Relacje

Narodziny Gwiazdy, czyli II Wybory Miss Trans oczami Lukrecji


Dlaczego pojechałam na wybory Miss Trans? Czy chciałam je wygrać? Czy spodziewałam się, że je wygram? Podejmując tę decyzję, w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, na co się ważę.

Byłam w Niemczech. Pisałam swój życiorys, układałam z przyjaciółką Izumi zręby naszego projektu, a przy okazji robiłam analizę swojego dotychczasowego życia. Oczywiście widziałam relację z pierwszych wyborów w 2011 r. Od razu sobie pomyślałam, że zrobiłabym tam furorę. Tak, jestem szczera i taka zawsze będę. Zapatrzona w siebie, w to, co osiągnęłam, jakiego skoku dokonałam. Wydawało mi się, że to kolejny naturalny krok i oczywiście pewne zwycięstwo. Dobrze, że wybory nie były w styczniu, bo dostałabym tak po uszach, że kto wie, gdzie bym się znalazła po tym zimnym prysznicu. Pewnie zamknęłabym się w domu i nosa za drzwi nie wystawiła nigdy więcej.

Szybki postęp, wręcz lawina, to więcej pól minowych, niż możemy sobie wyobrazić. Na szczęście poznałam Izumi i przegadałam z Nią wirtualnie wiele, wiele godzin. Dzięki temu sama zrozumiałam siebie, znalazłam swoje miejsce, a przede wszystkim nabrałam nieco pokory. Nieco, bo jeszcze wiele wody musiało upłynąć, żeby spojrzeć na siebie tak, jak obecnie patrzę.
Przez długi czas w ogóle nie myślałam o konkursie, tym bardziej, że nie byłam pewna, czy dam radę być w tym terminie w Polsce. Ale kiedy dostałam wiadomość od Uli, że wypełniła zgłoszenie, a do końca terminu ich składania są dwa dni, nie zastanawiałam się ani chwili. Poszukałam jakieś zdjęcie, coś tam napisałam o sobie. Jako powód, dla którego postanowiłam wystartować, podałam, że chcę pokazać, jaką przemianę przeszłam w ciągu pół roku i wysłałam zgłoszenie. Postanowiłam sobie także, że niech się wali, albo pali, ale na wybory muszę się stawić.
I oddałam się dalej rozmowom z Izumi, pracy, planom związanym ze zbliżającym się powrotem do Polski. A konkurs? Co ma być, to będzie...

Wróciłam do Polski 20 maja.
Po załatwieniu wszystkich spraw, które tego wymagały po mojej długiej nieobecności, zaczęłam poważnie myśleć o zbliżającym się wielkimi krokami konkursie. I nadal właściwie nie docierało do mnie, co to oznacza, że to będzie prawdziwy publiczny występ, i moje dotychczasowe pozostawanie w cieniu, bez względu na rezultat, skończy się definitywnie.


W garderobie w klubie Le Garage . Trwają przygotowania do pierwszego wyjścia kandydatek. Fot. Edyta Baker

Przeczytałam pobieżnie regulamin (ciekawa jestem, która z nas go tak naprawdę przeczytała w całości i z uwagą. Ja to zrobiłam z czystej ciekawości parę dni temu) i zaczęłam planować, w co się ubrać. Wiedziałam, że będę chciała pokazać moją pasję do gotyku i klimatów dominacji, tym bardziej że dostałam wiele wsparcia i ciepłych słów od osób z tego środowiska, gdy poinformowałam ich o moim starcie w konkursie. Biorąc pod uwagę regulamin, postanowiłam maksymalnie złagodzić ten strój i pokazać go w finale. Ze względu na ilość zabieranych ciuchów, zrezygnowałam z gotyku, więc został styl lateksowej dominy. Po sprawdzeniu kilku wersji, w końcu wybrałam tę, w której mnie zobaczyliście. Ale były do wyboru jeszcze dwie kreacje. Strój codzienny zrobił się sam. Akurat rozpoczynałam współpracę z jedną z wizażystek, z których pomocy korzystam. Miałyśmy się ponownie spotkać w restauracji, by omówić szczegóły pierwszej sesji. Postanowiłam pokazać się Kasi jako Lukrecja. A skoro spotkanie biznesowe, to i strój musiał być odpowiedni. Przeglądając szafę, zauważyłam niepozorną granatową spódniczkę do kolan. Do tego koszula i fajna, elegancka żakietowa marynarka. Założyłam, spojrzałam w lustro i wiedziałam, że to to.


Przed rozpoczęciem konkursu był czas na rozmowy ze współuczestniczkami konkursu i lepsze poznanie się.  Fot. Łukasz Sowa

A więc został już tylko do wymyślenia strój wieczorowy. Cały dzień przymiarek, w końcu i tak wybrałam zestaw, którego początkowo nie brałam pod uwagę. Na zdjęciach z konkursu w tej kreacji najmniej się sobie podobam, ale to już nieważne.

Teraz, gdy czytałam dokładnie regulamin, dochodzę do wniosku, że strojem wieczorowym powinien być ten pierwszy, czyli z pierwszego mego wyjścia, natomiast Lukrecja codzienna wyszłaby w tunice i legginsach. Bo tak naprawdę powinna wyglądać moja prezentacja w poszczególnych kategoriach. Przynajmniej teraz tak rozumiem ideę zawartą w regulaminie. Ale to także nieważne. To już przeszłość.

Razem z Ulką postanowiłyśmy jechać na konkurs dzień wcześniej. Wynajęłyśmy pokój w Warszawie i jazda. Ja sobie wymyśliłam, że pojadę jako ona. A potem, w czasie drogi, miałyśmy problem, jak załatwić potrzeby, które pojawiają się w trakcie wielu godzin jazdy. To znaczy, ja miałam problem, a Ula przez to cierpiała. Ale w końcu dojechałyśmy szczęśliwie na miejsce. Ula także przeistoczyła się w Ulkę i poszłyśmy na mały spacer po okolicy. Potem wróciłyśmy do hotelu i szykowałyśmy się do kolejnego dnia. Jak, niech to zostanie naszą słodką tajemnicą...

Rankiem poszłyśmy na mały spacer i kupić coś do jedzenia. Ulka nie mogła sobie odmówić przyjemności bycia Ulką, tylko mnie lenistwo pokonało i poszłam jako on. W sklepie miałyśmy niezłą frajdę, gdy pani sprzedawczyni z wrażenia nie mogła poprawnie nabić rachunku i musiała zawołać koleżankę, która z życzliwym uśmiechem spoglądając na nas, zrobiła to szybko i sprawnie.
Po śniadaniu i chwili relaksu zamówiłyśmy taksówkę i pojechałyśmy do klubu.
Gdy weszłam do Le Garage, to na początku jeszcze było OK. Rozmowy, poznawanie dziewczyn. Bardzo pomogła mi oswoić się z sytuacją Biała Dama, która szybko zawitała w progi garderoby i rozmawiała z nami. Wprowadziła wiele luzu i udało się Jej stworzyć taką atmosferę, że właściwie wcale nie czułam przez większość czasu tremy. Pojawiła się dopiero wtedy, gdy przyszły wizażystki, a po garderobie zaczęli buszować fotograficy. Jak zobaczyłam na sali ustawiane kamery, gromadzących się ludzi, powoli zaczęło do mnie docierać, w czym tak naprawdę biorę udział. Tym bardziej że jeszcze przed zrobieniem makijażu już mnie fotografowano i zaczynałam sobie zdawać sprawę z tego, że te zdjęcia mogą pojawić się tu i tam. Ale postanowiłam o tym nie myśleć. Prosiłam tylko, jak zwracano się do mnie o możliwość zrobienia zdjęcia, żeby robić je po makijażu, albo chociaż w ciemnych okularach.
Chociaż teraz, przeglądając zdjęcia, widzę swoją twarz, swoją męską twarz. Ale już obecnie nie przejmuję się tym prawie wcale.


Gotowe do wyjścia na scenę. Fot. Łukasz Sowa 

W prawdziwą panikę wpadłam dopiero wtedy, gdy dziewczyny zaczęły się przeistaczać. Uzmysłowiłam sobie, że jak dostanę się do finału, to będzie wielki sukces. Zaczęłam powtarzać, jak mantrę: „To nic. Jest świetna zabawa, tylko to się liczy. Korzystaj z okazji, baw się i nie myśl o tytułach”. Ha, ha, dobre sobie. Prawie wpadłam w depresję. Ale było już za późno na cokolwiek. Trzeba było iść dalej.

Z każdą dobiegającą ku końcowi metamorfozą współuczestniczek miałam coraz większą ochotę uciec stamtąd. A zwłaszcza, gdy patrzyłam na Nicole lub Marinę. Ale w pewnym momencie pojawiły się trzy niesamowite osoby: Crossholly, Faustyna i Karolina. Zobaczyłam bardzo mi bliskie klimaty i w końcu mogłam zająć się kimś innym i zapomnieć o swoim strachu i kompleksach. Oczywiście zakochałam się od pierwszego wejrzenia w butach i gorsecie Crossholly. Najchętniej zdjęłabym je z Niej i nie oddała nikomu.

W trakcie oczekiwania na finał niektóre z nas miały okazję stanąć już w świetle reflektorów. Odbył się bowiem casting do Transeuro 2012, w którym wzięłam udział. To już był przedsmak tego, co nas czeka. Jury, kamery, pytania, a z drugiej strony na krześle w centrum uwagi każda z nas. Po tym występie myślałam, że nie ma za bardzo czego się obawiać. Jakże się myliłam...

Pomimo gorączkowych przygotowań, w garderobie panowała świetna atmosfera dobrej zabawy. Fot. Łukasz Sowa 


Powoli zbliżał się czas rozpoczęcia konkursu. Próby, zgiełk, ustawianie nas na scenie, przekazywanie planów kolejności wyjść, pytania, sposób prezentacji. Ten cały galimatias pozwolił zapomnieć o tremie. Wyglądanie przez kotarę oddzielającą nas od sali stało się wręcz głównym zajęciem wszystkich dziewczyn przygotowujących się do występu. A na sali gęstniejący tłum, kamery, muzyka. W końcu w garderobie pojawiła się już w pełnej krasie Kim Lee. A to mogło znaczyć tylko jedno: przedstawienie czas zacząć.


Lukrecja (po prawej) w stroju codziennym podczas pierwszej prezentacji na scenie.
Fot. Edyta Baker

Zapewne dzięki wcześniejszemu castingowi do Transeuro jakoś nie odczuwałam tremy. Czekałam spokojnie na moje wyjście. W końcu Kim Lee wyczytała moje imię. Wyszłam na scenę i usłyszałam publiczność skandującą „Lukrecja! Lukrecja!”. Nagle dotarło do mnie, że zna mnie wiele osób, o których istnieniu pojęcia nie miałam. Mam fanów! To był dla mnie szok, szok tak wielki, ze dostałam strasznego tiku nerwowego i prawie nie mogłam mówić. Miałam wrażenie, że cała szczęka lata mi zupełnie bez mojej kontroli, a ja robię z siebie pośmiewisko moją mimiką. Potem się dowiedziałam, że na szczęście nie było tego widać. Jakoś więc przebrnęłam przez pierwszą prezentację. Odpowiedziałam w miarę przytomnie na pytanie Pana Ryszarda Kalisza i w końcu zeszłam ze sceny.


Kandydatki oceniało jury w składzie (od lewej): Biała Dama z Krakowa, Lalka Podobińska, Kamil Sipowicz, Piotr Pacewicz i Ryszard Kalisz. Fot. Łukasz Sowa 

Szybkie przygotowania do drugiego wyjścia, perturbacje z peruką, która za nic nie chciała tak się ułożyć, jak miała. Ale w końcu wszystkie byłyśmy gotowe do drugiej odsłony. Tutaj już wyszłam bez stresu. Świadomość, że są na sali ludzie, którzy są ze mną, którzy trzymają za mnie kciuki, była dla mnie bardzo pomocna. Dzięki niej nie bałam się ponownego wyjścia na scenę. I znowu odpowiadałam na pytanie Pana Ryszarda Kalisza. I cieszę się, bo od dawna Go lubię i szanuję.


Podglądanie tego, co się dzieje na scenie było jednym z głównych zajęć kandydatek oczekujących na swoją kolej. Fot. Łukasz Sowa 

Przyszedł czas na prezentację stroju dowolnego. Martwiłam się, bo początkowo myślałam, że tylko finalistki będą mogły zaprezentować się w trzeciej odsłonie. I żal mi było, że zawiodę moich klimatycznych przyjaciół. Ale myliłam się, bo wyszłyśmy wszystkie w swoich wersjach strojów dowolnych. To była druga i ostatnia szansa zobaczyć nas wszystkie razem. Bo pierwsza, o czym zapomniałam wspomnieć, była na samym początku, gdzie także wyszłyśmy wszystkie razem.


Druga prezentacja Lukrecji - strój wieczorowy. Fot. Łukasz Sowa 

Zbliżał się moment prawdy. Za chwilę miały zostać wyczytane finalistki. Byłam prawie pewna, że mnie tam nie będzie. Byłam zła na siebie za wybór stroju wieczorowego, który w moim odczuciu był do niczego. Byłam zła, że nie udało mi się powiedzieć tego, co chciałam w prezentacji i w odpowiedziach. W końcu byłam zła, że uległam pokusie i założyłam mój strój dominy, bo pewnie przez niego to, co do tej pory ewentualnie udało mi się uzyskać, teraz straciłam. I to wszystko w ciągu kilkudziesięciu sekund czekania na werdykt. Te wszystkie myśli wirowały we mnie z mocą tajfunu. W tej chwili szczytem marzeń było dostać się do finału. To już nie była tylko zabawa. Jak ja bardzo chciałam w tym finale się znaleźć! Tylko tyle, więcej już nie oczekiwałam...


Ostatnie wyjście wszystkich kandydatek przed ogłoszeniem listy finalistek. Fot. Łukasz Sowa 

Gdy usłyszałam wyczytane moje imię jako pierwszej finalistki, przeżyłam szok. Nie dlatego, że dostałam się do finału, bo na to jednak liczyłam, chociaż, jak pisałam, bałam się strasznie, że się nie uda, ale dlatego, że zostałam wyczytana jako pierwsza. Już nie musiałam się martwić. Najgorzej chyba ma ta ostatnia. Nie chciałabym się znaleźć w jej skórze.


Finalistki (od lewej): Lukrecja, Marina, Crossholly, Faustyna, Dorota. Fot. Łukasz Sowa 

Zostałyśmy na scenie w piątkę. Ostatnia tura pytań. Ja ponownie trafiłam na Pana Ryszarda Kalisza (czy to coś znaczy?). I tutaj w moim mniemaniu poległam. Nie zrozumiałam pytania i odpowiedziałam zupełnie nie na temat. Dopiero po zejściu ze sceny uzmysłowiłam sobie, co powinnam powiedzieć. A najgorsze, że miałam co powiedzieć. Totalna porażka.
No cóż, osiągnęłam to, o czym marzyłam. Powinnam być zadowolona i dumna. Byłam, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. W tym momencie było mi już za mało. Teraz już chciałam wygrać. Nie chciałam być ani Pierwszą, ani Drugą Wicemiss. Chciałam być Miss Trans.
Zostały wyczytane Miss Trans Look, Miss Publiczności. Nie ma mnie, OK, spokojnie. Pierwsza i Druga Wicemiss miały taką samą liczbę punktów – jest dogrywka. A my zostałyśmy w szatni za kotarą we trójkę. Jedna siedziała na krześle, a dwie stały. Jedna powiedziała, że pewnie zostaniemy wyczytane dwie i też będzie dogrywka. Przytaknęłam, chociaż później uzmysłowiłam sobie, że to było niemożliwe, bo dogrywka mogłaby być między Pierwszą Wicemiss a Miss. Teraz już tylko mogła być wyczytana jedna z nas.
Nerwy. To niesamowite, jak zabawa zamienia się w rywalizację. Jak błyskawicznie dokonuje się podsumowania swego udziału i widzi wszystkie błędy, które odebrały nam możliwość pokazania się jeszcze lepiej, niż to zrobiłyśmy.


Prezeska Fundacji Trans-Fuzja Lalka Podobińska dekoruje Miss Trans 2012 - Lukrecję.
Fot. Łukasz Sowa 

I wreszcie Lalka ogłasza: „Miss Trans 2012 zostaje... Lukrecja!”. Gdy słuchałam tych słów, nagle spłynął na mnie spokój. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie, gdy usłyszałam swoje imię, byłam pewna, że tak właśnie miało być. Nie potrafię tego wyjaśnić. Sama byłam zaskoczona własną reakcją. Żadnej tremy, zupełny spokój. Wyszłam na scenę, wzięłam mikrofon i powiedziałam to, co chciałam powiedzieć. Podziękowałam. Czułam, że jestem tam, gdzie moje miejsce. Nie wiem, czy to normalne, czy nie. Nie rozmawiałam z nikim, kto znalazł się kiedykolwiek na moim miejscu, żeby skonfrontować odczucia. Ja czułam tak, jak to opisuję. A komentarze i wnioski zostawiam Wam.

A potem byłam gwiazdą. To bardzo fajne uczucie. Podchodzili do mnie ludzie, których nie znałam i okazywało się, że wiedzą sporo o mnie, znają moje pasje, kibicują mi...
Na imprezę po finale przebrałam się w wygodniejszy strój. I z tego powodu mam pewien niedosyt. Spodziewałam się, że będę musiała udzielać wywiadów, że ktokolwiek będzie chciał czegokolwiek się ode mnie dowiedzieć. Ale nie, może za długo siedziałam w garderobie, zanim znowu się pojawiłam na sali. Gwiazdorstwo się we mnie odezwało bardzo szybko. Ale to nic, nadrobiłam to z Laką, Anią i Kamą podczas mojej sesji. Za to spotkałam się z bardzo wieloma wyrazami sympatii. Chłonęłam je, jak gąbka wodę. Do tej pory obracałam się tylko w gronie osób, które mnie znają i które ja sama znałam. Wiedziałam, że są mi przychylne i nic złego mnie z ich strony nie spotka. Wirtualnie oczywiście miałam masę wyrazów uznania, ale raczej w większości były monotematyczne, i doskonale zdawałam sobie sprawę, że 99 proc. z nich to wirtualni fantaści. Aż tu nagle podchodzą do mnie młodzi ludzie i mówią, że mnie znają, że trzymali kciuki, że głosowali na mnie. To były cudowne chwile. Bawiłam się do białego rana. Czułam się świetnie. Czułam się spełniona. To była niesamowita noc.


Laureatki II Wyborów Miss Trans. Z przodu Miss Trans 2012 Lukrecja, z tyłu (od lewej): Miss Look Trans Artimea, Miss Internetu Nicole, I Wicemiss Crossholly, II Wicemiss Dorota i Miss Publiczności Marina. Fot. Edyta Baker

Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Nadszedł czas pożegnań. Udało mi się z wieloma dziewczynami zrobić pożegnalne zdjęcia. Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej, bo nie mam fotek ze wszystkimi.
Klub pustoszał. A my z Ulką wróciłyśmy do hotelu. Poszłyśmy spać. Oczywiście wstałyśmy dużo później, niż planowałyśmy, i czas był najwyższy ruszać z powrotem do domu. Ale wydarzyło się jeszcze coś fajnego. Już wychodząc z pokoju, tym razem obie jako oni, natknęłyśmy się na siedzącego w przedpokoju przy komputerze pewnego mężczyznę. Zapytał, czy byliśmy na paradzie dzień wcześniej (warszawska Parada Równości odbywała się 2 czerwca, tego samego dnia, co II Wybory Miss Trans – red.), wziął nas za parę i nie mylił się, ale nie spodziewał się wariantu, który sobą reprezentowałyśmy. A wtedy ja, pod wpływem impulsu, jakiejś nowej odwagi odkrytej w sobie, bez skrupułów i obaw powiedziałam, że nie, nie byłyśmy na paradzie, bo uczestniczyłyśmy w Wyborach Miss Trans. I oczywiście padło pytanie, na które odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to ja jestem Miss Trans. Dostałam gratulacje. Okazało się, że to administrator portalu gejowskiego, który był na Paradzie Równości. Tak poznałam niesamowitego człowieka, który niedługo potem zamieścił informację o mnie na swoim portalu.

W wyniku udziału w konkursie nabrałam bardzo dużo odwagi do mówienia otwarcie o tym, kim jestem. Od tego czasu już wielokrotnie na wstępie rozmowy mówiłam rozmówcy, kim jestem. Robię to zresztą cały czas. Ostatnio powiedziałam o tym tutaj jednemu znajomemu, którego poznałam podczas poprzedniego pobytu w Niemczech. I nadal ze mną rozmawia, chociaż nadal jest w szoku. Głownie dlatego, że nie mieliśmy okazji jeszcze o tym później więcej porozmawiać. Ale zaakceptował to bez wahania. Także buszowanie w sklepach z damskimi ciuchami, przeglądanie stoisk z bielizną, nie jest dla mnie żadnym problemem. Tutaj w Niemczech chodzę do Deichmanna i przymierzam damskie buty. Trochę czuje się skrępowana, to fakt, ale robię to. A jestem przecież fizycznie facetem. Bo na razie jeszcze nie mam możliwości dać tutaj pożyć fizycznie Lukrecji (chociaż już obmyślam, jak to zrobić w przyszłości).


Miss Trans 2012 Lukrecja po zakończeniu konkursu pozowała do wielu zdjęć.
Fot. Edyta Baker

Uczestnictwo w tym konkursie spowodowało, że zobaczyłam siebie inaczej. Zobaczyłam, że to, co do tej pory robiłam, to tylko namiastka. Że przede mną jeszcze długa droga. Ale już na niej jestem i muszę iść dalej.
Dzisiaj nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, że nie wzięłabym udziału w tym konkursie. A przecież gdyby nie SMS od Uli, to pewnie wcale bym się nie zgłosiła. A że nie jestem z Warszawy, to zapewne w ciemno bym nie pojechała. Ile często w naszym życiu zależy od z pozoru mało ważnej informacji. Ula, dziękuję.

Piszę te słowa ponad dwa miesiące po konkursie. Pewnie nieco mi już uciekło. Zawsze relacja pisana na gorąco jest bardziej emocjonalna. Ale po dłuższym czasie jest za to możliwość dokonania małego podsumowania.
Wielokrotnie już usłyszałam pod swoim adresem zarzut, że urosłam w piórka, że mi woda sodowa do głowy uderzyła, że wydaje mi się, że jestem nie wiadomo jak wielką gwiazdą. Sama sprowokowałam takie opinie, bo nie ukrywam, że dla mnie osobiście to wielki sukces. I gdy to mówię, albo piszę, druga strona nie zawsze chce zrozumieć, że to odnosi się do moich odczuć osobistych. Ja nie traktuję tego jako sukcesu, który zrobił ze mnie gwiazdę. Ten tytuł jest ważny dla mnie osobiście, bo pokazał mi, że idę w swoim życiu dobrą drogą. I że nie muszę iść dalej w przemianie. Bo ja sama doskonale czuję się w tym miejscu, w którym obecnie jestem. Bo czerpię z bogactwa obu swoich osobowości. Bo wiem, że gdybym poszła dalej, bezpowrotnie utraciłabym coś niesłychanie dla mnie ważnego. Utraciłabym ważną część siebie samej. A skoro wygrałam jako taka osoba, jaką jestem obecnie, to znaczy, że nie tylko ja uważam, że tak jest w porządku. Dla mnie wygrana oznacza także, ze dla jury byłam autentyczna w tym, co sobą prezentowałam. Poza tym ja kocham fotografię i zamierzam skupić się na pozowaniu. W ten sposób chcę realizować swoją wizję kobiecości. Raz, że jest bezpieczna, poza tym piękna artystycznie i daje mi wiele niezapomnianych przeżyć. No i oczywiście dzięki temu mogę ciągle odkrywać siebie na nowo. A to, że jestem transwestytą, pozwala mi w zgodzie ze sobą uczestniczyć w coraz śmielszych projektach fotograficznych, w których pokazuję, kim jestem. Pokazuję dwoistość mojej natury. Mam już za sobą dwie takie sesje i niedługo będziecie mogli je zobaczyć: w „Wysokich Obcasach” sesję Kamy Bork, a także sesję Kasi Kasprzak w Jej i moim portfolio, nad którym obecnie pracuję.
Właśnie dlatego uważam, że zdobycie tytułu jest ważnym i wielkim sukcesem, ale dla mnie osobiście. Oczywiście, cieszę się, gdy dostaję wyrazy uznania, ale nie są one dla mnie najważniejsze. Nie one decydują o tym, co robie i będę robiła ze swoim życiem. Pewność i wiarę w to, że postępuję słusznie, że robię ze swoim życiem to, co powinnam, czerpię w dużej mierze z tego, co przeżyłam podczas finału, podczas wspaniałego dnia u Lalki przed obiektywem Kamy i pod artystyczną opieką Ani, czy podczas niezapomnianej sesji u Kasi. Takie momenty nadają sens życiu. I mając taki bagaż doświadczeń, mogę ze spokojem ignorować naszych kochanych internautów i ich pogodne komentarze. Mogę też pokonywać inne zawirowania, w które obfituje nasze życie.

Nie miałabym tej siły bez udziału w konkursie. Bez wygrania go, bo wtedy nie poznałabym Kamy. Nie przekonałabym się, co mogę zaprezentować przed obiektywem i nie wiem, czy z Kasią zrobiłybyśmy taką sesję, jaką zrobiłyśmy. Więc czy nie mam prawa uważać tytułu Miss Trans 2012 za sukces? Z tym pytaniem zostawiam Was, moi drodzy.

Na zakończenie chcę jeszcze tylko podziękować wszystkim, którzy tego pamiętnego dnia byli w Le Garage. Uczestniczkom, publiczności, jury, wizażystkom, mediom, całej ekipie Le Garage i Fundacji Trans-Fuzja. To była niesamowita noc dzięki Wam wszystkim. Wszyscy macie swój udział w sukcesie tej imprezy i moim osobistym. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wspólnie zatrzęsiemy tym skostniałym polskim podwórkiem.
10 sierpnia 2012

Lukrecja, Miss Trans 2012

edzamieszczono: 2012.08.13

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2923 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj