Relacje

Transeuro według Edyty B., czyli jak po 20 latach znów zagrałam w piłkę


Remis 1:1 w normalnym czasie i rozstrzygnięcie dopiero w siódmej kolejce rzutów karnych. Emocje od pierwszego gwizdka do samego końca. Mecz z udziałem osób transpłciowych, gejów, lesbijek oraz ich heteroseksualnych przyjaciół – Transeuro 2012 – odbył się na stadionie Wawela Kraków 2 lipca.

Emocje rozpoczęły się jednak znacznie wcześniej, bo już podczas naborów do imprezy. Organizatorzy przeprowadzili dwa – w Warszawie i w Krakowie. Warszawski nabór, w którym wzięłam udział, odbył się 2 czerwca w klubie Le Garage bezpośrednio przed II Wyborami Miss Trans.



Warszawski nabór do Transeuro odbył się 2 czerwca tuż przed II Wyborami Miss Trans w Klubie Le Garage.  Fot. Łukasz Sowa

Organizatorzy w trakcie naborów wybrali dwa zespoły piłkarzy-Transorłów – Różowych i Błękitnych – które miały rozegrać mecz w okresie pomiędzy półfinałem a finałem rozgrywanych w tym czasie w Polsce i na Ukrainie Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej Euro 2012.
Pomysłodawcą i głównym organizatorem Transeuro 2012 jest artysta sztuk wizualnych Piotr Wysocki. Kuratorem wydarzenia został Stanisław Ruksza. Wydarzenie to było częścią odbywającej się na przełomie czerwca i lipca w Krakowie imprezy Grolsch ArtBoom Festival.

Szybko się okazało, że realizacja takiego happeningu w czasie, kiedy w Polsce trwało Euro 2012, nie będzie możliwa. Jak się dowiedzieliśmy, ze względów bezpieczeństwa (naszego?) zabroniono rozegrania nam meczu przed zakończeniem Euro 2012. Po długich przepychankach stanęło w końcu na tym, że gramy 2 lipca na stadionie krakowskiego klubu Wawel.

Wyjazd warszawskiej części ekipy do Krakowa zaplanowano na godz. 5.00 2 lipca. Po to, żeby się wyrobić na Dworzec Centralny, skąd odjeżdżał autokar, musiałam wstać o godz. 3.00. Zanim zdążyłam doczłapać się na przystanek nocnego autobusu, którym miałam dojechać na Centralny, nastąpiło istne oberwanie chmury. W ciągu trzech minut byłam całkowicie mokra. Ociekająca litrami wody, powodując wielką kałużę wokół siebie w autobusie, dojechałam w końcu na dworzec, gdzie spotkałam się z moją przyjaciółką Marią Dagmarą Kowalską (Mery). Szybko znalazłyśmy nasz autokar. Musiałam się przebrać, bowiem wszytko, co miałam na sobie było kompletnie mokre. Na domiar złego, również wiele rzeczy w walizce i plecaku było zamoczonych. Udało mi się jednak znaleźć w miarę suche spodenki i bluzkę. Reszta mojej garderoby schła przez całą drogę porozwieszana na siedzeniach w autokarze.

W drogę ruszyliśmy z niewielkim opóźnieniem. Podróż mijała raczej sennie. Miniona noc była bowiem dla wszystkich bardzo krótka, a niektórzy nie mieli jej wcale. Marysia z Wrocławia wolała przyjechać do Warszawy i jechać razem z nami do Krakowa niż bezpośrednio pociągiem z Wrocławia do Krakowa. Dlatego musiała wyruszyć w drogę już poprzedniego dnia ok. godz. 21.00.
Senności sprzyjała też deszczowa pogoda, która towarzyszyła nam tego ranka. Przejaśniać zaczęło się dopiero w okolicy Kielc. Gdy jednak dojechaliśmy do Krakowa, panował już całkiem intensywny upał, a na niebie nie było ani jednej chmurki.
Pod stadionem Wawela w Krakowie czekali już na nas dziennikarze i zespół filmowców, którzy mieli uwieczniać to wydarzenie.

Ekipa warszawska przybyła na stadion Wawela Kraków.  Fot. Edyta Baker

Kolejne perturbacje organizacyjne spowodowały, że mieliśmy dobrą godzinę na odpoczynek. W końcu jednak nasi trenerzy Ania i Michał przystąpili do dzieła i w palącym słońcu rozpoczęliśmy przygotowania do meczu. Nie trwały długo, jednak przy upale sięgającym 35 stopni Celsjusza nawet taki niezbyt forsowny trening spowodował, że niektórzy z nas mieli już wszystkiego dosyć.

Rozpoczyna się trening przed meczem. Fot. Edyta Baker

Edyta Baker, bramkarka Różowych, sprawdza podczas treningu swoje możliwości .
Fot. Maria Dagmara Kowalska


Relaks przed meczem.  Fot. Edyta Baker

Humory poprawił nieco obiad i spora przerwa po nim, podczas której mieliśmy czas na zregenerowanie się. Do meczu pozostało jeszcze bowiem mnóstwo czasu – trening rozpoczął się ok. godz. 13.00, a sam mecz miał się odbyć dopiero o godz. 19.00.
Po obiedzie mieliśmy jeszcze przetrenować samo wyjście z szatni na płytę i przedmeczowy ceremoniał. Potem znów czas wolny i wreszcie krótko przed godz. 18.00 trenerzy i organizatorzy przystąpili do podzielenia nas na dwie ekipy. Od początku było mniej więcej wiadomo, kto gra w Błękitnych, a kto w Różowych. Jednak ze względu na to, że kilka osób zakwalifikowanych do udziału w meczu z różnych powodów nie przyjechało, trzeba było je zastąpić innymi. Ja od początku zostałam zakwalifikowana do Różowych i miałam grać na bramce. Wraz ze mną w Różowych znalazła się też Mery Kowalska.

Trenerka Różowych Ania omawia ze swoim zespołem taktykę.  Fot. Edyta Baker

Trenerką Różowych została Ania, trenerem Błękitnych – Michał. Poustawiali nas oni na poszczególnych pozycjach, poprzydzielali zadania, określili taktykę. W zasadzie nie pozostawało nam nic innego, jak przebrać się i wybiec na murawę.

Szatnia Różowych. Fot. Edyta Baker

Szatnia Błękitnych. Fot. Edyta Baker


W przygotowaniach do meczu Aldonie Wiśniewskiej pomagała Kim Lee.  Fot. Edyta Baker

Po powrocie do szatni zastaliśmy na ławkach równiutko ułożone komplety nowych strojów z numerami i nazwiskami wszystkich występujących. Wyglądało to bardzo profesjonalnie, niemal jak w szatniach reprezentacji piłkarskich biorących udział w Euro. Wszystko zresztą odbyło się bardzo profesjonalnie. Po przebraniu się ustawiliśmy się w wyjściu na płytę, po czym równymi szeregami wybiegliśmy na boisko. Ustawiliśmy się przed trybuną główną. Odegrano hymn państwowy, po czym obydwie drużyny przywitały się ze sobą i sędziami. Po chwili, po losowaniu stron, rozpoczęliśmy grę. Mieliśmy grać dwa razy po 25 minut.


Ranga Transeuro 2012 była bardzo poważna. Fot. Edyta Baker

Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando Różowych. Nasz zespół zaczął od huraganowych ataków na bramkę Błękitnych, jednak przez długi czas nic z nich nie wynikało. Błękitni postawili szczelną zaporę i bronili się zaciekle. Ja w bramce Różowych nie miałam zbyt wiele do roboty. Przez całą pierwszą część meczu Błękitni dosłownie kilka razy przekroczyli linię środkową boiska, a pod moją bramką znaleźli się bodaj raz. W pierwszej połowie miałam tylko jeden kontakt z piłką.
Przełom nastąpił pod koniec pierwszej części, kiedy ataki Różowych stały się jeszcze zacieklejsze. W końcu Alek Dunin strzelił bramkę i na przerwę zeszliśmy prowadząc 1:0.

Po przerwie obraz gry się nie zmieniał. Nadal to Różowi byli dominującym zespołem. Jednak nie potrafili tego udokumentować zdobyciem kolejnej bramki, a wraz z upływem czasu ich ataki słabły, zaś Błękitni coraz częściej zapuszczali się pod bramkę przeciwnika – moją bramkę. Po jednym z ataków Błękitnych, kiedy odebraliśmy im piłkę i próbowaliśmy wyprowadzić kolejny atak, sędzia odgwizdał rzut wolny dla Błękitnych. Była to dość kuriozalna sytuacja. Okazało się, że ktoś na boisku użył wyrazu powszechnie uważanego za wulgarny, za co sędzia zdecydował się podyktować rzut wolny. Arbiter nie widział jednak, kto dopuścił się przewinienia, bo był odwrócony plecami do grupy zawodników, wśród których był sprawca. Wina została niesłusznie przypisana Mery Kowalskiej z Różowych, choć przewinienia dopuściła się jedna z zawodniczek Błękitnych. Rzut wolny miał być wykonywany niemal z linii pola bramkowego. Wiedziałam, że to idealna sytuacja do strzelenia nam bramki. Ustawiliśmy mur, jednak wykonujący wolnego Ksys zdołał przenieść piłkę nad nim. Trafił bezbłędnie w samo okienko, a ja – pomimo próby ofiarnej interwencji, którą przypłaciłam stłuczonym kolanem – nie sięgnęłam piłki. To był naprawdę znakomity strzał i piękna bramka. Zrobiło się 1:1, a do końca meczu pozostało kilka minut.
Po chwili Błękitni mogli zdobyć drugą bramkę, bo nasza obrona przepuściła kolejny ich atak i Ksys znalazł się sam na sam ze mną. Tym razem wyszłam z bramki, zagrodziłam mu drogę i całą swą długością próbowałam mu skrócić kąt strzału. Udało się i strzał Ksysa minął bramkę o dobry metr. Już do końca normalnego czasu wynik meczu nie zmienił się.

Dogrywka nie była przewidziana, więc rozstrzygnięcie musiało zapaść w rzutach karnych. Stawaliśmy na zmianę z Baumann/Bartkiem, bramkarzem Błękitnych, pomiędzy słupkami. Po pierwszej rundzie karnych mieliśmy taki sam bilans: po dwa strzały obronione, po dwa puszczone. Po jednym razie pudłowali strzelcy.
A więc jest 2:2 w rzutach karnych i teraz strzelamy już do skutku, czyli do osiągnięcia przewagi przez którąś z drużyn. Strzelamy jako pierwsi i nasz zawodnik trafia. Prowadzimy 3:2, ale po chwili zawodnik Błękitnych również trafia, nie dając mi żadnych szans na obronę. Robi się 3:3.
Kończą się chętni do strzelania karnych. No, w końcu ja też mogę strzelać. Staję naprzeciw Baumann/Bartka i kombinuję, jak go pokonać. Decyduję się na lekki strzał po ziemi w róg bramki. Zauważyłam bowiem już wcześniej, że takie strzały sprawiają bramkarzowi Błękitnych najwięcej problemów. Udało się – prowadzimy 4:3. Teraz ja staję w bramce, a do piłki podchodzi Remek. Chcę zrobić wszystko, by ten strzał obronić. Choć wyczułam, że Remek będzie strzelał podobnie, jak ja przed chwilą, i rzuciłam się w róg bramki, nie musiałam się specjalnie wysilać. Piłka o kilka centymetrów mija słupek – pudło i w ten sposób wygrywamy. Różowi – Błękitni 1:1 w normalnym czasie i 4:3 w rzutach karnych.

Kim Lee, która występowała jako zawodniczka Błękitnych, została zmieniona podczas meczu. Po jego zakończeniu wybiegła ubrana w coś, co przypominało strój ludowy, by dokonać wręczenia pucharów. Puchar Transeuro 2012 trafił w ręce kapitana Różowych.

Mistrzowie Transeuro 2012 - Różowi.  Fot. Iwona Sobczyk


Wicemistrzowie Transeuro 2012 - Błękitni.  Fot. Iwona Sobczyk

Także Błękitni otrzymali pamiątkowy puchar za zajęcie drugiego miejsca. Tradycyjna chwila dla fotoreporterów, wspólne zdjęcia obu drużyn i Transeuro 2012 przechodzi do historii. Zadowoleni zawodnicy udają się do szatni, a potem na przygotowanego przez organizatorów grilla.


Obydwie drużyny wraz z trenerami i organizatorami Transeuro.  Fot. Iwona Sobczyk

Obserwując cały mecz z pozycji bramkarza, miałam okazję zauważyć, że niektóre z akcji, przeprowadzone przez zawodników obu drużyn, zasługiwały naprawdę na uwagę i analizę przez profesjonalnych trenerów. Biorąc pod uwagę fakt, że zawodnicy obu drużyn grali ze sobą po raz pierwszy w życiu, niemal bez przygotowań, uważam, że rozegraliśmy naprawdę niezły mecz. Duża w tym zasługa naszych trenerów Ani i Michała, którzy włożyli wiele pracy w przygotowanie nas bezpośrednio przed tym wydarzeniem i byli w stanie wykrzesać z nas wolę walki i zaangażowanie. Słowa uznania należą się też wszystkim zawodnikom, bez względu na umiejętności. Ich zapał i ofiarność z pewnością zadecydowały, że ten mecz był naprawdę radosnym, zabawnym i pięknym wydarzeniem.

Na wieczór mieliśmy zaplanowaną imprezę w krakowskim klubie Cocon. Robi się jednak coraz później. Ze stadionu wyruszamy do hotelu dopiero ok. godz. 22.00. Niektórzy są już tak zmęczeni, że nie w głowie im żadne imprezy. Chyba ktoś z miejscowych przyniósł też wiadomość, że w poniedziałki Cocon jest nieczynny, więc z imprezy nic nie będzie. Decydujemy się na jazdę do hotelu. Wtedy pada hasło, byśmy wybrali się do innego klubu na Starym Mieście.

W hotelu bierzemy pokój z Mery Kowalską. Ponieważ jest trzyosobowy, więc dołącza do nas pan kierowca. Jest zmęczony i udaje się od razu na spoczynek. My, choć również padnięte po niemal nieprzespanej nocy i dniu pełnym wrażeń w niesamowitym upale, decydujemy się jednak na wyjście na Stare Miasto. Próbujemy odnaleźć klub, w którym mamy się spotkać, ale bezskutecznie. Albo przeoczyłyśmy, albo takiego klubu przy takiej ulicy po prostu nie ma. Nieważne. Miałyśmy za to okazję przejść się po Starym Mieście i kontemplować jego piękno w nocnej scenerii.
Wieczór zakończyłyśmy symbolicznym drinkiem spełnionym już w hotelu i naprawdę zmęczone zasnęłyśmy od razu.

Kolejny dzień, 3 lipca, rozpoczynamy od prysznica. Jest jeszcze wcześnie, zaledwie ok. godz. 10.00, a już panuje nieziemski upał. Wybrałyśmy się z Mery Kowalską na śniadanie na Stare Miasto i po tym spacerze jesteśmy tak spocone i zmęczone, że bierzemy kolejny prysznic. Następne godziny mijają na leniwym budzeniu się ekipy (niektórzy, którym udało się znaleźć klub na Starówce, wstają dopiero około południa) i przygotowywaniu się do wyjazdu. Jestem trochę obolała, bo podczas meczu odniosłam kilka obrażeń – jednak lata kompletnego braku aktywności piłkarskiej zrobiły swoje. Boli mnie nadgarstek (to od lądowania na ziemi po nieudanej interwencji, kiedy straciliśmy bramkę), mam zdarte i stłuczone lewe kolano (to od tego samego), boli mnie prawa kostka (to od niefortunnego wykopu, podczas którego czubkiem buta zaryłam w ziemię, bo nie bardzo umiałam kopać piłkę w butach, w które wyposażyli nas organizatorzy, a które miałam na nogach pierwszy raz w życiu). Po meczu wydawało mi się, że jestem najbardziej potłuczoną osobą, ale kiedy zobaczyłam rano Marysię z Wrocławia (Błękitni), stwierdziłam, że wcale nie jest ze mną tak źle. Marysia bowiem pojawiła się rankiem z usztywnioną i zabandażowaną całą nogą. Okazało się, że podczas jednej z jej ofiarnych interwencji kopnęło ją jednocześnie trzech zawodników Różowych. Skończyło się zerwanym więzadłem i nocną wizytą w szpitalu.

Marysia z Wrocławia pomimo poważnej kontuzji pozytywnie oceniła swój udział w meczu.
 
Fot. Edyta Baker

Piotr Wysocki i ekipa filmowa naradzają się, co jeszcze nakręcić do mającego powstać filmu o Transeuro. Zapada decyzja o konieczności nakręcenia wypowiedzi poszczególnych uczestników wydarzenia oraz dokrętek wyjścia ekipy z hotelu. Tymczasem trudno zebrać wszystkich, bo całe towarzystwo rozpierzchło się Krakowie. Siedzimy w barku przy hotelu studenckim Nawojka i racząc się zimnym piwem czekamy, aż się wszyscy zbiorą. Wreszcie krótko po godz. 14.00 wchodzimy do autokaru, który cały czas czeka na nas przed hotelem na ulicy z włączoną klimatyzacją. Obiecujemy sobie, że jak ruszymy, to choć na trochę uciekniemy przed wszechobecnym upałem. Marysia z Wrocławia wsiadając zauważa jednak, że w autokarze panuje temperatura 50,5 st. C. Klimatyzacja nic nie daje. Pot dosłownie z nas kapie, a wypite piwa błyskawicznie wyparowują z organizmów.
Ekipa filmowa dokręca potrzebny materiał i ruszamy w drogę do Warszawy. Podczas postojów na stacjach benzynowych raczymy się rożnymi trunkami. W efekcie tuż przed Warszawą Mery Kowalska usypia.
Do domu docieram ok. godz. 22.00. Zmęczona, ale szczęśliwa, spełniona i zadowolona.

Jeszcze przed wyjazdem do Krakowa rozmawiałam z dwójką dziennikarzy, którzy pytali mnie o to, dlaczego jadę na Transeuro. Nie chcę się wypowiadać za innych, ale myślę, że większość osób biorących udział w wydarzeniu miała podobne przemyślenia i refleksje. Ja uważałam od samego początku, od kiedy w kwietniu dowiedziałam się o pomyśle Piotra Wysockiego, że po prostu nie mogę nie wziąć w tym udziału. Chodziło mi m.in. o to, by pokazać, że osoby transpłciowe i homoseksualne oraz wszelkie inne nie mieszczące się w tzw. normach również mogą uprawiać sport. Osobiście bardzo nie lubię ukształtowanych w Polsce wizerunków sportowca i kibica, które są uparcie lansowane przez media. Zwłaszcza, że podszyte są prymitywnymi emocjami i nacjonalizmem. Ponadto sport w Polsce przeżywany jest po prostacku i strasznie serio. Praktycznie nie ma w nim miejsca na luz, radość, a jeśli już jest – w przypadku zwycięstwa – to ta radość staje się sprawą i własnością narodową.

Transeuro 2012 oprócz tego, że było happeningiem zrealizowanym w ramach Grolsch ArtBoom Festival, zaowocuje filmem, jaki o nim powstaje. Piotr Wysocki zapowiedział również edycję książki i wystawę, które będą poświęcone temu wydarzeniu. Podczas powrotnej drogi do Warszawy, kiedy rozmawiałam z Piotrem Wysockim, zaczęły się również rysować pewne plany uczynienia z Transeuro imprezy dorocznej. To jednak na razie bliżej niesprecyzowana przyszłość.

Edyta Baker

edzamieszczono: 2012.08.08

szukaj

menu

najnowsze teksty

najnowsze posty

linki sponsorowane

możesz pomóc

Zapisz się do grupy mailowej

publikacje

wspierają nas

polecane

twoja transKARTA

kalendarium

! Oddziały i grupy Trans-Fuzji

! spotkania indywidualne

# pomoc psychologiczna

dla osób transpłciowych:
- w Krakowie
- w Poznaniu
- w Trójmieście
- w Warszawie
- we Wrocławiu

* pomoc prawna

myśli i cytaty

Życie jest za krótkie, aby być niewolnikiem ludzkich oczekiwań. Nie warto powstrzymać się od działań z obawy przed krytyką innych.
Antony Hegarty

Trans-Fuzja w necie

transgenderyzm

Można rozumieć jako praktykę przekraczania norm związanych z płcią. W takim ujęciu osoba transgenderowa to ktoś, kogo prezentacja płciowości przynajmniej czasami jest odmienna od oczekiwań kultury, w jakiej ta osoba żyje.

transpłciowość

Różnymi wariantami transpłciowości są:

transwestytyzm

Tego się nie leczy, można tylko zaakceptować. Lekarz, który będzie utrzymywał, że Cię z tego wyleczy, nie wie o czym mówi. Leczyć można tylko fetyszyzm transwestytyczny.

należymy do

generowano:
0.2861 s
  kontakt@transfuzja.org użwamy cookies »  
fundacja na rzecz osób transpłciowych
 
login

hasło

zapomniane hasłozarejestrujzaloguj