na przeciąganie się w pościeli nie mam czasu. Rodzice od tygodnia są na wczasach, a dziesięć minut temu odjechał z dworca pociąg, którym moja siostra, Jola, pojechała do narzeczonego. Postanowiła skorzystać z okazji, jaką daje nieobecność ojca i matki, i zostawiła na stole kartkę, że wróci dopiero jutro około południa. Mnie ta kartka do szczęścia potrzebna nie była. Podsłuchałam wcześniej Jolki telefoniczne "spiskowanie". Tak więc zostałam sama. Dla pewności sprawdzam wszystkie pokoje. Na szczęście są puste. Jak nadmieniłam, zaplanowałam na te dwadzieścia parę godzin dużo spraw. Wpadam do łazienki. Po dokładnej porannej toalecie, wskakuję w różowy szlafrok Jolki, by po chwili wyrzucić na podłogę pół zawartości szafy w poszukiwaniu wałków. Są, ale czy ona musi mieć wszędzie bałagan? Może to i lepiej, w ten sposób nigdy się nie połapie, że grzebię w jej rzeczach. Po dziesięciu minutach walki z wałkami i mokrymi włosami mogę włączyć suszarkę. Właściwie to już dawno powinnam zrobić trwałą i problemy by się skończyły, ale w dalszym ciągu nie mam na to odwagi. Może w zimę? Pod czapką skręcone loki nie będą się tak rzucały w oczy. Przekrzykując myślami szum suszarki zastanawiam się w co się ubrać. Dziś moje święto. Jestem sama. Każdy dzień samotności w domu jest dla mnie wielkim świętem godnym uczczenia szampanem i opisania w pamiętniku. Niestety, takich dni ostatnio wiele nie miewam. Z bielizną nie było problemu. Nawet z rajstopami nie robiłam tragedii. Założę białe kabaretki, które tak bardzo podobały mi się na siostry nogach. Gorzej z sukienką, ta śliczna, w kolorze fiołków, jest na mnie za szczupła w ramionach, a szara zbyt mało efektowna. Chyba założę wrzosową, tę, którą Jolka zadawała szyku na ostatniej sylwestrowej zabawie. Zapach rozgrzanych włosów uprzytomnił mi, że już są suche i po zdjęciu papilotów będę je mogła delikatnie wyszczotkować. Zamykam przy tym oczy i wydaje mi się, że włosy sięgające ramion są dużo dłuższe i spadają spienioną kaskadą na plecy. Warto chociaż pomarzyć. Usiadłam przed toaletką i starannie pomalowałam na perłowy kolor ciemnego różu wszystkie paznokcie. Ten lakier jest naprawdę ładny, nie wiem co Jolce odbiło, że go po dwukrotnym użyciu wyrzuciła. Dzięki mojej dyskretnej interwencji miast do zsypu powędrował w przepastne półki mojego regału. Po chwili byłam już ubrana. Jeszcze tylko makijaż i będę gotowa. Tylko? Tyle tego wszystkiego ze swoją kolejnością i rytuałem. Tuby, słoiczki, pudełeczka, szminki... Zgodnie z modą i kolorem sukni, wybieram tonację różowo-wrzosową. Kolczyki wybrałam złote. Prezent od rodziców na osiemnaste urodziny Joli. Zawsze marzyła o długich, prawie dziesięciocentymetrowych łańcuszkach zakończonych gwiazdkami i półksiężycami. Lewy kolczyk wkładam bez żadnych problemów, ale z prawym są małe trudności. Muszę przebić ucho. Robiłam to już kilkanaście razy, ale nigdy nie miałam sposobności chodzić z dwoma kolczykami na tyle długo, by ranka się wygoiła. Igłą lekarską przebijam ucho po raz enty. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że już nie sprawia mi to żadnego bólu. To tylko moment. Podchodzę do lustra w szafie i podziwiam w całości swój konterfekt. Przyzwoicie. Może jeszcze trochę różu na policzki i będzie dobrze. Teraz mogę zrobić śniadanie i zabrać się za uzupełnianie pamiętnika.

Chociaż obejmuje on około dwadzieścia parę lat, nie jest on opasłym tomiskiem. Na kilkudziesięciu stronach czarnego notatnika zawarłam to wszystko, co wydawało się istotne, a co udało mi się przypomnieć w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Zaczyna się moim dzieciństwem.


Urodziłem się w typowej mieszczańskiej rodzinie z typową moralnością, przyzwyczajeniami i ambicjami. Radość była ogromna. Pierworodny. Podpora rodu. ADAM. Nawet wtedy, gdy urodziła się moja siostra, ja byłem "oczkiem w głowie". Jola zawsze była dyskryminowana i odsuwana na dalszy plan. Mamy cudownego syna, no i jeszcze córkę. To tak jak u Anglików: wyraz "man" oznacza mężczyznę i jednocześnie człowieka. Kobieta ("woman") to tylko kobieta. Takie postępowanie denerwowało mnie i rozdrażniało. Bardzo kochałem Jolę, tak jak i wszystkie dziewczyny. Chłopaków tylko tolerowałem. Już w przedszkolu nie miałem żadnych kolegów. Trudno mi było nawiązać z nimi kontakt. Te ich idiotyczne pomysły z procą, zabawą w wojnę czy kopaniem piłki... Taki na przykład Bogdan:

- Adam, chodź się bawić.
- Nie.

Wiedziałem, w co on się lubi bawić. Wybór był niewielki.

- No chodź.
- Mówiłem ci że nie.
- W wojnę? Co?

To było oczywiste. W co by innego. Odwracam się i odchodzę.

- To zbijemy Jacka, on jest słaby. Nie odda.

No właśnie. Co się teraz dzieje z Jackiem, nie wiem. Bogdana widuję często. Brudny, zarośnięty i pijany. Zawsze. Świetnie się za to czułem wśród dziewczyn. Jakie one miały wielkie problemy. Lalka ma brudną sukienkę i naderwaną rączkę. To wielki wstyd. Pluszowego misia chłopcy kopali jak futbolową piłkę. Przecież to go boli. Nie wiedziałem, czym tak naprawdę różni się chłopiec od dziewczynki, ale przyrzekałem sobie, że jak dorosnę, będę grzeczną i mądrą dziewczynką. Dziwiłem się tylko, dlaczego rodzice z uporem ubierali mnie wciąż w spodnie, a fryzjer obcinał moje włosy prawie przy samej skórze. Przecież ja też mógłbym nosić warkocze i wstążki. Wszystko przez tego fryzjera... Dzisiaj już nie potrafię odtworzyć sytuacji, w której odkryłem, że świat materii zakpił ze mnie, dając mi w jednym miejscu za dużo, nie dając żadnych szans, że przybędzie mi w innych miejscach gdy dorosnę, że nigdy nie będzie u mnie kolorowych wstążek, zwiewnych sukienek, mglistych pończoszek, delikatnych pantofelków. Nie dane mi będzie paradować zimową porą w puszystych futrach, w letnie wieczory stukać wysokimi obcasami po chodnikach. Czułem się bardzo pokrzywdzony i rozżalony. To tylko umocniło mój kontakt z rówieśniczkami. Chłopaki nazwali mnie "babskim królem". Drwili ze mnie i naśmiewali się. Byłem "babskim królem" i czułem się w tej roli bardzo dobrze. Towarzystwo dziewczyn odpowiadało mi. Podpatrywałem ich zachowanie, gesty, odruchy i wykorzystując okazje, gdy nikogo w pobliżu nie było, starałem się zachowywać tak, jak one. Jako że byłem ładnym dzieckiem, satysfakcję sprawiało mi stwierdzanie przez dorosłych, że wyglądam jak dziewczynka. Tak było kilkanaście lat temu. W okresie kilku pierwszych lat nauki w szkole podstawowej byłem zajęty problemami podstaw abecadła i arytmetyki i specjalnie o sobie nie myślałem. Jednak, jakby intuicyjnie, "trzymałem się" koleżanek. W klasie uchodziłem za łobuziaka i rozrabiakę. Powinno to wydawać się dziwne, ale ja miałem w tym swój interes. Nauczycielka za karę sadzała chłopaka w jednej ławce z dziewczyną. To była najokrutniejsza kara dla całej "męskiej" części klasy. Dla mnie odwrotnie.

Przełomowym okresem w mojej psychice była siódma klasa, kiedy to wykorzystując nieobecność domowników zamknąłem od wewnątrz wszystkie zamki u drzwi i otworzyłem szafę z ubraniami siostry. Uderzył mnie specyficzny zapach. Zapach kobiecej szafy. Co prawda kobieta była o dwa lata młodsza ode mnie, ale natychmiast zrozumiałem, na czym polega ta inność. Podczas gdy moje ubrania pachniały sterylnością szarego mydła, siostry przepojone były mgiełką kolorowo opakowanego mydełka, zasuszonym bukiecikiem stokrotek, westchnieniem pustej buteleczki po perfumach ukrytej przez Jolkę głęboko pod bielizną. Przecież ta dziewczyna miała tylko jedenaście lat. To mnie olśniło. Kobiecość to nie tylko piersi, długie włosy, piękne stroje. To przede wszystkim zupełnie inna psychika, której jeszcze do końca nie potrafiłem w sobie wyzwolić.

Ta szafa przez długie lata była sposobem na realizację moich marzeń. Gdy tylko miałem możliwość być w domu sam, przebierałem się w Jolki rzeczy i cieszyłem ich kolorem, delikatnością i fantazją kroju. Biała sukienka w błękitne kwiaty była pierwszą, którą miałem na sobie. Pamiętam, ile było w tym emocji. Wkładałam ją powoli, z namaszczeniem, jakby to była szata królewska. Była zakazanym owocem, po który bezczelnie sięgnąłem. Obawiałem się, by bezwiednie nie zhańbić, nie skalać świętości zakładając ubranie najwspanialszych istot, jakimi były dla mnie kobiety. Udało się. Potop nie nastąpił, gromów z nieba też nie było. Za to ja byłem szczęśliwy. Do czasu. Po chwili zacząłem odczuwać dziwny zawrót głowy i wilgoć w kąpielówkach. Byłem zdruzgotany. To nie była krew, to była sperma. Pierwszy, ale na szczęście jeden z nielicznych w moim życiu wytrysków. Obrzydliwość. Jeśli w tym momencie miało coś nastąpić, to spodziewałbym się raczej obfitej miesiączki. Swoją drogą sukienka bardzo mi się podobała. Jolce też. Mamy podobne gusty. Denerwowała mnie tylko przypominająca habit tunika, z ciemno brązowej flaneli. "Wypłakała" ją u matki, ale po co? Idiotka. Szybko zmądrzała. Habit już po miesiącu leżał na dnie szafy.

Do rozpaczy doprowadzały mnie chwile, kiedy musiałem wracać do rzeczywistości i zakładać swoje smutne, szare czy czarne spodnie i bure, anonimowe skarpetki. Odwlekałem te chwile do granic możliwości. Wiązała się z tym możliwość "wpadki", i kilka razy o mało co by do tego nie doszło. Pamiętam dobrze jeden taki krytyczny dzień. Jola była na kilkudniowej wycieczce ze szkoły, a rodzice jak zwykle w pracy. Z powodu choroby nauczyciela, odwołano nam dwie ostatnie lekcje. Mając świadomość, że nikt mnie nie zaskoczy, przebrałem się, gdy raptem słyszę jak ktoś próbuje otworzyć kluczem drzwi. Zamek był zablokowany przezornie włożonym od środka kluczem. Zdrętwiałem ze strachu. To może być tylko ojciec lub matka. Musiałem szybko otworzyć. Nie mając czasu na przebieranie się i układanie ubrań do szafy, założyłem w pośpiechu na wierzch spodnie, skarpetki i swój codzienny sweter. Otworzyłem drzwi i udając zaspanego, wytłumaczyłem matce, że skrócono nam zajęcia i położyłem się spać, a poza tym boli mnie głowa. Matka, na szczęście uwierzyła. Zabrała z pokoju jakieś dokumenty i wróciła do pracy. Udało się, ale takich sytuacji miałem kilka i za każdym razem byłem pewien, że to już koniec. Wpadka na całego.

Rosłem ja, rosła najukochańsza istota tego świata - siostra. Z biegiem czasu zmieniała się moda, a wraz z nią zawartość szafy. Pamiętam, gdy pewnego dnia wróciłem wcześniej ze szkoły, przyłapałem Jolkę na malowaniu paznokci. Gówniara. Czternastoletnia kobieta. Jednak rodziców obawiała się:

- Adam, proszę, nie mów nikomu bo dostanę lanie.

Byłem górą, kochałem ją, ale musiałem uciec się do szantażu.

- W porządku, ale pod jednym warunkiem. Pomalujesz i moje.

Pamiętam szczęśliwe oczy Joli. Wiedziała, że tajemnica pozostanie między nami. Wiedziałem to i ja. Lakier był czerwony, kupiony za kieszonkowe, zaoszczędzone na nie zjedzonych drożdżówkach ze szkolnego sklepiku. Nasze paznokcie były prześliczne. Dopiero później ogarnęła mnie panika. A jeśli się domyśli, jeśli zorientuje kto grzebie w jej rzeczach? Przecież nie mogę się zdemaskować. Na szczęście Jola tak była zafascynowana swoim zakupem, że zupełnie nie zwracała na mnie uwagi. Mimo to, od tej chwili wzmogłem czujność. Kolejne doświadczenia i kolejna porcja mojej ucieczki do siebie. Do prawdziwego ja.

Zupełnie przypadkiem zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Działałem podświadomie. Podczas gdy koledzy w towarzystwie dziewczyn tokują, ja szukam kontaktu, chwili szczerej rozmowy a nawet samej obecności. Przyłapałem się na tym w trakcie imienin sąsiada. Musiałem zmusić się do przyjęcia roli amanta. Nie mogłem się demaskować. Było mi wstyd i czułem, jakie to jest mi obce, sztuczne.

Nie zdając sobie sprawy z możliwości współczesnej medycyny, będąc pewnym, że zawsze i dla wszystkich będę nikim innym tylko mężczyzną, szkołę średnią wybrałem sobie typowo męską o unikalnej specjalności. Było to technikum z internatem, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Dlaczego tak daleko, po co internat i nietypowa specjalność? Myślałem, że stałe przebywanie wśród chłopaków zrobi mężczyznę i ze mnie. W internacie, będąc pod stałą "kontrolą" kolegów, nie miałem możliwości przebierać się ani posiadać w szafce typowo kobiecych przedmiotów. W przypadku niepowodzenia tej próby uczynienia ze mnie mężczyzny, zawód, który zdobywałem, zapewniał mi pracę w samotności, z dala od ludzi. Przez cztery lata szkoły każdą wolną chwilę spędzałem w parkach i okolicznych lasach. Podziwiając otaczającą mnie przyrodę, rozmyślałem o swoim życiu i sprawach. Eksperyment ze szkołą nie wypalił. Popołudniami chłopcy wymykali się z internatu na potajemne randki z miejscowymi dziewczynami, a ja kryłem się po lasach wraz ze swoimi kobiecymi pragnieniami. Po ukończeniu technikum podjąłem pracę w wyuczonym zawodzie, ale po kilku miesiącach zrezygnowałem, gdyż rzeczywistość bardzo wyraźnie odbiegała od pięknej, szkolnej teorii.

Wielkim ciosem dla mnie była konieczność odsłużenia 2 lat w wojsku. Wezwanie na komisję było szokiem i stawiało pod znakiem zapytania moje dalsze życie. Czy wytrwam i nie popełnię jakiegoś głupstwa. Wytrwałem, lecz zdarzało się, że na swój karabin patrzyłem jak na przepustkę do lepszego świata. Znając mentalność oficerów z komisji rekrutacyjnej wiem już, że gdybym przyszedł do nich nawet w sukience, przydzielili by mi pierwszą kategorię zdrowia. Wojskowy pan doktor nawet szczególnie mi się nie przyglądał i spytał tylko, czy na coś choruję. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Mimo swoich problemów zawsze uważałem się za zdrowego. Bycie kobietą, choćby tylko psychicznie, żadną chorobą nie jest. Tak więc odcierpiałam długie 2 lata, które potrafią odczłowieczyć prawie każdego. Przeżyłem tam wszystko. Od tortur psychicznych polegających na zniszczeniu wszelkich ludzkich odruchów, do przyśpieszonego kursu chamstwa i okrucieństwa. Wydawać by się mogło, że jeśli wytrzymałem tak długo bez swojej kobiecości, bo wojsko zabija nawet marzenia, powinienem wytrzymać też i w cywilu. Gówno prawda. Moje pragnienie jeszcze bardziej się spotęgowało i, używając terminologii wojskowej, wybuchło z siłą bomby jądrowej. Jedyną korzyścią tej dwuletniej katorgi było podniesienie kwalifikacji w prowadzeniu samochodów. W ten sposób zapewniłem sobie pracę kierowcy autobusów. Praca i tylko praca. Miałem tego dość i zacząłem szukać kontaktu z ludźmi, którzy mi w jakiś sposób pomogą.

Beata była dyrektorką Dzielnicowego Domu Kultury. W sferze jej niezliczonych zainteresowań znalazł się też amatorski teatr pantomimy. Zabawę Sylwestrową zorganizowała dla swoich aktorów oraz ich przyjaciół. Szybko wyczułem, jaką szansę daje mi zabawa w teatr. Dzięki Piotrowi, z którym znamy się kilka lat, po jego wstawieniu się za mną u Beaty, zostałem członkiem zespołu. Zacząłem się uczyć. Ruchy, które dotąd były mi obce lub nieudolnie naśladowane, zaczęły przybierać naturalną postać i wymowę. Poddawały się muzyce dobiegającej z magnetofonu. Czułem swoje ciało. Moja ręka nie musi strzelać niczym katapulta, może przenikać powietrze nie zakłócając nawet smużki tytoniowego dymu. Odbiegłem od zasadniczego tematu, ale ten okres był bardzo ważny a Sylwestrowy Bal kolejnym kroczkiem w moim życiu. Bufet zaopatrzony był obficie. W końcu byliśmy już pełnoletni. Od samego początku szukałem okazji, by zrealizować swój plan. Markowałem picie alkoholu i jego chwiejne skutki. Wyrabiałem sobie alibi. Aż przyszedł ten właśnie moment, oczekiwany od wielu wielu lat. Zabawa dobiegła końca. Zostaliśmy we trójkę. Beata, Piotr i ja. Uporządkowaliśmy salę i zaczęliśmy szykować się do wyjścia. Umówiliśmy się, że idziemy do Beaty na kawę. Właśnie poprawiała makijaż. Oceniłem sytuację. Teraz.

- Beata, pomaluj mi oczy.
- Słucham?
- Pomaluj mi oczy, zrób mi makijaż.

Zaskoczyło to ich, ale odparowałem to dobrze zagraną rolą pijanego playboya. Zgodziła się. Kazała usiąść na krześle i zamknąć oczy. Czułem to. Szybkie ruchy głaszczącej gąbki po powiekach, później delikatny chłód czarnej kreski tuszu i na koniec łaskoczące przesuwanie szczoteczki po rzęsach. Skończone. Podała mi lusterko. Ogarnęło mnie ciepło. ONA PATRZYŁA na mnie z odbicia. Było już widno, gdy szliśmy wyludnionymi ulicami do Beaty. Nowy Rok.

Tak, to był dla mnie nowy rok. Oczywiście o szafie nie zapomniałem. Na dziewiętnaste urodziny kupiłem siostrze komplet kolorowych kosmetyków. Wiedziałem, jakie lubi kolory i jakie są teraz modne. Zrozumiałe, że podobały się one i mnie. Jolka była szczęśliwa. Wykorzystywałem wszystkie możliwości, by kupować jej (nam?) odpowiednie prezenty. Urodziny, imieniny, Dzień Kobiet, gwiazdka. Kiedy pod koniec maja zobaczyłem w butiku supermodne klipsy, nie oparłem się i obdarowałem nimi siostrę z okazji Dnia Dziecka. W pierwszej chwili była na mnie zła, że ją tak traktuję, ale upominek zmienił jej groźne oblicze w radosny uśmiech. Czułem się bezpieczny. Miałem wszystko, czego potrzebowałem, a zarazem nie obawiałem się dekonspiracji. Musiałem tylko uważać, by mnie nikt nie przyłapał na korzystaniu z rzeczy siostry. Długoletni trening w ukrywaniu się doprowadził moje sposoby i ewentualne wykręty do perfekcji. Wiele kłamstw było rutynowych i przeprowadzanych szablonowo. Mój pokój był "czysty", męski. Dopełniała tego zupełnie obca mojej naturze kolekcja starych bagnetów i innych militariów. To były konieczne rekwizyty. Grałem swoją rolę według szczegółowo zaplanowanego scenariusza. Przewidziałem wszystko. Nawet niewytarty z regału kurz. On tam był niezbędny. Tak samo jak walająca się po podłodze piłka ubłocona w przypadkowej kałuży.

Zadzwonił telefon. Przerwałam czytanie. Co robić? Jeśli to ktoś z sąsiadów i będzie chciał do mnie wpaść? Przecież nie mogę nikomu otworzyć, nie chciałam zmywać makijażu, przebierać się w połatane wycieruchy, a lakier na paznokciach, nakręcone włosy, kolczyki. Szminka była utleniająca, jej tak szybko się nie zmywa. Zresztą i tak bym nie zdążyła, zajęło by mi to chyba z pół godziny. A jeśli dzwoni ktoś z daleka? Może rodzice? Ryzykuję. Podnoszę słuchawkę i drżącą ręką przykładam do ucha. W razie czego, odpowiem, że właśnie wychodzę z domu i się bardzo śpieszę, Złoto kolczyka brzęknęło o plastyk.

- Poproszę 752.

Pomyłka. Uspokojona odkładam mikrotelefon. Ale za chwilę znów ogarnia mnie uczucie strachu. Przecież w tej chwili ktoś mógłby stać na korytarzu i wyprostowanym palcem, jak szpadą przy ostatecznym ciosie, celować w przycisk gongu. Mógł słyszeć telefon i domyśleć się, że ktoś jest w domu. Przecież nie otworzę. Nawet, jeśli to też pomyłka. Przeczytałam w gazecie, że na Haiti transseksualizm jest ogólnie akceptowany. Nawet w Nowym Jorku czy Londynie nikt by mi natarczywie się nie przyglądał, gdybym tak, jak w tej chwili wyglądam, wyszła na ulicę w biały dzień. Taka sama reakcja byłaby w Holandii. Dlaczego jestem tu, w Polsce, gdzie same moje długie włosy wywołują komentarze? Zerkam przez wizjer na korytarz. Pusto. Tym razem miałam szczęście. Wracam do pamiętnika. Jakiś wewnętrzny nakaz zmusza mnie do powrotu do przedpokoju. Odłączam telefon. Nie ma mnie. Może tak było by najlepiej? Skończyłyby się problemy, strach przed ludźmi, przyszłością. Nawet w pracy muszę być inna, twarda. Poruszać się kanciasto, wyrażać ostro i wulgarnie, sypać tekstami znudzonego dziewczynami erotomana. Być może, chwilami, robię to efektowniej niż koledzy. To obawa przed dekonspiracją i w konsekwencji ośmieszeniem. Staram się uważać, by nie przegiąć sytuacji w drugą stronę. To też było by podejrzane. Dla zachowania pozorów podrywam dziewczyny, wulgaryzuję ich kobiecość. Śmieję się, ale zarazem buntuję do granic możliwości. Jestem bydlę, tchórz, niegodna produktów "Diany", "Cory" czy "Polleny". Natura wymierzyła mi policzek, ja powinnam wymierzyć sobie drugi.

Ruchem dłoni poprawiam brzeg sukienki. Wygładzam. Wyjmuję z paczki długiego papierosa z białym filtrem. Biorę w dwa palce lewej dłoni; środkowy i wskazujący. Przypalam i odkładam na popielniczkę. Z jednego końca białej tutki snuje się jasny dym, drugi przyciąga uwagę perłowym odciskiem ust. Przeglądam z uwagą moje zapiski.

Znajomość z Beatą i Piotrem przerodziła się w przyjaźń. Okazali mi swoje zaufanie, ale ja byłem od tego daleki. Jeszcze za wcześnie.
Toaletka Jolki przyciągała mnie jak magnes. Te zapachy, zwiewne, efemeryczne... Szufladki przepojone były nimi na wskroś. W pierwszej chwili szokowały kakofonią, przypominały próbę filharmonii, rozsadzały nozdrza, ale robiąc pierwsze próby makijażu poznałem tajemnice subtelności. Efektem zabiegów przed lustrem muszą być nie tylko harmonijnie nałożone atrybuty tęczy, ale też subtelna wonna kompozycja.

Kiedyś, będąc przypadkiem u Beaty, gdy już byliśmy po dobrym drinku, spytałem, czy mogę zrobić sobie makijaż. Zdziwiła się, ale nie oponowała, podała mi swoją kosmetyczkę. Znowu dobrze zagrałem. Następnego dnia, gdy przypomniała mi, co robiłem wczoraj, użyłem skacowanej miny i stwierdziłem, że nic nie pamiętam. Trochę się śmiała i prawiła komplementy, że ładnie mi to wychodzi, ale szybko zmieniła temat. Nic nie podejrzewa, a jeśli nawet, to ją to nie razi. Zrozumiałem, że dzieje się ze mną coś bardzo złego. Przestała mi wystarczać nieskrępowana kobiecość w zacisznym sam na sam. Czułem niesamowicie silną potrzebę przebywania w moim prawdziwym wcieleniu wśród ludzi. Nie chcę nikogo szokować, prowokować do spekulacji na mój temat. Chcę akceptacji. To będzie bardzo trudne. Ale Beata? Wyrozumiała, tolerancyjna. Tak samo i Piotr. Byli moimi przyjaciółmi. Musiałem im wyznać prawdę. Nie miałem wyboru. Jeśli nie oni, to kto? Tak naprawdę to mam tylko ich. W sprawach szczerości przestali liczyć się rodzice, Jolka a nawet Kiki, moja dziewczyna.

By grać w swoim otoczeniu rolę samca, rolę jakiej oczekuje po mnie otoczenie, musiałem pokazywać się w towarzystwie damskim. Kiki poznałem na imieninach u kolegi z pracy i od początku traktowałem jak koleżankę, ale nic więcej. Ona, jak się później dowiedziałem od wspólnych znajomych, kochała mnie do szaleństwa. Była bardzo młoda, bez doświadczenia. Nie zorientowała się, że w łóżku, do którego mnie w rezultacie zaciągnęła, jedyną szczęśliwą osobą była ona. Nie zorientowała się nawet, że nie miałem wzwodu ani wytrysku nasienia. Ja za to upewniłem się, że nie mam z tego żadnej przyjemności (wręcz przeciwnie!) ani w ogóle ochoty na podobne kontakty w przyszłości, ale grałem. Znów grałem. Scenariusz mojego życia wikłał się w kolejne wątki. To było konieczne.

Przerzuciłam kilkanaście kartek, które dokładnie zamazałam flamastrem. Miałam tam projekty bluzek i sukienek, które chciałabym mieć. Były odważne, ale wiem, że na pewno podobałyby się i innym. Powinnam chyba zostać projektantką mody.

Do Beaty zaglądałem bardzo często. Właściwie tak często jak i Piotr. Przesiadywałam z nimi po nocach i słuchałam, jak czytają i komentują swoje najnowsze wiersze. Te noce dawały mi dużo radości. Zrozumiałem, jakie możliwości daje pisanie. Stany świadomości, które opowiedziane "własnymi słowami" pochłonęłyby dużo czasu, a i sens nie zawsze byłby wiernie przekazany, przy pomocy poezji można ująć w jednym zdaniu. Fenomenalne. Postanowiłem i ja spróbować pióra. Nie były to, przynajmniej z początku, rewelacje godne literackiej nagrody Nobla, ale stwierdziłem, że poezja zacieśniła więź między mną a Beatą i Piotrem. Któregoś wieczoru u Beaty podszedłem do toaletki i sprawnymi ruchami zrobiłem makijaż. Patrzyli na moje poczynania z kosmetykami, ale nie odzywali się. Gdy zacząłem malować paznokcie, wyrazy ich twarzy zmieniły się, ale żadnych komentarzy w dalszym ciągu nie było. Usiadłem wygodnie w fotelu i przerwałem wyczekującą ciszę. W bardzo skrócony sposób powiedziałem im prawdę o sobie i swoim życiu. Ulżyło. Szczerość za szczerość. Beata i Piotr też wyłuskali przede mną swoje problemy. Jeśli można różne kłopoty zmierzyć jedną miarą, to stwierdzam, że "jedziemy na jednym wózku". Brak zrozumienia i akceptacji, oszukiwanie siebie, a tym bardziej innych, do niczego innego poza stresami i nerwicą nie prowadzi. Ta noc była bardzo długa, ale też i potrzebna. Od tego czasu u Beaty czułem się, jak u siebie. Pozwoliła mi na to, a czasami nawet zachęcała.

Lustro. Jak bardzo zmienia się mój stosunek do lustra. Raz podziwiam jego cudowne właściwości przy oglądaniu upragnionego odbicia. Innym razem jest dla mnie zimną, szklaną taflą, perfidnie zniekształcającą to, co chciałbym widzieć zawsze, a co niestety spłynęło z wodą i mydłem.
Azyl u Beaty rozzuchwalił mnie i psychicznie odprężył. Codziennie stawałem przed lustrem i stalową pęsetą usuwałem po dwa, trzy włoski z kształtnych, lecz szerokich brwi. Robiłem to powoli i systematycznie. Pośpiech mógłby okazać się zgubny. Ktoś może się zorientować. Depilację zakończyłem uzyskaniem artystycznej wizji na pograniczu delikatnej męskości i chłopczycy. To było właśnie tyle, na ile mogłem sobie pozwolić i ile było konieczne do wysubtelnienia twarzy. Oczywiście zacząłem zapuszczać włosy. Tu też nie mogłem przeholować. Praca kierowcy w MZK to przecież stały kontakt z ludźmi, a poza tym obowiązek noszenia munduru. Jeżdżenie autobusami po całej Warszawie bardzo mi ułatwiało kupowanie "prezentów dla Joli". Kupując w Domach Centrum mogłem przecież spotkać kogoś z sąsiadów czy znajomych. Wolałem tego uniknąć. W celu poznania wszystkich tras autobusowych w mieście, mając na uwadze naszą dyspozycyjność na wypadek choroby czy urlopu kierowców z innych linii, dyrekcja często zmieniała nam trasy. 179, 116, 125, itd., itd. Kilka, najwyżej kilkanaście dni i już jadę do innej dzielnicy. Mając dwadzieścia minut odpoczynku po dojechaniu do pętli, biegłem do najbliższego sklepu chemii, drogerii czy innego, w którym mogłem kupić odpowiednie prezenty. Krępowało mnie to, pociłem się ze strachu...

- Proszę pani, siostra prosiła mnie, żebym kupił...

lub

- Chciałbym kupić coś dla narzeczonej (lub żony).

W wersji z żoną, występowałam z tombakową obrączką, stukając manifestacyjnie palcami w szybę gabloty. Nie chciałem nadużywać gościnności i kosmetyków Beaty. Jej też zacząłem sprawiać prezenty. Dawałem oczywiście jej, ale oboje znaliśmy przeznaczenie kredki czy cieni.

Trochę zmarzłam. Co prawda to już połowa maja, ale sukienka jest raczej wizytowa, cienka, szeleszcząca a i jedwabna halka też dużo ciepła nie daje. Wstałam z fotela i skierowałam się w kierunku ukochanej szafy. Właśnie niedawno Jolka kupiła sobie szałową chustę.

Czarną, przetykaną fioletowo złotymi nitkami metalicznym połyskiem. Gdzie ta bałaganiara to utknęła? Tak tak. Jolka nie potrafi utrzymać w swoich rzeczach porządku. Sama się do tego przyznaje. Dla mnie to lepiej, nie połapie się, że ma w szafie "współlokatora". Przerywam poszukiwania. Chyba zabrała ją ze sobą. Miała prawo, chociaż to ja powiedziałam jej gdzie takie chustki można kupić. Zapłaciła ona, ma więc pierwszeństwo. Zadowalam się białą, kwiaciastą z "Cepelii". Też jest ciepła.

Cholera, paląc papierosa za papierosem zjadłam szminkę. W zasadzie to nic ważnego, ale psuje efekt wizualny. To tak, jakby ktoś wyskrobał oczy "Monie Lizie". Poprawiam usta i przy okazji robię kawę. Maczam we wrzątku usta i zabieram się do pamiętnika. Bezwiednie skierowałam wzrok na toaletkę. Ile spędziłam przed nią godzin? Godzin? Dni! Tygodni!

Trzynastka

edzamieszczono: 2010.04.06

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.3166 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj