Relacje

10. Jubileuszowe Plenerowe Trans Party oczyma Lukrecji


10. jubileusz zobowiązuje, a że dane było mi tym razem być w Polsce, nie wyobrażałam sobie, że mnie tam nie będzie. I w ten sposób jubileusz stał się moim debiutem.

13–15 września 2013
Gospodarstwo agroturystyczne w pięknym miejscu gdzieś w Polsce.

Zapewne jak każdy z uczestników, a zwłaszcza uczestniczek, zaczęłam się przygotowywać kilka dni przed wyjazdem. Miałam o tyle ciekawiej, że opierałam się na skąpych wiadomościach o tym, że jest to wioska, że chodzą sobie zwierzęta luzem oraz na paru zdjęciach. Wybrałam zestaw strojów dostosowany w moim mniemaniu do specyfiki miejsca. Jakże się myliłam.

Oczywiście, pod względem strojów byłam przygotowana do panujących tam warunków, ale za to na wieczornych party bardzo brakowało mi moich butów, sukienek, peruk. Już wiem, że za rok tego błędu nie popełnię.


Opierałam się, wybierając stroje, na moich odczuciach względem siebie. Od pewnego czasu moja świadomość kobiety jest tak mocna, że na co dzień nie odczuwam potrzeby strojenia się i naiwnie myślałam, że będę sobie w legginsach, tuniczkach i zwykłych butach latała i będę szczęśliwa, że jestem tam. I tak faktycznie było. Bo to jest najważniejsze w tym miejscu i podczas tych paru dni. Każdy z nas jest tam sobą i może robić to, co uważa dla siebie za najlepsze. Nikt mu złego słowa nie powie i nie narzuci swoich wizji. Ale jednak lans jest stale obecny. Na szczęście wzięłam moje nowiutkie botki na szpileczce, kupione dzień przed wyjazdem, i jedną sukienkę, której nie miałam jeszcze okazji zaprezentować publicznie. I całe szczęście, bo wbrew obawom, okazało się, że można po trawie, pośród koni, gęsi, kóz i krów chodzić w czarnej sukience w czerwone róże, bordowych rajstopach z założonymi na wierzch kabaretkami i czarnych botkach na szpilce. Więcej, można było w takiej kreacji uganiać się za kozami i nikogo to nie śmieszyło, a mi sprawiło niesamowitą frajdę.


Bo tak właśnie, jak w przykładzie powyżej, wyglądał nasz pobyt. Każdy mógł ubrać się tak, jak chciał. Każdy mógł usiąść pod drzewem na ławce i rozmawiać o tym, co mu w duszy gra i konfrontować to z tym, co w duszy gra rozmówcom. Spędziłam na tych rozmowach wiele czasu, z Olą, Jolą, Monikami, Tanią, Mary, dwiema Edytami, Natalią i wieloma innymi. Każda ta rozmowa to niezwykłe przeżycie i zetknięcie się z innym wycinkiem podobnego świata. Dopiero takie spotkania w tak różnorodnym i tak otwartym towarzystwie pozwalają zrozumieć, jak wspaniałe jest to, co przeżywamy. Ja z godziny na godzinę nabierałam chęci do kolejnych lansów. Pojawiały mi się nawet tak zwariowane pomysły, że pojadę do domu po kolejną walizkę rzeczy. Na szczęście byłam już po jednym drinku (śmiech).

Ale wiem, i zapewne nie tylko ja, że jednak te kreacje, stylizacje, to był wspaniały dodatek. Bo to, co najważniejsze, to bycie razem, wspólne posiłki, obfitujące w niesamowite specjały, które skutecznie walczyły z jakimikolwiek pomysłami na dietę.


Skoro już wspomniałam o jedzeniu, to na chwilę się tu zatrzymam. Kolacje i śniadania to był szwedzki stół w polskim wydaniu. Było bardzo smacznie, bardzo różnorodnie i w dużej mierze bardzo niezdrowo, ale kto tego nie kocha. Obiady były natomiast serwowane na stoły. Dwudaniowe, ale wybór mięs, surówek powodował, że musiałam bardzo się wstrzymywać, by móc wstać od stołu. Nie wiem, czy za te pieniądze, które zapłaciliśmy za pobyt, gdziekolwiek bylibyśmy w stanie tak smacznie się najeść, że nie powiem dosadniej – przejeść. A gdzie noclegi, zamknięty dla nas ośrodek? Tutaj należą się gorące, płynące prosto z serca, podziękowania, dla Właścicieli i ich Współpracowników. Stworzyli nam niesamowitą atmosferę i wspaniałe warunki do wypoczynku. Myślę, że nie przesadzę, gdy napiszę, że nikt z nas nie opuszczał tego miejsca w niedzielne popołudnie z ciężkim żalem i już tęsknił do kolejnego spotkania za rok.

Ale czas najwyższy zdać relację z pobytu. Wyjechałam z domu w piątek rano w towarzystwie Myszy. Nie nudziło mi się, bo Mysza miała bardzo wiele ciekawego do powiedzenia, nie tylko o naszym świecie, ale i na inne tematy, związane z Jej życiem zawodowym, co jest niezwykle ciekawe. Tak więc droga mi się nie dłużyła. Ubrana byłam oczywiście odpowiednio i wygodnie, legginsy capri wykończone koronką, balerinki i sweterek – mini sukienka. Przerwę zrobiliśmy na jakimś parkingu w małej wiosce i tam w sklepie zaopatrzyłam się w brakujące wiktuały. Po raz kolejny przekonałam się, że jak nie epatuje się sobą, tylko jest się po prostu sobą, ludzie przyjmują to spokojnie. Bardzo miło było w tym małym, wiejskim sklepiku. Pozdrawiam obie panie ekspedientki, może to kiedyś przeczytają?


Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Przywitały nas dwie dziewczyny, Edytka i Ania, która okazała się potem wspaniałą organizatorką sobotniego przedpołudnia. Natomiast Edyta od razu zakręciła mi w głowie wspaniałymi legginsami. Bo ja mam na ich punkcie świra.

Dziewczyny wzięły nas pod drzewko na ławkę, zaproponowały kawę i coś jeszcze i zaczęłyśmy się integrować. Oczywiście Lukrecja od razu rozstawiła sprzęt i poszła pod stojące obok drzewko robić fotki. I zaraz dowiedziała się, że to drzewko to swoisty magnes od pierwszego PTP w tym gospodarstwie i stało się niejako oficjalną wizytówką tego miejsca.

Po krótkiej rozmowie mogłam się po raz pierwszy przekonać, gdzie jestem. Ruch przy bramie wzbudził zainteresowanie prawdziwych gospodarzy tego miejsca i po chwili miałyśmy już towarzystwo w postaci bardzo towarzyskich czworonożnych reprezentantów kilku gatunków. To niesamowite wrażenie, gdy koń zagląda ci przez ramię i próbuje sprawdzić, co też masz ciekawego w tej szklance. Zresztą parę razy im się to udało.

W niedługi czas potem zaczęły nadciągać nowe siły: ekipa warszawska, reprezentacja zza zachodniej granicy i z najróżniejszych zakątków Polski. Każdy nowy samochód wjeżdżając na parking powodował ruch. Przywitania, pierwsze wspólne fotki. Gorące powitania tych, którzy widzieli się ostatni raz rok temu w tym samym miejscu.


Tak wyglądało właściwie całe piątkowe popołudnie. Przywitania, pierwsze rozmowy, obserwacje. Oczywiście instalowanie w pokojach. Pierwsze kreacje. Myślałam, że nie będzie mi się chciało robić na bóstwo. Czułam się super bez peruki, makijażu, na luzie ubrana. Ale to było bardzo błędne wyobrażenie. Już na kolację niektóre dziewczyny przyszły w pełnej gali. Potem przenieśliśmy się wszyscy do sali w budynku, w którym mieliśmy swoje pokoje i tam początkowo też byłam taka, jak od dłuższego czasu, bez peruki, bez makijażu, ale długo nie wytrzymałam. Widząc, jak do sali co jakiś czas wchodzi nowa laska, udałam się do swego pokoju w jedynym słusznym celu. Wyjęłam mój kuferek z kosmetykami i od tego piątkowego wieczoru do wyjazdu w niedzielę po południu, praktycznie większość czasu spędziłam w pełnym rynsztunku. Pierwszy wieczór, który zazwyczaj jest wieczorkiem zapoznawczym, bo główna impreza odbywa się w sobotni wieczór, tym razem stał się główną imprezą. Ja sama przebierałam się chyba ze trzy razy i zaprezentowałam swoją jedyną sukienkę, którą początkowo chciałam zostawić na sobotę. Oczywiście szaleństwa nas nie opuszczały. Zabawa była super, muzyka porywała do tańca. Z Edyttką W. zamieniłyśmy się sukienkami, dzięki czemu miałam na sobie kolejną kreację. Zresztą być może to było w sobotę ? Nie ważne, kiedy. Bardzo fajne było to, że muzyka nie była głośna i to pozwalało swobodnie rozmawiać. Bo mimo wszystko, akurat możliwość porozmawiania na różne tematy, nie tylko związane z naszym kobiecym czy męskim światem, była (przynajmniej z mojego punktu widzenia, a wiem też z wypowiedzi innych uczestników, że nie tylko ja tak uważam) bardzo ważna.


Myślę, że dla wielu z nas, którym rozleciały się związki, lub bezskutecznie szukają nowych, wiele siły dały rozmowy ale i wspólna zabawa z partnerkami, których zacna reprezentacja była obecna. Obserwacja tego, jak podchodzą do pasji swoich partnerów, możliwość rozmów z Nimi właśnie o tym, jak to się zaczęło, jak to obecnie funkcjonuje w ich związkach, dało bardzo dużo pozytywnej energii i wiary w to, że każda i każdy z nas ma na to szansę.

Nocna impreza przeciągnęła się do białego rana. Nawet parę osób postanowiło nad ranem pójść w zawody dźwiękowe z czworonożnymi mieszkańcami ośrodka. Ale nie będziemy małostkowi i pominiemy to milczeniem (śmiech).


Wbrew pozorom, na śniadaniu stawił się prawie komplet uczestników. Fakt, że jedna z uczestniczek pomogła tym bardziej opornym pewnym urządzeniem wzmacniającym głos, ale nikt nie miał o to pretensji, bo wszyscy chcieli skosztować przepysznej jajecznicy, ciepłej kiełbasy i innych specjałów.

Po śniadaniu przyszedł czas zajęcia w podgrupach. Część po prostu wypoczywała i zbierała siły na kolejny wieczór. Część oddała się leśnym spacerom w okolicy gospodarstwa. Jeszcze inna grupa pokazała swoje kawaleryjskie pasje i jeździła konno. Tu wielkie podziękowania dla Julity za jej nieocenioną pomoc. Ale największa grupa udała się kolumną trzech samochodów na wycieczkę krajoznawczą do Byczyny i okolic pod światłym przewodnictwem Ani z Wrocławia, za co serdecznie Jej dziękujemy. To był z Jej strony zupełny spontan, więc tym bardziej należą się Jej gorące słowa uznania.


Nie zdawałam sobie sprawy, że jesteśmy tak blisko ważnej historycznej miejscowości. To pod Byczyną 24 stycznia 1588 roku wojska polskie pod dowództwem hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego rozgromiły w krwawej bitwie wojska arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga. Byliśmy pod czas tej wycieczki bardzo malowniczą grupą, zresztą nie jedyną, bo w tym samym czasie w mieście trwał piknik średniowieczny. Ale wydaje mi się, że nasze stroje budziły większe zainteresowanie. Przeżyłam parę niezwykłych momentów. Pierwszy raz od chwili, gdy zaczęłam w sobie odkrywać kobietę, byłam w kościele, w dodatku w pełnym kobiecym wydaniu. Był to kościół ewangelicki, ale to akurat nie miało znaczenia. Może nawet przez ten surowy wystrój tym bardziej odczułam to, czego doświadczyłam. Kiedyś byłam osobą wierzącą. Obecnie już nie, ale mimo wszystko bardzo emocjonalnie przeżyłam ten moment.


Gdy wychodziliśmy z kościoła, Ania zgromadziła nas przed wejściem i pełniła funkcję przewodniczki, a tymczasem z kościoła wychodziła niemiecka wycieczka. Wie ktoś, czemu nam się tak przyglądali, a już zwłaszcza nie mogli oderwać wzroku od nóg Ani? Zresztą takich sytuacji mieliśmy sporo, ale muszę podkreślić, że mieszkańcy Byczyny i turyści zachowali się z klasą. Nie zauważyłam ani nie usłyszałam żadnych ordynarnych i niecenzuralnych epitetów. Wprost przeciwnie, spotkaliśmy się z fajnym przyjęciem, m.in. w salce muzeum, gdzie wysłuchaliśmy historii Byczyny i bitwy, czy podczas spontanicznego wykładu jednego z mieszkańców Byczyny o maszcie flagowym z XIX wieku. Było też jedno bardzo zabawne zdarzenie, gdy w narożniku murów miejskich ustawialiśmy się do wspólnego zdjęcia, nagle zza okna z budynku naprzeciwko nas doszło głośne „Mamo!” Być może ktoś wystraszył się, że jest inwazja kosmitów (śmiech). Ja zwłaszcza chcę tutaj podziękować Paulinie, która akurat podczas naszej wycieczki stała się moją nadworną fotografką i dzięki Niej mam wiele wspaniałych zdjęć. Zresztą Paulina ma jeszcze inne talenty, ale o tym później.


Po zwiedzeniu Byczyny pojechaliśmy do oddalonego o kilka kilometrów miejsca, gdzie jest rekonstrukcja średniowiecznego grodu. Nie jest to klasyczna rekonstrukcja, tylko stylizowany na średniowieczny gród ośrodek wypoczynkowy. Była tam m.in. ekspozycja narzędzi tortur i okazało się, że są wśród nas osoby o ukrytych mrocznych pasjach, ale o tym cicho-sza...
Z tego grodu, wzywani alarmowymi sygnałami, że zostaniemy pozbawieni obiadu (śmiech), wróciliśmy do ośrodka.


Po obiedzie nastąpiła popołudniowa cisza. Część uczestników wypoczywała zbierając siły przed wieczorem. Inni rozmawiali. Bardzo miło wspominam rozmowy z Jolą. We wszystkich rozmowach uderzyło mnie to, że nikt nikomu niczego nie narzucał, dzielił się swoimi przemyśleniami, doświadczeniami. Cieszył się, że każdy z nas odnajduje się w tym świecie i żyje w zgodzie ze sobą. Jakże różne to od naszej wirtualnej rzeczywistości, gdzie wiele osób uważa, że tylko ich wizja jest jedynie słuszna. Tutaj widziałam autentyczną radość z tego, że jestem szczęśliwa w tym miejscu swojej drogi, w którym jestem obecnie. Nie spotkałam się z żadnymi komentarzami typu „musisz, bo jesteś w błędzie”. Każdy z nas cieszył się szczęściem drugiej lub drugiego i chłonął uznanie i akceptację prezentowanej przez siebie wizji siebie. Było nas sporo, ponad 30 uczestników. Ogromna różnorodność. I okazuje się, że można wspólnie świetnie się bawić. Wiem, że uczestnicy poprzednich edycji wiedzą o tym doskonale, ale piszę o tym, bo ja byłam pierwszy raz i miałam takie obawy, doświadczywszy różnych wirtualnych ataków, często bardzo ostrych. Dlatego uważam, że trzeba to podkreślić, by ewentualni nowi uczestnicy przyszłych spotkań nie bali się. Mimo, jak by nie patrzeć, bardzo specyficznego rodzaju spotkania, nie ma szansy, by ktoś komuś wyrządził krzywdę, bo jeżeli nawet znajdzie się ktoś taki, to zostanie spacyfikowany. Piszę o tym, bo był jeden zgrzyt. Ale osoba zaatakowana słownie dostała od razu wsparcie, a osoba atakująca sama później przyznała, że posunęła się za daleko.


Przed kolacją Paulina ujawniła jeszcze jeden swój talent, przynajmniej przede mną, bo Ona jest artystką i pomalowała mi paznokcie. Pierwszy raz w życiu miałam pomalowane artystycznie paznokcie. Zresztą nadal mam, pisząc te słowa, chociaż nie ubłagalnie zbliża się czas, że będę musiała się z nimi pożegnać, bo coraz mniej lakieru jest na paznokciach.


Podczas kolacji przybyła ekipa łódzka (Dorota, Dawid i Weronia) a przedtem, w późnych godzinach popołudniowych zjawiły się Celina i Isia. W ten sposób na wieczornej sobotniej imprezie był komplet uczestników. Wiele wspólnej fajnej zabawy. Ja sama zrobiłam coś pierwszy raz w życiu. Ale o tym wiedzą wtajemniczeni (dzięki Biu i reszcie towarzystwa zza drzwi).


Podczas imprezy miałyśmy z Mary pomysł na spontaniczny mini pokaz, ale okazało się, że wiara była zbyt rozbawiona i w takich warunkach coś zorganizować to syzyfowa praca. Nauczone doświadczeniem, postanowiłyśmy coś przygotować na przyszły rok. Ale co to będzie, dowiedzą się uczestnicy przyszłorocznego PTP. A kto wie, czy nie będą to tylko Oni.


Ale wracając do zabawy, nasze przygotowania z Mary nie poszły na marne, bo i tak zrobiłyśmy mini pokaz bielizny.
Ostatnia noc. A potem poranek, śniadanie i ostatni lans, więc kosmetyki i do dzieła. To było bardzo fajne przedpołudnie. Rozmowy z Edzią, Mary, Olą, Pauliną, Jolą TV. Wspólne niezwykłe zabawy z Jackiem i Patrycją. Pogoń za kozami w botkach na kilkucentymetrowych szpilkach. Oraz sesja na kamieniu przed obiektywem Pauliny.


Ale niestety, nie ubłagalnie czuliśmy presję zbliżającego się dużymi krokami momentu pożegnania. Ostatni obiad, po którym nie chciało się wstawać od stołu.
Próbuję sobie przypomnieć, rozmowy z kim utkwiły mi jeszcze w pamięci. Pojawia się Fizia, bardzo fajna, ciepła dziewczyna. Pełna humoru. Pojawia się żal, że wiele osób nie udało się poznać bliżej. Spędzić z nimi więcej czasu. Julitko, na pewno następnym razem nadrobimy zaległości...
Isia, sorry, że nie zrobiłam fotki Twoich paznokci, o co mnie prosiłaś...


Dziękuję obu Monikom za bliskie memu sercu kreacje i za pozytywną energię, którą promieniowałyście.
Dziękuję Lilce i Arlettce za wiatr z zachodu i rozmowy o życiu tam.
Dziękuję Celinie za lekcje cierpliwości podczas robienia zdjęć Dawidowi, Dorotce i Isi.
Dziękuję Fizi za ciepło i radość, która z Niej biła.
Dziękuję Oli za wspaniałe rozmowy o życiu.
Dziękuje Paulinie za paznokcie, cierpliwość i chęć, dzięki czemu mam wiele wspaniałych zdjęć a la sesyjnych.
Dziękuje Biu i Ani za całonocnego drinka, za przełamanie pewnych oporów i wspaniałą zabawę.
Dziękuję Edyttcie W. za przywitanie, wspólne zabawy, wymianę sukienek i za wspólną miłość do legginsów.
Dziękuję Ani za kawę na dzień dobry, wspaniałą wycieczkę i wsparcie udzielone Biu i Ani w przełamaniu moich oporów.
Dziękuję Myszy za wspólną podróż i wiele ciekawych monologów, co mi bardzo pasowało, bo mogłam się skupić na jeździe i nie nudziłam się.
Dziękuję Mary i Tani za wspólne tańce, a Mary zwłaszcza za nasz spontaniczny pokaz bielizny dla wybranych.
Dziękuję Jackowi i Patrycji przede wszystkim za wspaniałe niedzielne przedpołudniowe zabawy. Byliście cudowni.
Dziękuję Edycie i Joli TV za wspólne mieszkanie i za to, że ze mną wytrzymałyście oraz za ciekawe rozmowy w różnych miejscach i czasie.
Edycie dodatkowo dziękuję za ciągłą rywalizację platformową.
Dziękuję Julicie za to, że mogłam Cię poznać.
Dziękuję Telci za jej bajecznie kolorowe kreacje i Jej Elci, za to, że była i promieniała uśmiechem i pogodą ducha.
Dziękuje Isi, Dawidowi, Dorocie i Weroni, że udało Wam się być chociaż przez parę godzin.
Dziękuję Domi i Gosi, Marti, Arianowi i Kasi za to, że byliście i jesteście...
I na końcu dziękuję Lukrecji, ze to że lubi pisać, dzięki czemu możecie to przeczytać.
To wszystko i jeszcze więcej działo się podczas 10. Jubileuszowego Plenerowego Trans Party.
Jeżeli spodobało Ci się, albo nie wierzysz, że było tak, jak opisałam, bądź z nami za rok podczas 11. PTP. Zapraszamy.
Do zobaczenia za rok.

Zdjęcia: Edyta Baker, Lukrecja Kowalska, Jola TV, Jacek Cel

Lukrecja Kowalska

edzamieszczono: 2013.10.09

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2599 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj