Opowiadania

Szafa - część 2


Któregoś dnia, u Beaty, będąc już w pełnym makijażu, poprosiłem ją, by mi pozwoliła założyć jakąś swoją sukienkę. Oczywiście, czemu nie? Przyniosła z drugiego pokoju długą, wieczorową suknię w kolorze świeżej czerwieni.

Część II


Któregoś dnia, u Beaty, będąc już w pełnym makijażu, poprosiłem ją, by mi pozwoliła założyć jakąś swoją sukienkę. Oczywiście, czemu nie? Przyniosła z drugiego pokoju długą, wieczorową suknię w kolorze świeżej czerwieni. Wyszedłem do łazienki przebrać się. Rozebrałem się. W celu podkreślenia talii mocno ścisnąłem pas wyjęty ze spodni i gołe ciało oblekłem w delikatną materię sukni. Beata była zaskoczona. Myślała, że założę ją na wierzch, na swoje ubranie. Ale tylko ona tak myślała i nie domyślając się dalszego ciągu zażartowała, że mam zgrabne nogi. Poniosło mnie i bez namysłu wypaliłem:

- To daj mi jeszcze pończochy. Wtedy będą jeszcze ładniejsze.

Przyniosła i podała mi czarne rajstopy.

Wiem, Beata traktuje mnie już jak kobietę. Często zdarza się jej, że zwraca się do mnie ADA. Rodzice chyba podświadomie tak mnie ochrzcili. Wystarczy z mojego imienia zabrać jedną literę.

W "Kobiecie i Życiu" natknąłem się na artykuł o jakimś angielskim lekarzu, który poddał się operacji zmiany płci. Zazdrościłem mu. Jako lekarz miał możliwości. Nie było dla niego problemem zrobienie sobie serii zastrzyków z estrogenów lub kupno odpowiednich tabletek, które u nas są wydawane tylko za okazaniem odpowiedniej recepty. Powoli znikał zarost, rosły piersi, zmieniał się tembr głosu. Później tylko kilka zabiegów chirurgicznych, plastycznych i wymiana dokumentu tożsamości. Pracuje teraz jako... lekarka. Nawet pacjenci zostali ci sami. Nie chcę porównywać reakcji swojego otoczenia, gdyby spotkało się z podobnym przypadkiem. Poczułem na plecach mrówki.

Jola coraz częściej znika z domu. Jeździ do Pruszkowa, do Romana. Jej wielka miłość. Kolejna, ale prawdopodobnie i ostatnia. Jolki zaręczynowy pierścionek widziało już chyba z pół dzielnicy. Wyjazdy do Pruszkowa są mi bardzo na rękę. Ostatni tydzień miałem jednak bardzo ciężki. Siostra była chora i przez tydzień nie ruszała się z domu. Mało, zapowiedziała, że załatwi jeszcze kilka dni zwolnienia. Nie wytrzymałem. Po dziesięciu minutach u Beaty byłem już sobą.

Grudzień. Beata urządza "Sylwka" u siebie w domu. Będzie Piotr i jeszcze kilka osób z zespołu. Oczywiście będzie to bal przebierańców. Piotr odgrywał amerykańskiego mafioso w białym garniturze, kapeluszu i getrach na brązowych, lakierowanych butach. Beata w kusej koronkowej sukience i pończochach z efektownymi podwiązkami kreowała francuską kurtyzanę. Pozostali straszyli przypadkowością i idiotycznym brakiem poczucia humoru. Ja - wiadomo. Dla zmylenia założyłem pożyczoną blond perukę i zaostrzonymi wcześniej kolczykami przebiłem uszy. Bawiliśmy się cudownie. O trzeciej rano, razem z Wandą, (koleżanka z zespołu) poszliśmy z życzeniami do Bartka, naszego wspólnego znajomego. Mieszkał kilka ulic dalej. W pierwszej chwili nie poznał mnie. Ucieszyło mnie to bardzo. Wypiliśmy u niego "parę głębszych" i spacerkiem wróciliśmy do Beaty. Byłem dumny. Pierwszy raz w swoim życiu szedłem Śródmiejskim Pasażem w pełnym kobiecym przebraniu. Robiliśmy dużo zdjęć, ale na szczęście aparat miałem tylko ja. Odbitki dostali wszyscy, ale te, na których byłem ja otrzymali tylko Beata i Piotr. Negatyw zniszczyłem.

I znów artykuł z gazety. Lekarze oceniają, że jest nas w kraju około 500 - 700 osób. Autor tekstu był naprawdę znawcą tematu, a może też... Kilka dni potem, w tym samym dzienniku znalazłem "społeczny odzew" na interesujący mnie artykuł. Jakiś człowiek niedwuznacznie sugerował rozwiązanie problemu, przez izolowanie nas w szpitalach psychiatrycznych. Chciałbym go zapytać dlaczego? My nie jesteśmy chorzy. Chore jest społeczeństwo. Trzydzieści parę milionów ludzi godnych izolacji. To już nawet nie jest choroba, to bardzo poważna epidemia.

Zerwałem z Kiki. Ona naprawdę mnie kocha i zaczęła wiązać ze mną swoje życiowe plany. Rozumiem ją. To już nie był szkolny kabarecik. To był dramat. Pełnospektaklowy. Przecież Kiki nie była winna mojej kobiecej psychice. Nie mogłem jej krzywdzić. Nie wolno mi było powiedzieć "cześć" i opuścić jej życia po angielsku. Wiem, że bardzo by cierpiała. Zagryzałem wargi do krwi i realizowałem plan, kolejny scenariusz. Zapomniałem o randce, bezpodstawnie skrytykowałem jej najlepszą przyjaciółkę, nie wywiązywałem się z podjętych wobec niej zobowiązań. Denerwowała się na mnie. Była zła. Później złość przeistoczyła się w obojętność, by w końcu mnie znienawidzić. Było mi bardzo ciężko, gdy patrzyłem jak dobra, kochana Kiki przeobraża się w potworny wulkan ziejący ogniem.

Moje włosy są już do ramion. Chyba już dość. Jak zacznę szaleć, wywalą mnie z roboty. Wykorzystuję "parawan" z włosów, by przebić ucho i nosić kolczyk aż do wygojenia ranki. Po dwóch tygodniach mogę już go wyjąć. W przyszłym tygodniu przebiję na stałe drugie.

Pośpieszyłem się z tymi planami. Koleżanka, która miała mi tylko wyrównać końcówki włosów obcięła mnie tak niebezpiecznie krótko, że koniuszki uszu prawie zostały odkryte.

Wieczorami chodzę na długie spacery nad Wisłę i uczę ładnego chodzenia. Noga za nogą, wąsko, krok krótki. Brzuch wciągnięty, ramiona cofnięte. Głowa, jakby dumna, lekko uniesiona do góry. Ćwiczę systematycznie, wprowadzając stopniowo nowe elementy. Od jutra wchodzi płynne falowanie bioder.

Do Beaty przyjechał na kilka dni Włodek. Jest jej starym znajomym ze studenckiego teatru. Widziałem się z nim już kilka razy. Interesująca postać. Malarz, poeta, kompozytor, mim. Jednym słowem artysta całą gębą. Jak tylko wszedłem do pokoju od razu zwróciliśmy na siebie uwagę. Ubrany był prowokacyjnie. Biała koszula z aplikacjami i błękitna kamizelka w drobne, ciemne kwiatki. Przynajmniej się nie maskował. Poderwał się z fotela, podbiegł do mnie i ze słowami "kopę lat" pocałował w usta. Było to coś pośredniego między staropolskim "z dubeltówki" a namiętnym pocałunkiem stęsknionej czułości panienki. Był szybki. Policzka nadstawić nie zdążyłem. O wiele za szybki jak na pierwsze moje przywitanie z nim w ten nowy dla mnie sposób. Wysunąłem mu się delikatnie z objęcia i usiadłem przy stole, ale tak, by móc go obserwować i swobodnie konwersować. Czułem, że chce rozmawiać, że ma mi coś do powiedzenia. Zaczęło się konwencjonalnie. Wspomnienia, twórcze osiągnięcia... Gdy doszliśmy do pogody, Włodek zaczął się niecierpliwie kręcić w fotelu i kokietować mnie prawie wyczuwalnymi gestami. Nie zwracałem na to uwagi, znam go. Denerwował mnie tylko jego sposób mówienia. Pindrzył się jak stara ciota. Wkurzał mnie. Wyraźnie się do mnie umizgiwał. Co robić? Rozumiem te gesty, uśmiechy, poprawianie włosów, zakładanie nogi na nogę. Wyczuwam to wszystko, ale z tym to nie do mnie. Nie ten adres kochasiu. Co to ma być do cholery? Pederastia? A może lesbijstwo? Opanowałem się. Wiem, co masz mi do powiedzenia, przecież od samego początku mówisz to całym sobą. Wciąż mówisz to samo i czekasz na odpowiedź. Chcesz odpowiedzi? Proszę bardzo. Skromnie założyłem nogę na nogę i słuchając tego o czym mówi, wystudiowanym ruchem poprawiłem włosy. Patrzyłem się przy tym na niego z przeuroczym uśmiechem na twarzy. Stremował się, zaczerwienił i ucichł. Mówił teraz powoli, z namysłem, jakby to było zeznanie przed Ławą Przysięgłych. Chciałeś odpowiedzi, to ją masz. Teraz zastanawiaj się, co to wszystko znaczy. Trudno, wybacz, możemy traktować się jak przyjaciele, ale nie jestem w stanie cię pokochać i kochać.

Zgłodniałam. Odsmażyłam obiad i dopiero szum płynącej z kranu wody podczas zmywania, uprzytomnił mi, że to już tylko dwa tygodnie. Za dwa tygodnie, za czternaście dni Jola wychodzi za mąż i przeprowadza się do Pruszkowa. Będę musiała dawać sobie radę sama. Niestety nie wiem jak. Nie będzie szafy, toaletki, sukienek, bielizny. Nie będzie nawet zapachu, który z tym wszystkim się kojarzy. Kocham Jolkę. Jej też będzie mi brakowało. Nie raz miałyśmy ze sobą scysje, ale obie umiemy wybaczać. Jak to siostry.

To pływanie bioder długo nie dawało mi spokoju. Pamiętam, że podczas rozdzielania ról do nowej inscenizacji Beata obsadziła mnie w takiej, gdzie musiałem to opanować. Miałem z tym dużo kłopotów. Całe wieczory chodziłem po pokojach, kuchni, korytarzu, od jednego końca mieszkania do drugiego a Beata ciągle mówiła że źle i zaliczałem kolejne kilometry. W końcu chyba po miesiącu stwierdziła, że robię to na tyle znośnie, by mogła mi szczerze powiedzieć, że chodzę jak młoda chłopka wracająca z targu. Wydawało mi się, że robię to dość ładnie, ale Beata miała swoje wymagania. Pocieszyła mnie dopiero Wanda, która po premierze przyleciała za kulisy i obsypała mnie komplementami. Podziękowałem, ale z treningów nad Wisłą nie zrezygnowałem. Muszę być jeszcze lepszy. Muszę być wiarygodny. Naturalny. Rutynowy. Dziwnie to wygląda, gdy kobieta uczy się kobiecego zachowania, ale potrafię to łatwo wytłumaczyć. Moje zachowanie przypominać może Tarzana, który (tak jak i ja) wychowany wśród małp, musiał od podstaw uczyć się przebywania wśród ludzi. Tak bardzo chcę być człowiekiem.

Wczoraj napisałem wiersz, który według mnie oddaje walkę, która dzieje się we mnie.

FORMY
I znów zwyciężyłaś
Jesteś zazdrosna o swoje prawa
Robisz się bezwzględna
Przeszkadzała ci kobieta którą kocham
Odsuwałem cię
Chciałem zapomnieć
Nie pozwalasz
Jaka jesteś śmieszna
Ten twój makijaż, połyskliwe paznokcie
Cóż mogę poradzić
Muszę cię kochać
Tworzymy nierozerwalną jedność
Jesteś
Będę walczył
Chociaż...
Może...

Piotr miał pewne zastrzeżenia, ale to był mój wiersz i obroniłem go.

Z rozrzewnieniem przeczytałam ten wiersz jeszcze raz, choć napisałam go zaledwie miesiąc temu. Z ciekawości wyjęłam z szuflady zeszyt z wierszami starszymi i porównałam je z tym. Wyrwałam pierwszą kartkę, wyrwałam drugą, trzecią, wyrywałam następne.... Po kilku minutach zostały mi w dłoniach puste okładki. Przyglądałam się ostrej czerwieni lakieru na paznokciach na tle szarej tektury okładek. Tak samo wyglądały moje poprzednie wiersze.

Dwa tygodnie do ślubu. Jeszcze czternaście dni i będę musiała sama organizować swój świat. Jolka zapewne opróżni cały pokój. Zabierze cały mój świat. Zwariuję. Muszę się z tego otrząsnąć.


Kupiłem książkę pod tytułem "Seksuologia". Kapała tłustymi słowami, odnośnikami, mnóstwem tabel i wykresów. Kto to napisał? Hmm... Praca zbiorowa. Bezduszne automaty żyjące z "wierszówki". Czy wśród nich nie ma żadnego normalnego człowieka? Ta zbiorowa praca, zbiorowo czyni ze mnie chorego psychicznie.

Podebrałem Jolce rajstopy, figi i halkę. Po południu zamknąłem się w łazience, puściłem z kranu wodę, by zagłuszała wszelkie odgłosy i przebrałem się w to. Swoje spodenki ukryłem głęboko pod wanną. Na wierzch założyłem przygotowaną wcześniej błękitną koszulę i świeżo wyprane spodnie "wycieruchy". Miałem w zapasie nowe, białe skarpety frote. Do całości pasowały. Poszedłem do Beaty przeczytać jej wiersz "Formy" i od razu drugi, który powstał dzisiaj rano.

FORMY II
Zastanawia mnie
I niepokoi
Jaki będzie kres tej walki
Kto wygra
To śmieszne
Ja i ona
On i ja
Możemy się kochać, lubić,
tolerować, pogardzać sobą
Możemy się też nienawidzić
Ale jedno
Nie może zabijać drugiego
Zwyciężyłam
Śmieszne, co?

Stwierdziła, że jestem odważny. Ja powiedziałbym, że jestem samobójcą. Te wiersze, szczególnie drugi, nie nadają się do publicznej prezentacji. Są zbyt osobiste, demaskujące. Beata oceniała je przede wszystkim pod względem literackim. Czekam na Piotra. On tego wiersza jeszcze nie zna. Powinien pochwalić. Bardzo na to liczę. Poczułem, że muszę napisać jeszcze jeden wiersz. Tak na poczekaniu. Usiadłem w fotelu. Czułem jak w chwili siadania spodnie przesunęły się po gładzi rajstop. Miłe uczucie. Po chwili, prawie namacalnie czułem obecność fig i halki. Nie wiem w jaki sposób, ale czułem. Może to gładkość materiału. Może ciała. Może to tylko autosugestia. Napisałem wiersz błyskawicznie. Ledwo ująłem długopis, a już zdumionym wzrokiem czytałem:

FORMY III
A czy mnie ktoś zapytał
Czy ja tak
Oczywiście
Należy
Itd.
Na przekór innym
(sobie?)
Mam zawsze coś
Co w pewnym sensie dopełnia
A może początkuje

Uwierają mnie spodnie. Palą. Cisną jak średniowieczne narzędzia tortur. Dlaczego? Mają już ze trzy miesiące i nie powinny być obcisłe. Za chwilę je zerwę z ... Za pięć tygodni Jolki ślub. Co będzie ze mną?

Rzeczywiście, to już tylko dwa tygodnie. Tak się zaczytałam, a to już siedemnasta. Muszę przecież opisać dzisiejszy sen i wczorajszy spacer. Miałam też zadzwonić do "Telefonu Zaufania". Numer telefonu znalazłam w "Życiu Warszawy" ale nie miałam jeszcze okazji, by tam zadzwonić. Chcę się dowiedzieć o możliwości przeprowadzenia operacji zmiany płci. Właściwie to zmiany płci nie chcę. Jestem przecież kobietą. Chcę tylko usunąć narządy męskie i odtworzyć operacyjnie te, które powinnam posiadać. Gdzie takie zabiegi przeprowadzają? Podchodzę do telefonu. Po wykręceniu czterech cyfr stremowałam się. Odłożyłam słuchawkę i podeszłam do lustra. Jestem naprawdę ładna.

Zaniosłem Piotrowi kolejny wiersz do oceny.

FORMY IV
Garść chwil nam darowanych
Forma, treść
I coś jeszcze
Pomieszane w bezładzie
Brakujące ogniwo ewolucji
Między ty i ty
Zawieszone w próżni współistnienia
Kontynuuję normy towarzyskie
Podtrzymuję egzystencję
Marzę
Chwilami prawdziwie żyję
I czekam
Na oficjalne uzupełnienie społeczności
Lub zamianę
Ciężkiego dnia
W radosny poranek

Jolka oświadczyła rodzicom, że bierze urlop. Chce jeszcze przed ślubem zabrać swoje meble i rzeczy do domu Romana. Wracając z pracy wstąpiłem do komisu na ul. Rutkowskiego. Zainteresowała mnie czerwona bluzka-nietoperz wisząca na wystawie. Wszedłem z myślą użycia któregoś z wypróbowanych sposobów kupna "prezentów”. Tę w witrynie widziałem już od kilkunastu dni, ale nie miałem odwagi tam wejść. To, co stało się w dniu dzisiejszym, było chyba wynikiem jakiegoś transu. Sklepu ominąć nie mogłem, tak samo jak i nie mogłem do niego nie wejść. O "nietoperzu" zapomniałem. W środku wisiało ich chyba ze trzydzieści w różnych fasonach i kolorach. Przesuwałem wieszak za wieszakiem po metalowej rurce i dokładnie każdą oglądałem. Przy kolejnej, moja dłoń zawisła w powietrzu. Hipnotyzowała mnie cukierkowo różowa jedwabna bluzeczka z dowcipnymi falbankami przy mankietach i kołnierzyku. Drżącą ręką zdjąłem ją z wieszaka, przyłożyłem do piersi i obróciłem się w stronę opartego o przeciwną ścianę lustra. Ta bluzka jest bardzo twarzowa, ale co do tego? Jaki kolor spódnicy? Jaki fason? Nie mam w tym żadnej wprawy, ale kieruję się intuicją. Kieruję wzrok w dół i oczami wyobraźni widzę całość. Bordowy półklosz, białe pończochy i bordowe lub różowe pantofle. Makijaż w tym samym kolorze albo w brązach, ale o ton ciemniejszy. Gdyby tak jeszcze przefarbować włosy na kolor kasztanowy... Do rzeczywistości przywróciły mnie wytrzeszczone oczy sprzedawczyni i podobne dwóch młodych kobiet. Poczułem żar na policzkach. Znieruchomiałem. W ułamku sekundy rzuciłem bluzkę na kontuar i wybiegłem z komisu. Ocknąłem się wpadając na stłoczoną masę ludzi przed kinem "Atlantic". Byłem na siebie zły. Przecież nie chciałem jej ukraść. Chciałem kupić. Normalnie. Zapłacić, poprosić o zapakowanie i mówiąc "do widzenia" wyjść. Zaskoczyło je, że spodobała mi się bluzka. Przecież im też by się spodobała. Za dwanaście tysięcy nie kupuje się byle czego. Zapaliłem papierosa. Spokojnym krokiem wróciłem do sklepiku. Były tam wszystkie trzy. Nachylone nad kontuarem głośno chichotały. Przeprosiłem. Dopiero teraz zauważyły moją obecność.

- Poproszę tę bluzkę. Niech pani mi też pokaże tę utleniającą zieloną szminkę.

Drewnianymi dłońmi postawiła przede mną złote opakowanie. Otworzyłem. Zaległa cisza. Wydawało mi się, że i na ulicy ucichł codzienny gwar. Na lewej dłoni narysowałem szminką delikatną smużkę. Patrzyłem, jak zmienia się jej kolor. Po kilku sekundach barwa ustaliła się. Będzie odpowiednia. Położyłem na ladzie trzynaście i pół tysiąca.

- Proszę to zapakować razem.

Wyszedłem spokojnie na ulicę. Bez dumy, ale i bez wstydu. Po to są sklepy. Daję pieniądze i biorę to, co mi się podoba. Zakupy włożyłem do regału na półkę z koszulami. Po dziesięciu minutach powędrowały pod swetry. Tak będzie lepiej. Chociaż nie. Ciasno zwijam bluzkę i upycham w puszce od przedwojennej maski przeciwgazowej. Tam nikt nie zajrzy. Swój pokój sprzątam sam i jeśli ilość kurzu przekracza pewne ustalone zwyczajowo normy, z utęsknieniem czekam zwrócenia mi uwagi przez matkę. Uwielbiam sprzątania, prania i inne podobne prace domowe, mógłbym to wszystko robić codziennie, ale nie mogę z tymi upodobaniami zdradzać się.

Od Beaty wróciłem po północy. Była zdenerwowana. Ma jakieś swoje problemy. Tylko wszedłem do swojego pokoju metalowa puszka z ukrytą zawartością od razu rzuciła mi się w oczy. W niewiarygodnym tempie zaczęła rosnąć, by po chwili wypełnić cały pokój. Chowam ją do wersalki. Uspokojony zasypiam.

Pamiętnik niech chwilę poczeka, muszę wreszcie zatelefonować. Chyba już do tego dojrzałam. Podniosłam słuchawkę i zdecydowanymi ruchami palca zaczęłam wybierać numer. Dwa, osiem, trzy, sześć, trzy, sześć.

- Telefon zaufania. Słucham?

Odezwał się miły, ciepły głos. Dobrze, że to kobieta. Będzie mi łatwiej.

- Proszę pani. Chciałabym dowiedzieć się, gdzie można przeprowadzić operację zmiany płci?
- To nie miejsce na głupie żarty. A gdyby nawet, to niech PAN skontaktuje się z doktorem...

Odłożyłam słuchawkę. Zdałam sobie sprawę ze swojej bezsilności. To miał być telefon zaufania. Tak bardzo liczyłam na efekty tej rozmowy. Byłam pewna, że nareszcie ktoś potraktuje moje problemy poważnie i fachowo. Odruchowo spojrzałam na zegarek. Dziewiętnasta. Co tydzień o tej porze chodziłam do Darka na brydża. Zawsze ten sam skład. Janek z żoną i ja z Darkiem. Dzisiaj pierwszy raz wyłamałam się. W tej chwili jest mi to zupełnie obojętne. Zaparzyłam świeżej kawy i pogrążyłam się w lekturze.


Napisałem kolejny wiersz.

FORMY V
Marzę
Chcę
Pragnę
Żądam
Namyślę się
Przeanalizuję
Poczekam
Skryję się
To tylko kwestia czasu
To tylko chwila zrozumienia
To tylko biel bieli
To tylko czerń czerni

PONIEDZIAŁEK. Jolka wróciła od Romka i poprosiła mnie, żebym pomógł jej w przyszłym tygodniu w przeprowadzce. Mam przecież "malucha" i przyczepę. Musiałem się zgodzić. Byłem na siostrę wściekły, ale przecież nie była niczemu winna. To masochizm odwozić samemu szafę, bez której nie wyobrażam sobie życia. Wyszedłem z domu, długi spacer pomoże mi w odzyskaniu równowagi. Całą noc włóczyłem się po Starówce.

Dalej były puste kartki. Co robiłam we wtorek? Aha! Pożyczyłam od dyspozytora trzydzieści tysięcy i zaraz po zmianie robiłam zakupy. Figi, halki, muślinowa letnia sukienka, duży zestaw kosmetyków. Udało mi się też dostać bordową spódnicę. Zaplanowałam też, że następnego dnia rozejrzę się za różowymi szpilkami z odkrytą piętą i noskiem, oraz białymi, gładkimi rajstopami. Zakupy znalazły schronienie na dnie wersalki. Wspomniałam Beacie o moich zakupach. Wydawało mi się, że była lekko zaskoczona.

Odezwał się gong. Odłożyłam długopis i podeszłam do drzwi. Przez wizjer widzę Darka. Cicho wracam do pokoju. Idąc, koniuszkami palców niechcący trąciłam szafę. Moja szafa. Duża, przedwojenna, z pięknie intarsjowanymi drzwiami. Dotykam ją delikatnie. Przez dwa centymetry dębowego masywu czuję jej wnętrze.


ŚRODA. W dalszym ciągu zakupy. Kupiłam te białe rajstopy. Od razu trzy pary. Szpilki w sklepach były, ale nie w tym kolorze. Zadowoliłam się plastikowymi sandałkami. Piotr domaga się następnych wierszy. Do końca czerwca jest termin wysyłania swoich utworów na konkurs Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Mam mieć siedemset linijek tekstu. Specjalnie dla niego napisałam ten wiersz i zaniosłam do "cenzury.

Hej. Bosmanie
Uważaj
Odcinam ostatnie więzy

Odpłynąłem
Widzę jeszcze
Rozszarpaną linię brzegu
Krwawiące do morza strumienie
Ster prawo na burt
Krzysztofie!
Nie baw się jajkiem
To już się stało
W porcie
Została urwana kotwica

Nie mógł się zorientować, o co w nim chodzi. Kazał mi poprawić. Nie zgodziłam się. Wiersz ten był zapisem chwili i moich decyzji, a raczej nieuniknionych faktów. Zarzut, że jest niezrozumiały, odrzuciłam. Ja nie rozumiem myślenia mężczyzn i nie mam zamiaru ich w tym temacie edukować.

CZWARTEK. Zaproponowałam Jolce, by rzeczy, których nie będzie potrzebowała, jakieś meble, drobiazgi, stare ubrania zostawiła. Mnie nie będą przeszkadzały, a tam nie będzie robiła graciarni. Stwierdziła, że musi zabrać wszystko, bo w jej pokoju rodzice mają zrobić sobie sypialnię. Odwróciłam się i bez słowa wyszłam z mieszkania. Beata ciągle zdenerwowana, coś w pracy. Widziałam jak się męczy. Piotr popędza z wierszami.

PIĄTEK. W pracy miałam wolne za niedzielny dyżur. Cały dzień włóczyłam się po mieście i obserwowałam sklepowe wystawy. Gdybym miała mnóstwo pieniędzy, nie miałabym najmniejszego kłopotu z szybkim wydaniem ich. Powinnam też kupić ciężarówkę, by zakupy dostarczyć do domu. Większość kobiet ma zapełnione ciuchami szafy i pełne szufladki kosmetyków w toaletce. Ja nie mam prawie nic, więc moje zakupy objęłyby wszystko od bielizny i biżuterii do butów i okryć wierzchnich włącznie.

Zaraz zaraz. Przecież miałam coś pilnego zrobić. Rzuciłam pamiętnik na stół i wybiegłam do sąsiedniego pokoju. Wróciłam po chwili z Dowodem Osobistym. Z żyletką w palcach pochyliłam się nad moim dokumentem tożsamości. Wyskrobałam ostatnią literę imienia i wkleiłam zdjęcie zrobione w Sylwestra u Beaty. Sprawdzam całość od początku. Nazwisko na szczęście nieodmienne. Dąbek. Imię Ada. Rysopis, rodzice, wydany... zameldowanie... pieczątki. W porządku.

Wracam do opisywania refleksji z wczorajszego spaceru.

Matka krzycząca na małe dziecko, za to, że płacze. Dwoje młodych narkomanów zataczających się po chodniku. Brak reakcji tak zwanego społeczeństwa. Powietrze. Nic.

Po południu Jolka robi kipisz w domu. Szuka torebki-reklamówki "Nina Ricci". Wpadłam w popłoch. Jest w mojej wersalce. Trzymam w niej kosmetyki. Czuję, że Jola zaraz dobierze się do mojego pokoju. Muszę wszystko ukryć. Gdzie? Siostra szaleje. Jestem w pokoju. Wyrzucam z wersalki pościel. Dwie niewielkie paczki, puszka, reklamówka. Wybiegam na korytarz. Co robić? Zdumiona Jolka stoi w drzwiach i świdruje mnie wzrokiem. Zbiegam piętro niżej i ładuję wszystko do zsypu. Strach przed wyjawieniem tajemnicy przechodzi w przerażenie. W poniedziałek już nie będzie szafy, a w tej chwili utraciłam wszystkie skarby. Zbiegam po schodach. Ludzie, samochody, zgiełk, światło, cień, pisk hamulców, jakieś przekleństwa. Co ja tu robię? Jestem na środku Puławskiej. Rozbijam kordon otaczających mnie gapiów i szybko oddalam się. Zatrzymuję się dopiero nad Wisłą. O drugiej rano wracam do domu. Jolka już śpi. Nastawiam budzik na siódmą czterdzieści. O tej godzinie siostry już nie powinno być w domu.

Zamknęłam pamiętnik. Podpisuję go czytelnie Ada Dąbek i chowam na półce z książkami. Weszłam do swojego, ale jakże obcego pokoju i zaczęłam zrzucać z regału i ścian militaria. Przyłożyłam ostry bagnet do piłki. Błagalnie zasyczała, ale już było za późno. W kilka sekund zmieniła się w bezkształtny twór. Zebrałam w dwie pakowne torby całe to żelastwo i ustawiłam przy koszu na śmieci. Na wierzch, położyłam skórzany strzęp piłki. Starannie powycierałam kurze i spojrzałam krytycznym okiem na pokój. Było znośnie. Właściwie, to raczej szablonowo, bez odrobiny intymności. Na biurku ustawiłam pozostawione w łazience przez siostrę ozdobne lusterko. Teraz jest dużo lepiej. Poprawiłam makijaż, założyłam klapki na obcasie. Jeszcze tylko płaszcz. Do skórzanej koperty na rzemyczku włożyłam kilka podręcznych kosmetyków i dowód. Zamykam drzwi na klucz. Spacerowym krokiem idę do Beaty. Ona coś wymyśli, podpowie jak dalej żyć... Niebo jest cudownie rozgwieżdżone. Wiosenna aura lekko przegarnia chłodne jeszcze powietrze. Świat może być piękny, wystarczy tylko zachwycać się tym, co radosne, naturalne, a odrzucać co sztuczne i obce. Wchodzę na drugie piętro. Naciskam dzwonek z tabliczką 'Beata Kalinowska".

***
Do napisania tego opowiadania zainspirowało mnie odnalezienie przez moją żonę, Jolantę, czarnego pamiętnika. Ada zginęła tragicznie trzynaście dni przed planowanym terminem naszego ślubu. Rozpędzony samochód roztrzaskał się na samotnym, przydrożnym drzewie. Zostały po niej tylko nasze wspomnienia i pamiętnik, spoczywający na honorowej półce w dużej, przedwojennej szafie z intarsjowanymi drzwiami.

17-18.03.1986.
edzamieszczono: 2010.04.14

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2788 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj